Sunday, March 30, 2025

V 14 — PO DRUGIEJ STRONIE

    Otuliła ją dość dziwna, ale bardzo przyjemna mgła. Było to dość dziwne, pomimo że miała nieco przymknięte powieki, dziwne poczucie, które towarzyszyło, jej nie dawało, o sobie spokoju. Nie mogła do końca, powiedzieć jak się czuje, było to dosyć zaskakujące, nieoczekiwana wręcz nieziemskiego? Czy mogła to tak określić?
    Przez dłuższy moment czuła się nieco oszołomiona, wręcz zagubiona, bo nie rozumiała swoich własnych uczuć, nie rozumiała czemu, czuła się jakby była w pustce, jednak było to tak bardzo przyjemne. Czy powiedzenie, że czuła się zagubiona we własnej głowie, było idealnym podsumowaniem tego, w jakim obecnie się stanie znajdowała?
    Chyba było to jedynym bezpiecznym opowiedzeniem, jakie emocje nią targały, jednocześnie poczuła dziwny nieokreślony niepokój wręcz lęk, który sprawił, że momentalnie uchyliła powieki, jednak musiała je prędko zamknąć gdy poraziła ją dziwna biel. To jeszcze bardziej wywołało u niej szereg skrajnych emocji, nad którymi nie potrafiła zapanować, a w głowie zaczęły pojawiać się pytania.
    Wątpliwości i domysły słyszała ten istny huragan myśli, który zapanował nagle w jej głowie, nad którym nie miała żadnej kontroli nawet jeśli by próbowała poukładać to wszystko we własnej głowie, na razie jedyne czego pragnęła to dowiedzieć się, co się dzieje.
    Czy pamiętała ostatnią rzecz?
    To niby tak banalnie proste pytanie, jednak sprawiło, że starała się sobie przypomnieć ostatnie momenty, zdarzenia, które mogły ją na coś naprowadzić, jednak zupełnie nic nie mogła sobie przypomnieć w jej głowie, panowała istna pustka. Żadnych wcześniejszych wydarzeń, momentów czy czegoś, co mogło przykuć jej uwagę.
    Coraz bardziej czuła się zagubiona w tym wszystkim.
    Wiedziała, jednak że nie pozna odpowiedzi na dręczące ją pytania, póki zwyczajnie nie przekona się, gdzie właściwie się znajdowała. W końcu zdobyła się na odwagę i uchyliła jedno oko, znowu zaatakowała ją ta jaskrawość, jednak mrużąc delikatnie powieki, zaczęła, przyzwyczaić wkrótce i oboje oczu do tej jasności. Widziała wokół siebie dziwną biel, której nigdy wcześniej nie widziała. Nawet wymalowane mury szpitalnych sal nie miały w sobie takiej jasności jak ta przestrzeń, która ją otaczała.
    — Gdzie ja jestem? — wyrwało się prosto z jej ust tak proste pytanie, jednak najbardziej adekwatne w tej chwili.
    — Na graniczy życia i śmierci.
    Nagle dobiegł jakby dziwnie znajomy głos. Męski ton, który jakby skądś mogła kojarzyć, jednak jakby usłyszała go dopiero po raz pierwszy i to wystarczyło, by rozbudzić jej ciekawość, jeszcze bardziej jednak pytania zaczęły się mnożyć, a ona coraz bardziej pragnęła zrozumieć, co się dzieje w końcu była to dość niecodzienna chwila.
    Przez chwile nawinie, myślała, że tkwi w jakimś śnie, jednak te słowa zupełnie zniszczyły jej domysły.
    Podniosła się ostrożnie na rękach i spojrzała w dół i pierwsze co zobaczyła, to obłąk coś, co wręcz przypomniało chmurę, na której do tej pory leżała. Przyjrzała się swoim dłonią i odkrytym nogą gdzie nie można było dostrzec żadnego siniaka, żadnych ciętych ran. Były tak gładkie, jakby nie przeszła zupełnie nic. Wyciągnięta przed siebie ręce, które również nie wyglądały na poranione, lecz nie dało się dostrzec na nich ani grama tatuaży, które miała zrobione. Na sobie miała bardzo prostą, ale elegancką zwiewną sukienkę w kolorze kości słoniowej.
    — Ja… ja umarłam? — zapytała niepewnie.
    — Oficjalnie tak, teoretycznie masz jeszcze szansę na powrót.
