— Mike braciszku, czy nie uważasz że jeżeli rodzice zapraszali nas na rodziny obiad — nie zdążył nawet dobrze wysiąść z samochodu gdy usłyszał z dalszej odległości dość znajomy mu głos.
Spoglądnął w kierunku starszej siostry, która stała na ostatnim stopniu werandy, która wiodła do ich rodzinnego domu. Nie patrzyła na niego, co mogło zaskakiwać, lecz jej wzrok był utkwiony w wysiadającej z pojazdu Julii, która momentalnie spojrzała nad dachem ich samochodu w jego stronę.
Popatrzyli na siebie w tej samej chwili, wręcz wyczuwając tę ironię w głosie kobiety. Trudno było również ją nie usłyszeć, bo nawet nie starała się kryć z tonem, jakim zwracała się z przytykiem do jego partnerki.
Od ich pierwszej kolacji minęło kilka tygodni, a oni spotkali się jeszcze kilkukrotnie w takich okolicznościach. Mimo że poszedł się z nią zobaczyć bez Julii, która akurat była zajętą pracą, a tuz potem miała zaplanowany trening, to wtedy zachowała się zupełnie inaczej. Była osobą, którą częściowo pamiętał ze swojej młodości, ciepłą, rozmową wygadaną taką, jaką była, lecz to się zmieniało gdy pojawiał się u boku swojej partnerki.
Jej ton głosu stawał się mocno pretensjonalny, nie dało się, odnieś wrażenia, że rzucała w ich kierunku a głównie w jego ukochaną jakieś kąśliwe głupie uwagi, które zupełnie nie były na miejscu. Starali się na to nie zwracać uwagi, lecz nie dało się oprzeć wrażeniu, że ona nie o tyle zachowuje dystans, a po prostu podchodzi z nieufnością i ostrością do artystki.
— Nie wydaje mi się, by ona była naszą rodziną — powiedziała, patrząc w jej stronę, niemal mierząc ją ostrzegawczym wzrokiem.
— Jeśli mamy podejść do tego w taki sposób Carmen w takim razie twój partner również nie powinien być tutaj mile widziany — stwierdził ironicznie, nie siląc się na bycie grzecznym.
Nawet jeśli odebrałaby ten komentarz za kąśliwy, że stara się mu dogryźć. Nie miało to znaczenia, bo to jest dosłownie podobna sytuacja. Jej uwagi były przesiąknięte słyszalną fałszywością, bo doskonale wyczuwali, gdzie naciskała na słowa, by wzbudzić w nim jakieś wyrzuty sumienia.
On jednak nie zamierzał ignorować tego, że tego nie słyszał i skłaniać ukochaną do odejścia tylko dlatego, że to Carmen uznała, że nie wypada jej tutaj przychodzić.
— W przeciwieństwie do niej — wymruczała z gniewem ostatnie słowo. — Lili jest moją córką a Justin moim narzeczonym.
— Czyli idąc twoim tokiem dedukcji, to jedynie Lili wypada tutaj przebywać, a Justinowi nie…
— Ty…
— Nie skończyłem — powiedział ostrzejszym tonem. — Jeżeli Justina mimo braku papierka traktujesz jako rodzinę i nie masz wstydu pojawiać się z nim na rodzinnym obiedzie — mówiąc to, użył jej własnego argumentu. — To ja nie zamierzam bronić Julii przyjeżdżać, szczególnie że nasi rodzice nie mają nic przeciw jej obecności.
— Uważam, żeto nie na miejscu byś przychodzi z tą…
— Kim? — wtrąciła się do tej pory milcząca Julia.
Patrzył z boku, jak Carmen odwraca się w jej kierunku. Wyglądała na dość zaskoczoną, że śmiała się, odezwać jakby to było zaskakujące, że śmiała się wtrącić w ich dyskusje. Nie zamierzała jednak dłużej siedzieć cicho gdy słyszała, jak wciąż próbuje ją zaatakować personalnie, ale ona nie zamierzała robić odwetu, bo nie chciała psuć atmosfery.
Przystanęła tuż obok Michaela i spojrzała na stojącą na nią. Przez moment widzieli, jak się zmieszała, lecz po krótkiej chwili w końcu się opamiętała i otrząsnęła z wewnętrznego roztargnienia i już bezpośrednio zwróciła się w jej stronę, mówiąc:
— Jeżeli miałabyś na tyle osobistej, samo ogląd to nie pojawiałabyś się tutaj zwłaszcza…
— Momencik — wtrąciła się. — Zostałam tutaj zaproszona przez waszego ojca i matkę, więc jestem tutaj na ich życzenie. Rozumiem, że tobie może się to nie podobać, lecz nie przyjechałam tutaj dla ciebie, lecz dla twoich rodziców — powiedziała spokojnie, ale z wyczuwalną elokwencją mimo wcześniejszej personalnej obrazy.