    Ponownie ten sam głos, który odezwał się już wcześniej, jednak tym razem sprawił, że rozejrzała się wokół siebie i rzeczywiście znajdowała się w jakimś miejscu, gdzie dało się dostrzec coś na wzór dwóch bram. Spojrzała na jedną z nich która za bielą dało się zobaczyć zupełną ciemność i prowadziła w nieznane oraz drugi gdzie dało się dostrzec prócz bieli, kolory niebieskiego, od błękitu po nieco ciemniejsze odsłony. Naprzeciw niej znajdowała się ławka a tuż obok niej drzewo, które na ironie losu było tak samo białe jak wszystko tutaj.
    — Nic z tego nie rozumiem — powiedziała nagle.
    Nie zdążyła nawet pomyśleć, gdy przed nią pojawiła się dłoń. Popatrzyła momentalnie na osobę, która przed nią stanęła i niemal zamarła w jednej chwili. Spojrzała momentalnie w głąb ciemnych tęczówek i przez moment miała wrażenie, jakby patrzyła na odcień koloru oczu swojego dawnego narzeczonego jednak gdy tylko przyjrzała się bliżej twarzy młodzieńca, wydawał się on zbyt młody. A doskonale pamiętała kiedy poznawała Michaela i nie wyglądał jak wtedy. Brak zarostu, inny kształt nosa oraz ust sprawiło, że zrozumiała, że nie był to on, jednak spojrzenie oraz włosy były zbyt mylące.
    — Wiem, bardzo przypominam mojego braciszka i ojca — zaśmiał się nagle młodzieniec.
    Uchwyciła w końcu, pewnie jego dłoń a on bez żadnego trudu pomógł jej wstać, a teraz mogła spoglądać na nastoletniego chłopaka, może mający blisko osiemnastki jednak proces starzenia się zatrzymał, jego twarz była tak bardzo odmłodzona. Zupełnie nic z tego nie rozumiała, jednak pewne pytanie cisnęło się na jej usta:
    — Jason?
    — We własnej bezcielesnej osobie — skomentował z rozbawieniem.
    — Ale jak… przecież ty — wyjąkała.
    — Nie żyje — przyznał szczerze — Od kilkunastu lat, sobie siedzę i obserwuje, co wyprawia moja rodzina i przyznam, że mojemu braciszek ostatnio nie wykazuje się bystrością.
    Na samą wspomnienie o nim poczuła ogromną irytację. Naprawdę wiele potrafiła, znieś i wybaczyć, jednak zachowanie swojego byłego było w ostatnim czasie nieznośne i nawet jeśli po czasie zrozumiała, dlaczego tak postępował to i tak nie sprawiło, że przebaczyła mu to wszystko, do czego się dopuścił, gdy z czasem zaczęła dowiadywać się o kolejnych jego krzywych zagraniach.
    — Julio.
    Niespodziewanie tuż za sobą usłyszała inny kobiecy głos. Zesztywniała momentalnie wręcz czując lekką obawę, by odwrócić się i zobaczyć kto za nią stoi. Czy się bała? Po części tak obawiała się tej chwili, bo mimo że starała się wyprzeć tę myśl z głowy, to jednak poczucie, tego kto za nią stoi i do niej mówi, była przytłaczająca, a zarazem momentem, na których tak czekała, ale czy właśnie tak miał się on odbyć?
    Widziała stojącego przed sobą Jasona, który uśmiechał się nieznaczenie, a ona czuła się po prostu zagubiona. Mogła tak stać przez dłuższą chwilę, jednak w końcu zebrała się w sobie i powoli odwróciła się w tamtym kierunku.
    Przez chwile miała poczucie, jakby spoglądała we własne lustrzane odbicie tylko z kilkoma ważnymi aspektami, stojąca przed nią kobietę wyglądała na odrobinę starszą, mimo że nie dało się dostrzec żadnych zmarszczek czy oznak starzenia się, to miała wrażenie, jakby ujrzał w niej samą siebie.
    Stała przed nią przyodziana w piękną długą sukienkę, która ciągnęła się aż do stóp. Zawieszona na delikatnych ramiączkach, praktycznie nie miała w sobie zbędnych osób, jednak wykazywała się pomimo swojej prostoty elegancją. Jej długie ciemnobrązowe lekko kręcone włosy przypomniały tak bardzo pasma jej kosmyków włosów. Spoglądnęła po krótkiej chwili zawahania się na jej twarz, wyglądała zupełnie, jak ona tylko jak wcześniej wspomniała w nieco starszej wersji, a gdy popatrzyła głęboko w bladoniebieskie oczy był momentem gdy zrozumiała przed obliczem kogo stała.
    — Mama? — odezwała się nagle zupełnie oszołomiona.
    Nie przywykła do mówienia takich słów, wręcz w ogóle w swoim życiu nie powiedziała, tak z resztą nie bez powodu przecież ona nie żyła.
    — Tak córeczko, to ja — zapewniła ją.
    — Ale czekaj, ty przecież odeszłaś!
    W następnej chwili uchwyciła się za skronie, bo poczuła się tak bardzo tym zdumiona wręcz ogłupiała w jednej chwili, że tak wiele myśli przemknęło przez jej umysł.
    Jednak nie dłużej nie pozostała w tym stanie gdy niespodziewanie poczuła, czyjeś ramiona wydawały się one tak jednocześnie znajome, a zarazem obce, że nie potrafiła tego określić pomimo początkowo oszołomienia, po dłuższej chwili odwzajemniła jednak uścisk i nawet nie zdała sobie sprawę kiedy po jej policzkach popłynęły pojedyncze łzy. Spojrzenie oczu Sary również nie pozostało obojętne gdy w kącikach jej spojrzenia dało się dostrzec słone krople łez, które wkrótce mogły upaść z nich.
    Czuła jak jednocześnie przepełnia ją szczęście, że w końcu może przytulić swoje ukochane dziecko do siebie, po tylu latach w końcu mogła ją tulić w swoich ramionach, a jednocześnie dość smutno, bo wiedziała, co może czekać jej córkę. Był to moment przepełniony radością, a zarazem świadomością, że to pierwszy raz kiedy ją widzi oraz ostatni, póki nie nadejdzie pora, ale tutaj wszystko zależało od jej decyzji.
    Stały tak przez dłuższą chwilę, nie potrafiąc nawet powstrzymać płaczu i nawet się nie starały tego robić. Była to zbyt emocjonalna chwila dla nich. Ona jako maleńka dziewczynka marzyła o tej wyjątkowej momencie, gdzie mogłaby się przytulić do swojej mamy, jednak nigdy nie miała do tego okazji, a Sara w końcu po latach rozłąki nawet tej za grobu gdy dla niej czas stał się czymś zbędnym do życia i tak wyczekiwała właśnie tej chwili gdy będzie mogła zobaczyć a przede wszystkim trzymać w swoich ramionach córeczkę, którą utraciła przez zawiść oraz niechęć byłego męża.
    Stojący obok nich młodzieniec, przyglądał się tej scenie z nieukrywanym wzruszeniem, a zarazem radością. Doskonale wiedział, jak bardzo brakuje Sarze własnych dzieci tak jak jemu jego rodziny. Oboje odeszli zdecydowanie za wcześniej i jedyne co mogli to obserwować z boku własnych bliskich.
    W końcu po dłuższej chwili Sara odsunęła ją delikatnie od siebie, w ich oczach dało się dostrzec nadal kropelki wody, których żadna z nich nie ukrywała i nawet nie chciała, jednak na ustach starszej kobiety zaczął unosić się nieznacznie do góry i stwierdziła:
    — Ale wypiękniałaś — powiedziała, z nieukrywanym radością — Moja mała córeczkajuż taka duża — mówiła.
    Nie odpowiedziała nic na to, bo tak naprawdę nie wiedziała, spojrzała na nią jedynie i nawet nie była w stanie otworzyć ust gdy ponownie odezwała się kobieta, mówiąc:
    — Zanim cokolwiek powiesz i zaczniesz dopytywać, pragnę cię serdecznie przeprosić z całego mojego serca — zaczęła, a na jej twarzy dało się dostrzec jakby poczucie winy.
    Spojrzała na nią, nieco zdumiona pytając:
    — Ale za co?
    Słyszała jej ciche westchnienie, nim odpowiedziała:
    — Za moje zachowanie, że nie odnalazłam cię, że nie sprzeciwiłam się Johnowi — mówiła.
    Owszem nie przeczytała temu, miała do niej po części żal, za te lata, które spędziła w tym paskudnym miejscu, jednak gdy pojęła, a właściwie poznała historie rodziną i wiedziała, kto doprowadził ją do tego miejsca, mimo że wciąż czuła do niej niechęć, to jednak nie było ona aż tak ogromna jak jej wręcz nienawiść wobec człowieka, przez którego jej życie od samego początku nie było łatwe.
    — Nie będę cię oszukiwać mamo — odezwała się, chociaż z trudem ostatnie słowo przeszło jej przez gardło — Wielokrotnie odczuwałam wobec ciebie niesmak na myśl, że nic nie zrobiłaś, owszem wiem, czym to było spowodowane i jaki skurwysyn sprawił, że trafiłam na dno, jednak moja niechęć w stosunku do ciebie jest dużo mniejsza i bardziej zrozumiała twoja sytuacja niż fakt, że ten złamas wolał pozbyć się własnego dziecka.