— Masz tupet dziewczyno — prychnęła pod nosem. — Na twoim miejscu bym już dawno się zabrała…
— Wreszcie jesteście.
Niespodziewany głos Rogera sprawił, że ich dyskusja została nagle przerwana. Patrzyli, jak kobieta spogląda na swojego ojca i przez moment dało się dostrzec jakiś błysk, jakby oburzenia, lecz dało się dostrzec, że gryzie się w język.
Ona naprawdę nie rozumiała uprzedzeń Carmen wobec niej. Zwłaszcza że nie zrobiła, nic co mogłoby tak ją mocno sprowokować do takich tekstów, które uważała, że nie były na miejscu. Oczywiście wiedziała, że nie musi ja każdy lubić z resztą w swoim życiu, już miała kilka dość napiętych konfliktów i realnych wojen i nie oczekuje tego, by każdy ją lubił, ale zawsze był realny powód, czemu dana osoba za nią nie przepadała.
Jej były za wsadzenie go do paki na parę lat i za ich przeszłość a za to z Taylor tutaj również był poważnie, ponieważ sprzeciwiała się przemocy, jaką stosowała na własnym dziecku i partnerze. Dlatego nie rozumiała zachowania Carmen, bo nie zagroziła jej w niczym, by tak ją nie lubić. Już od pierwszego spotkania była jakaś dziwnie uprzedzona.
— Co tu się dzieje? — spytał Roger, wyczuwając napięcie, które wisiało w powietrzu od dłuższej chwili. — Carmen mama cię prosi do kuchni, a wy wchodźcie — zwrócił się bezpośrednio do nich.
Zobaczyli jak Roger, ponownie wchodzi do mieszkania, a oni zostali ponownie sami, lecz gdy tylko wspięli się na ganek, do ich uszu dotarł dość zgryźliwa uwaga Carmen, którą usłyszała nawet ona.
— Mój brat spotyka się z nastolatką — mruknęła pod nosem, odwracając się plecami.
— Carmen słoneczko, ta nastolatka ma już dwadzieścia sześć lat i dawno przestała być aż tak młodziutka — powiedziała niezwykle uroczym głosem.
Widziała jak odwraca się w jej stronę oburzona. Chyba nie spodziewała się, że śmie odpowiedzieć jej takim rykoszetem. Mogło to brzmieć jak komplement, ale nim nie był, bo dało się wyczuć nie szczerość jej słów.
W końcu weszli do domu i już od progu dało się wyczuć zapachy, które niosły się po całym mieszkaniu. Zaciągnęła się tym zapachem, a kącik jej ust delikatnie drgnął do góry, mimowolnie przypominało jej to sytuacje gdy wracała do mieszkania i zastawała w nim Mike, który pichcił coś w kuchni.
Zawsze tak pięknie pachniało w całym domu a często Jay i Junka siedzieli, przy jego nogach czekając czy coś im skapnie z blatu. Weszli w głąb, gdzie dało się usłyszeć rozmowy z salonu, a gdy tylko przystanęli na progu, zobaczyli Dianę, która rozmawiała, z Justinem a tuż przed nimi na podłodze siedziała Lili, która bawiła się jakimiś starymi lalkami.
Podejrzewał, żebyły to stare zabawki jego siostry, którymi bawiła się za dzieciaka. To był moment gdy dziewczynka podniosła głowę i zerwała się na równe nogi i krzyknęła:
— Wujek, ciocia — słyszeli jej nawoływania.
W następnej chwili zobaczyli, jak zrywa się momentalnie z ziemi i szybkim truchtem biegnie w ich stronę. Nie umknęło jej uwadze jak Carmen, z niesmakiem spogląda na nią, w momencie gdy tylko Mike ją złapał i podniósł. Stał teraz trzymając ją na rękach gdy ona objęła go za szyje swoimi rączkami i dała całuska.
— A cioci dasz buzi — spytał, czym zwrócił jej uwagę.
Odwróciła spojrzenie od kobiety, która wróciła do rozmowy z ojcem niemal w tym samym momencie gdy Lili wychyliła się w jej kierunku z zamiarem dania jej buziaka. Pochyliła się, by potem poczuć całuska od tej małej księżniczki, na co uśmiechnęła się ciepło.
— Lili — rozbrzmiał mocno ostrzegawczy głos Carmen. — Mówiłam ci coś…
— Carmen prosiłem cię o coś — nagle wtrącił się jej partner. — Możesz nie robić tego naszej córce i ją strofować? — spytał, podchodząc do niej.
— Mówiłam ci, że ona mi się nie podoba — powiedziała wprost. — I nie życzę sobie jako matka, by ona miała kontakt z tą dziewuchą — wypaliła.