    — Cięty język — nagle za sobą usłyszała komentarz z ust Jasona.
    Odwróciła się przez ramię w jego kierunku, a gdy dostrzegł, że mierzy go spojrzeniem swoich oczu, wzruszył ramionami z takim samym uśmiechem, jaki widywała u Michaela gdy próbował coś ukryć gdy coś zmalował. Jednak ponownie zwróciła swoją uwagę na matce, która powiedziała:
    — Jason raczej takiej reakcji można było się spodziewać i absolutnie ją rozumiem, sama uważam, że wyszłam za kompletnego… — umilkła nie kończą swojej myśli, jednak oboje wręcz domyśleli się, co ciśnie jej się na myśl — Przynajmniej jego syn nie jest jak on.
    — Nie zgodziłabym się z tymi słowami mamo — odezwała się z powagą.
    Spojrzała momentalnie na nią, bo nie dało się ukryć, że jej ostatni stosunek do starszego brata nie był zbyt ciepły, wręcz mogła powiedzieć, że jedyne co czułą do niego to wstręt i uprzedzenie i czy jej odczucia były słuszne?
    Ona uważała, że owszem miała prawo czuć się tak niesprawiedliwie potraktowana, bo jednak nie było to tylko mała kłótnia o byle błahostkę, tutaj już wkroczyła sytuacja, której ot, tak nie dało się zapomnieć i wyjaśnić. Wciąż czuła skurcz w sercu gdy pomyślała o nim, gdy w głowie słyszała, jego słowa czuła paskudne ukłucie w piersi ze świadomością, że człowiek, któremu tak zaufała i pokochała, zawiódł ją w momencie gdy go najbardziej potrzebowała.
    — Nie zaprzeczę słoneczko — odezwała się nagle Sara — Chester bywa lekkomyślny z resztą zupełnie jak ty, owszem pomylił się w twoim osądzie i zanim… — widząc, jak była gotowa otworzyć usta, by wejść w jej słowa, uniosła dłoń, mówiąc dalej — Wiem, że cię zranił, nie będę go w tej sytuacji bronić. Rozumiem twoje uczucia, jak bardzo złamał twoje serce. Ufałaś mu bezgranicznie, a on zachował się no po prostu głupio. Nie będę go bronić w tej sytuacji, jednak nie da się zaprzeczyć temu, że jemu na tobie zależy.
    — Gdyby faktycznie była, bym mu tak droga to stał, by po mojej stronie, a nie uwierzył jakieś…
    — Julio, wiem, Chester zachował się głupio, jednak kocha cię i mogę to powiedzieć, żałuje swoje zachowania. Pojął, co narobił, jak bardzo namieszał i rozumiem, również ciebie co możesz czuć do niego, jednak nie zaprzeczę temu, że widząc was obojga, jak bardzo jesteście związani i sobie drodzy to mnie ratuje i sprawia, że jestem spokojna.
    — Sugerujesz, bym mu wybaczyła? — zapytała wprost oburzona.
    Mogła wiele zrozumieć, jednak nie sytuacje gdzie wręcz jej własny brat się jej wyrzekł, to było jednak coś, co nie była w stanie przebaczyć, jednak pojęła jednak drugą istotniejszą rzecz.
    — Ale raczej nie zrobię tego — powiedziała, co zaskoczyło nieco Sarę.
    — I właśnie po tutaj jesteśmy — odezwał się nagle Jason.
    Popatrzyła na niego, zupełnie nic nie rozumiejąc z jego słów. Spoglądnęła najpierw na niego, a potem na swoją mamę, która wydawała się poruszona, jednak przytaknęła młodemu człowiekowi, a ona spojrzała na nich zdumiona i zapytała:
    — Do czego zmierzacie? — spytała wprost.
    — Julio nie mamy za wiele czasu — odezwała się Sara.
    — Prawda jest taka, że masz jeszcze szansę. Masz wybór, którego my akurat nie mieliśmy — zwrócił się lekkim skinięciem w stronę starszej kobiety.
    Wybór?
    To zupełnie ją zaskoczyła. Jeśli widziała już zmarłe osoby, to raczej było oczywiste, że podzieliła ich los.
    Prawda?