— Carmen — odezwał się za jej plecami ojciec. — Julia jest mile widziana w tym domu czy tobie się to podoba, czy nie. Nie zamierzamy jej wyrzucać, bo z Dianą ją naprawdę lubimy, więc prosiłabym, byś nie rządziła się tak w tym domu. Julia jest naszym gościem nie twoim i wolałabym, byś to uszanowała — odezwał się poważnym głosem.
— Mama cioci nie lubi — cichy głosik Lili usłyszeli oboje.
— Nie chce wyjść na wścibską, ale… — odezwała się, zwracając się wprost do siedzącego naprzeciw niej mężczyzny. — Dlaczego mi się przyglądasz? — spytała, nie obwijając w bawełnę.
To nie było jej chwilowe wrażenie, jednak odniosła takie odczucie już po raz kolejny gdy widzieli się w takich okolicznościach. Na każdym spotkaniu wciąż miała poczucie, że partner Carmen jej się wciąż przygląda i czasami się z tym nie krył i nie rozumiała tego zachowania, próbowała zrozumieć, o co mogło mu chodzić, lecz absolutnie nic nie przychodziło jej do głowy.
Wywierał w niej spojrzenie, a ona nie mogła przestać odnosić takiego wrażenia.
— Bo prawdę mówiąc, próbuje sobie przypomnieć czy skąd cię nie kojarzę — powiedział ku zaskoczeniu wszystkich zgromadzonych.
— Co takiego? — spytała zaskoczona. — O czym ty mówisz?
— Justin... — nagle z tyłu rozbrzmiał nieco ostrzejszy głos Carmen, która chciała się wtrącić.
On jednak delikatnie machnął ręką w geście ucieszenia jej i wciąż nie spuszczał z niej wzroku. Zobaczyła, jak po chwili przymruża oczy, jakby sobie o czymś przypomniał. Spojrzała kątem oka na Mike’a, który siedział tuż obok niej i również wydawał się mocno roztargniony i sam przyglądał się mężczyźnie, który po krótkiej chwili rzucił:
— Od dłuższego czasu miałem, wrażenie jakbym skąd cię znał — wyjaśnił, ku zaskoczeniu zgromadzonych, którzy przyglądali się mu z uwagą.
Była to niecodzienna rzecz, by ktoś praktycznie obcy z taką śmiałością mówił, że kogoś zna, raczej jest to mało prawdopodobne, ale od niego biła taka pewność. Przekonanie, które było trudno do pomylenia. Patrzył wprost na nią, a na jego ustach gościł delikatny uśmiech, ciepły jakby to, co wspominał, było czymś dobrym.
— Skarbie wiesz, o co może chodzić… — słyszała tuż obok siebie nieco zaniepokojony głos ukochanego.
Ona jedynie wzruszyła delikatnie ramiona, bo była w lekkim oszołomieniu oraz sama nie rozumiała nic z tej sytuacji. Chociaż starała się to zrozumieć, było to trudne, wkrótce jednak jej przemyślenia zostały przerwane przez głos Justina, który zbagatelizował nawet ostrzegawcze spojrzenie swojej partnerki i oznajmił:
— Julia — powiedział z wyczuwalną satysfakcją w głosie. — Julia Rivera — dodał, wręcz nadając pewności swojemu tonowi.
— Wciąż nie rozumiem, o co chodzi — powiedziała z ostrożnością i wyczuwalną nieufnością w głosie. — Wybacz, ale widziałam cię tylko z cztery razy w życiu…
— No nie do końca — przerwał jej w trakcie. — Ja mam pewność, że cię znam, bo z tobą chodziłem — wypalił.
— Co takiego?
Głosy kilku osób rozbrzmiały w pomieszczeniu gdy tylko padły jego słowa, a ona przyglądała się mu dłużej. Siedziała przez dłuższą chwilę w zupełnym oszołomieniu najpierw zaskoczona jego śmiałość i może bezczelność, lecz ułamki wspomnień zaczęły się formować w jej głowie, kształtując obraz, który dał jej wiele do zrozumienia.
Coś, coprzedtem traktowała jedynie jak urywki przeszłości, które wracały z jakiegoś celu, one próbowały jej tylko uzmysłowić, że obraz tego mężczyzny gdzieś tkwił w głowie. Owszem wtedy był znacznie młodszy to oczywiste, że na przestrzeni lat dojrzał, lecz teraz gdy mu się przyglądała, nie mogła, odnieś wrażenie, że te rysy twarzy są jej obce, bo były jej bardzo znajome.
W końcu zrozumiała kto przed nią stoi.
— No nie wierzę — wyrzuciła z siebie. — To jest jakiś żart — stwierdziła, nie dowierzając w ten cały paradoks, który się właśnie zadział. — Czekaj przecież to nie zdarza się często, raczej to ułamek procenta, że to mogło się wydarzyć.