    — Jason ma racje. Ty masz jeszcze możliwość — odezwała się Sara i widząc jej zdumioną minę, dokończyła — Możesz wrócić — oświadczyła — Owszem możesz z nami pójść, jednak wtedy nie będziesz mieć możliwości, by powrócić do bliskich, powrót do twojej cielesnej formy jest możliwy, jednak musisz prędko podjąć decyzje, bo czas ci się kurczy. Musisz podjął decyzje, czy wracasz na ziemie, do tych którzy tam na ciebie czekają, a wiemy, że utracenie ciebie przez twojego przyjaciela i męża będzie druzgocząca czy nawet przez twojego brata, Wiem, co mówię — powiedziała, pewnie widząc jej minę — On cię kocha i mu na tobie zależy.
    — Ale…
    — Upartość masz po Johnie ta jak twój brat, uwierz mi, że naprawdę on tego żałuje. Wiem, że będziecie potrzebować czasu, by to przepracować, jednak pragnę, byś dała mu szansę tak jak on tobie — dopowiedziała.
    — Czyli mnie wyganiasz? Nie chcesz mnie widzieć? — spytała nagle.
    Mimo wszystko nie czuła żadnych pretensji. Mogła się wahać oczywiście, mogłaby zostać, nie chcąc wracać do miejsca, gdzie czekało ją cierpienie, rozczarowanie czy poczucie osamotnienia, jednak coś jej kazało, wręcz zmuszało wrócić tam na ziemie.
    — Kochanie uważam, że czeka cię jeszcze dużo przeżyć tam na dole, a na ciebie przyjdzie jeszcze czas — zdeklarowała się Sara i potem spojrzała na nią z lekkim uśmiechem, mówiąc — I tak wiem, że podjęłaś już decyzje — powiedziała.
    To była całkowita prawda, mimo jaką niechęci mogła czuć, to jednak wiedziała, że podjęcie wyboru o powrocie było jak najbardziej rozsądne. Coś wzywało ją na ziemie i nie chciała chyba jeszcze kończyć w taki sposób swojej historii.
    — Zanim jednak odejdziesz — odezwał się nagle Jason, podchodząc do niej bliżej.
    Popatrzył na nią z powagą i mimo że przez krótką chwilę się nie odzywał w końcu, jednak rzekł:
    — Chciałabym ci podziękować — odezwał się nagle.
    — Za co? — spytała zaskoczona.
    — Dzięki tobie, chociaż Mike dogadał się z naszymi rodzicami, a po drugie i co jest, uważam, za istotne to, że go po prostu pokochałaś i pozwoliłaś mu być szczęśliwym.
    — Ale Jason, ja z nim nie jestem od dwóch lat — przypomniała mu.
    — Owszem zgodzę się, narobił niezłego bałaganu, jednak chyba teraz sam pojął jaką dziewczynę stracił, jednak wiem, że on nadal cię kocha i mimo że zdaje sobie sprawę, że nie jesteś już z nim, to dzięki tobie mój brat mógł znowu zrozumieć, czym jest miłość i poczuć się kochanym przez kogoś. Pomogłaś mojej rodzinie po części się uratować i za to ci dziękuje i wiem, że proszę o wiele, ale mniej oko na mojego brata. Wiem, że robi, głupoty popełnia błędy, ale nawet jeśli nie będziesz obok niego jako partnerka to przyjaciółka.
    — Nie wiem, czy mogę ci to obiecać — powiedziała.
    Obecnie nie uważała, że jest gotowa spełnić oczekiwania, które wobec niej stawiał. Zbyt wielką niechęcią do niego pałała, by znowu między nimi było, chociaż odrobinę dobrze. On jednak, zamiast się zasmucić, to uśmiechnął się i powiedział:
    — Będzie jeszcze dobrze — zapewnił ją — Twój czas dobiega końca — powiedział w końcu.
    Gdy tylko to powiedział po raz kolejny, znalazła się w objęciach Sary i mimo że zdawali sobie sprawę oboje, że to ostatnie takie spotkanie i ona oznajmiła ten czuły gest i po raz kolejny poczuła, jak oczy zaczynają napełniać się łzami, jednak ich nie hamowała.
    Wkrótce jednak odsunęła się od niej, a do niej podszedł Jason, który objął ją po chwili i wyszeptał jej do ucha.
    — Jesteś aniołem stróżem na ziemi i własnego brata i mojego — odezwał się cichym głosem — Opiekuj się tam nimi — poprosił — Może oboje popełniają dureństwa i głupoty, ale oboje cię kochają i im na tobie zależy — zapewnił.
    — Jason oni...
    — Wiem Julio — zapewnił ją, wiedząc doskonale, co chodzi jej po głowie — Potrzebujecie czasu wszyscy — jednak po krótkiej chwili odsunął się, a odezwała się Sara.
    — Pora na ciebie skarbie. Nie możesz już zwlekać — odezwała się.
    Spojrzała na nią i zobaczyła, momentalnie jak wskazuje na bramę, za którą dało się dostrzec ciemność.
    — One poprowadzą cię tam, skąd wróciłaś — powiedziała spokojnie — Gdy one się zamkną, nie będzie już powrotu.
    Faktycznie po krótkiej chwili one zaczęły powoli się zamykać. Jednak ona prędko zaczęła podążać w ich kierunku. W końcu przeszła za nimi w ostatniej chwili i podążyła w mrok, niestety już nie mogła się odwrócić i zobaczyć dwojga bliskich, którzy spoglądali na nią, jak odchodzi.
    — Będzie mi jej brakować — wyznała Sara do swojego towarzysza.
    — Wiem — przyznał młodzieniec — Jednak oboje wiemy, że to nie był jeszcze czas dla niej. Ona ma zapisany czas kiedy tutaj wróci, ale to nie ten moment — powiedział — W końcu wszystko się ułoży — powiedział i przeszedł wkrótce przez drugą z bram, a kobieta stanęła przez moment w tej pustce i mimo że nie widziała, już swojej córki to patrzyła tam, gdzie widziała ją po raz ostatni jednak i ona wkrótce przeszła przez otwarte bramy i wróciła tam skąd przyszła.

Saturday, March 29, 2025

V 13 — WALKA O KOLEJNY ODDECH

    Odstawił z dość głośnym hukiem szklankę na lekko przeszkolony kuchenny blat i pomimo tak mocnego uderzenia, szkło powinno się rozbić, to jednak grube dno sprawiło, że nie dało się dostrzec żadnej rysy. Sączące się nad nim światło z maleńkich diod odbijało się w tafli blatu, a on mógł zobaczyć niemal swoją zmęczoną twarz.
    Czuł się coraz bardziej sfrustrowany i rozdrażniony. Mógłby narzekać teraz na siebie, jak żałośnie się czuł, od praktycznie trzech tygodni gdy musiał tkwić w ciągłej nie wiedzy. Nie świadomości o to co dzieje się z jego ukochaną żoną, jak praktycznie nie mógł przesypiać nawet kilku godzin, bo gdy tylko zamykał oczy. Przed sobą dostrzegał jej piękną twarz pełną szczerego uśmiechu, co niemal od razu sprawiało, że zrywał się, z łóżka nie mogąc pohamować się przed tym, by nie popaść w zupełny obłęd.
    Można było zarzucić mu, czy im obojgu, że podjęli niewłaściwą decyzję, wychodząc tak prędko za mąż, że są zbyt młodzi, może nie poznali się za długo. Można było mu zarzucić, że zapewne uciekłby przy najbliższej okazji, jednak tak się nie stało. Nie opuścił granic miasta od momentu gdy zgłosili sprawę o zaginięcie na policje.
    Ani przez jedną chwilę nie pojawiła się mu myśl w głowie, by po prostu uciec. Kim właściwie wtedy był gdyby to zrobił? Tchórzem, który ucieka przed zaginioną żoną, gdy tak naprawdę zrozumiał jej sytuacje, a bardziej usłyszał jej historie z młodzieńczych lat, wykazał się wyrozumiałością, dlaczego to przed nim zataiła.
    Można było mu zarzucić, że powinien być wściekły, zły, że go oszukiwała, jednak będąc mądrym i inteligentnym facetem wykazujący się ogromną wyrozumiałością, pojął, że Julia miała prawo się bać. Obawiać się przed powiedzeniem mu prawdy wiedząc z jak niebezpiecznym przestępcą ma do czynienia.
    To wcale go nie zniechęciło, jeszcze bardziej wzmogło w nim pragnienie, by odnaleźć ukochaną i jej pomóc sobie z tym poradzić.
    Właśnie jednak w tym tkwił zasadniczy problem.
    Nikt nie miał pojęcia gdzie była!
    Policja ani na moment nie spoczywała w poszukiwaniach, nie zrezygnowali z tej sprawy, widząc jak bardzo ona poważnie wygląda gdy przedstawiono im prawdopodobnie osobę, która odpowiada za zniknięcie Julii i zrozumiano, że to przestępca, którego należy ścigać. Niby tak prozaiczne jednak to dopiero uświadomię, wszystkim powagi sytuacji przez Anthony’ego sprawiało, że jednak tym razem jak wspomniał nie pobłażali temu jak kiedyś gdy zgłosiła jego sprawę na policje, ale nie potraktowana jej poważnie.