— Julio czy…
— Sam w to nie mogę uwierzyć — przyjął, wpatrując się w nią. — Ale chyba to zbieżność losu sprawiła, że musieliśmy się spotkać — powiedział, powoli wstając.
Wstając wręcz Lili, która siedziała na jego kolanach swojej partnerce, która zupełnie jak pozostali członkowie jej rodziny wydawali się być mocno zagubieni i w lekkiej stagnacji. Spoglądała na każdego, lecz jej spojrzenie zatrzymało się dłużej na bracie, który jedynie uniósł dłonie, bo sam nie rozumiał, co się dzieje.
Podniosła się i przeszła wzdłuż stołu i wyszła mu na spotkanie, po chwili uściskali się jak starzy przyjaciele, którzy nie widzieli się latami, a nie dwojga kiedyś rozdzielonych ludzi za młodu. To było dość komiczne, lecz tak się stało, że los zdecydował się znowu postawić ich na swojej drodze.
— Wiesz to trochę zabawne, że widzimy się po latach szczególnie po tym co ci zrobiłem — mówiąc to, odsunął się od niej.
Stali obok siebie wciąż pod odstrzałem oczu całej rodziny, która czuła, że coś tutaj wyraźnie nie gra.
— Było minęło — powiedziała, machając ręką. — Najwyraźniej musiało się tak stać. Nie mam do ciebie o to żalu, z resztą wiem, kto doprowadził cię, do tego ze mnie zostawiłeś. Już dawno odpuściłam gniewanie się na ciebie. Poza tym gdyby nie to nie spotkałabym na swojej drodze jego — ruchem głowy wskazała na siedzącego niedaleko Sandersa.
— Teraz mi jest głupio, że tak się stało — przyznał.
— Jak wspominałam, nie zamierzam się o to gniewać. Byliśmy głupimi dzieciakami, którym hormony buzowały — powiedziała, nie chowając już do niego urazy.
— Czy moglibyśmy w końcu się dowiedzieć, co to ma znaczyć? — wtrąciła się nieco rozłożona Carmen. — Nie dość, że uwiodłaś mojego brata to…
— Wyluzuj Carmen — wszedł mu w słowo Justin. — Co do waszych pytań wyjaśnienie jest proste — powiedział, odwracając się do reszty.
— W takim razie jakie — wtrącił się Mike, opierając swoją dłoń na krawędzi stołu.
— Pamiętasz, jak wspomniałam ci, że spotykałam się z pewnym chłopakiem po tym jak zerwałam z tym psycholem? — zwróciła się bezpośrednio do niego.
Widziała, jak delikatnie przytakuje głową, po czym delikatnie mruży czoło, jakby sobie coś przypominał.
— Innymi słowy to właśnie on — wyjaśniła spokojnie. — Co do reszty. Z Justinem znam się jeszcze z lat szkolnych, gdy mieszkałam w swoim rodzinnym mieście. Spotykaliśmy się przez kilka miesięcy, a potem on mnie zostawił. Szczegóły zostawię dla siebie, więc to jest całe wyjaśnienie.
— Czy wy sobie z nas żartujecie, myślicie, że w to uwierzę — wyrzuciła nagle Carmen.
— Kochanie możesz być spokojna, to były wieki temu, poza tym jak sama Julia wspomniała to, ja ją rzuciłem nie ona mnie. Powód był prosty po prostu, okazałem się tchórzem — to fakt mógł to ukrywać dalej i milczeć, ale uważał po czasie, że nie ma najmniejszego sensu tego ukrywać — Zostawiłem ją, bo jej były mnie nastraszył i ją porzuciłem i cała historia. Od tamtego czasu w ogóle się ze sobą nie widzieliśmy i taka to historia nic szczególnego — mówiąc to, wrócił na swoje miejsce.
— Czyli to nastoletnia miłość tak — wtrąciła się po raz pierwszy do tej dyskusji Diana, która przyglądała się im z uwagą.
— Tak Diano — odpowiedziała, siadając tuż obok Michaela. — Prawda jest taka, że nim zaczęłam się spotykać z Mike po raz pierwszy, minęło z cztery lata więc spory kawałek czasu. O Justinie zapomniałam, tak miałam do niego zal. o to co zrobił, ale przepracowałam to i wybaczyłam mu. Miał prawo się tak zachować szczególnie, wiedząc z km miał do czynienia. Była to klasyczną nastoletnia miłość przelotnia i na tym temat można, zakończyć nic więcej nas nie łączy.
— Czyli mam rozumieć, że wy dwoje — odezwał się Roger, wskazując to na nią to na Justina. — Spotykaliście się razem, a teraz jesteście z naszymi dziećmi — powiedział, a kącik jego ust podniósł się do góry.
— Można tak powiedzieć — odparła.