    Jednak teraz została ona wręcz porwana w środku dnia i to spod budynku fasady sądu co było wręcz lekkomyślne i bardzo głupie zważając na fakt, że były tam kamery, które uchwyciły ten ważny dla śledztwa kadr.
    Starał się jak mógł nie wykazywać paniki. Nie dopuszczać do siebie bardzo skrajnych myśli, tych, które tak bardzo go przerażały. Starał się, jak mógł, by nie uderzały go paniczne przekonanie, jednak trzymał się kurczowo tego, że jednak odnajdą ją całą i zdrową, chociaż drżał gdy i wręcz łudził się, że jego pragnienie stanie się rzeczywiste, wiedząc, jak bardzo niebezpiecznym wręcz psychopatą był ten człowiek.
    Można było zapytać to czemu się z nim spotykała?
    Pytanie jednak było stosunkowo głupie. Jak sam Tony stwierdził, nie przewidziała przyszłości, nie wiedziała, że gdy zacznie się widywać z nim, zacznie się spotykać z istnym potworem, który ujawni się na przestrzeni następnych miesięcy. Ludzie skutecznie kryją swoje prawdziwe oblicze, nakładając przeróżne maski i takim typem był jej pierwszy chłopak. Zapłaciła najwyższą cenę za spotykanie się z kompletnie niezrównoważonym psychicznie nastolatkiem, który jak się potem okazało, sprzedawał jej narkotyki i tym samym na parę miesięcy ja uzależnił od nich.
    Co za zwyrodnialec!
    Pluł tak bardzo na takich ludzie, dla niego wręcz nie mogli się tak zachowywać. Gdy krzywdzi się drugą osobę i w tak okrutny sposób nie masz prawa nazywać się człowiekiem. Doświadczyła przemocy w związku w tak młodym wieku, to musiało mieć wpływ na jej psychikę:
    — I miało — odparł z westchnieniem Anthony.
    Zapytany o to czy związek Clarka i Julii nie wpłynął w jakiś negatywny sposób na nią, właśnie dostał tego potwierdzenie. Spoglądał na jego dość poważną twarz, która okrzesana była trwogą i niepokojem. On z nich wszystkich, którzy byli w tę sprawę zaangażowani, wiedział dużo więcej na ten temat. Był świadkiem i obserwował z boku, jak jego przyjaciółka niknie na oczach przez pewnego złamasa.
    Można było mu zarzucić, że mógłby coś zrobić. Jednak co mógł tak naprawdę zrobić szesnastolatek, który zdeklarował się milczeć pod naciskiem swojej przyjaciółki. Obiecał i słowa dotrzymywał, a kto by chciał uwierzyć dzieciakom z domu dziecka, że dzieje się coś tak poważnego. Jak sam mówił, ten sierociniec nigdy nie traktował poważnie swoich wychowanków, mieli ich gdzieś tym bardziej związkami, by się nie interesowali.
    — I nic z tym nie zrobiła? — dziwił się.
    — Właśnie w tym tkwił problem, że jak sam wiesz, w Ameryce takie usługi drogo kosztują. Nie stać jej było na to, by skorzystać z pomocy terapeuty — wyznał szczerze — Potem pojawił się w jej życiu jej biologiczny brat i jak ostatnio na niego wciąż narzekam to tutaj, jednak muszę przyznać, że postępował właściwie. Julia wspomniała ze przez pierwsze miesiące chciał, by chodziła do psychologa, ale ona odmawiała, bo uważała, że da sobie radę, lecz potem pojawił się ten skurwysyn, zaczął ją nękać. Wszystko doprowadziło do tego, że wróciła do mnie, do Phoenix i namówiłem ją do powrotu i dopiero wtedy skorzystała z oferty Chestera. Zapłacił za część jej terapii, póki sama się nie usamodzielniła. Przez lata chodziła i korzystała z usług psychologa i to naprawdę jej pomogło. Poznałeś tę dziewczynę, która przepracowała większość swoich problemów, inaczej było na samym początku, bo była bardzo skrytą w sobie osobę, jednak tak skorzystała z tych usług…
    Gdy teraz o tym myślał, ona przeżyła znacznie więcej w swoim młodym życiu niż on. I to mogło dać wiele do myślenia. Z cichym westchnieniem oparł się łokciami o blat, czując się coraz bardziej wycieńczonym tym wszystkim, jednak nie zamierzał tracić ani na moment nadziei, ani wiary, że policja w końcu ją odnajdzie. Spoglądnął na prawie pustą szklankę, w której można było dostrzec ostatnie łyki wody. Nie miał nawet chęci napić się czegoś mocnego, bo nic praktycznie nie mogło przejść mu przez gardło.
    Rozbudził ekran swojego telefonu, który wskazywał parę minut po trzeciej w noc, czy to był jego odruch, jakby czekał aż w końcu któryś, z funkcjonariuszy oddzwoni, jednak ekran nie ukazywał nic prócz jego wspólnego zdjęcia z Julią. Podniósł głowę i spojrzał na otwarty salon, gdzie na tle można było ujrzeć przeszkolone ściany, za którymi rozdzierał się widok na nocny widok miasta, a w jednym z foteli przysypiał przyjaciel jego żony.
    Zatrzymał się u niego, bo oboje i tak czekali wciąż na tę samą wieść, a ciągle płacenie za pokój było bezcelowe i drogie. W całym domu panowała wręcz głucha cisza, której praktycznie nic nie było w stanie przerwać i tak miało zapewne trwać przez kolejnego godziny gdyby nie fakt, że nagle telefon Anthony’ego zaczął dzwonić.
    To niemal natychmiast rozbudziło młodego mężczyznę i tak z dość płytkiego snu. Poderwał się natychmiast, sięgając po dzwoniące urządzenie. Czuł jak serce coraz mocniej mu bije gdy tylko na ekranie ujrzał numer jednego ze śledczych, mimo że nie chciał do jego głowy, zaczęły napływać dość niepokojące myśli. Odrzucił je prędko na bok i odebrał bez chwili zastanowienia, przykładając telefon do ucha:
    — Słucham? — odezwał się na jednym wydechu.
    — Pan Anthony Brown? — zapytał znajomy mu aspirant.
    — Tak.
    Próbował ukryć fakt, że wzbiera w nim coraz większa panika, jednak było to wręcz nie zniknione. Objawił się tak bardzo o życie Julii, mając świadomość, z jakim człowiekiem ma do czynienia dlatego strach o to czy w ogóle przeżyje, był czymś, co próbował tak bardzo pozbyć się z głowy, jednak to wciąż do niego powracało. Teraz słysząc, dość poważny głos funkcjonariusza policji wiedział, że sytuacja może nabrać jeszcze większej powagi.
    Ujrzał momentalnie, jak Ricardo zaczął się do niego zbliżać, a na jego twarzy tylko ujrzał zaskoczenie i pytanie. Uniósł dłoń, wyczekując dalszych słów, jednego ze śledczych.
    — Odnaleźliśmy panią Armando i pana Shinoda — oznajmił aspirant.
    — Co z nią? — zapytał prędko.
    Nie obchodziło go zupełnie, co się wydarzy z Michaelem, od dłuższego czasu nie pałał do niego ani gramem sympatii. I miał ku temu prawo. Uważał go za zdradzieckiego dupka od chwili gdy zrobił takie świństwo Julii.
    — Pani Julia, jest w krytycznym stanie — oznajmił mężczyzna w mundurze — Nie będę pana okłamywał, jest życie, jest zagrożone. W tej chwili jest zawożona do szpitala USC University — dokończył swoją wcześniejszą myśl.
    Te kilka słów jemu zupełnie wystarczyło, podniósł się gwałtownie z kanapy, na której do tej pory siedział i wręcz dając znać ręką Ricardo, kazał mu się zbierać, a on chciał już dokończyć rozmowę i jechać jak najprędzej do klinki, by dowiedzieć się więcej o stanie zdrowa jego przyszywanej siostry.
    — Kto za tym stoi? — spytał ostro.
    — Tak jak pan przewidywał. Za porwaniem pani Julii i pana Michaela stoi pan Kent oraz pani Shinoda, którzy trafili za kratki — wyjaśnił.
    Wieś o tym, że jednak jego przewidywania się sprawiły były na jakiś sposób, satysfakcjonujące jednak nie wiedział, czy to odpowiednie słowa, którymi mógł się wyrazić w tej sytuacji.
    — Zostają zatrzymani a pani Armando i pan Shinoda trafią do szpitala.
    — Bardzo dziękuje — powiedział.
    Prędko się rozłączył i zwrócił się do Ricardo:
    — Odnaleźli ją! — oznajmił jedynie — Nie jest ciekawie — dokończył jedynie.
    On jednak sam nie wiele wiedział mimo jego pytającego spojrzenia, nie mógł mu sam za wiele zdradzić, bo sam wiedział, jedynie tylko ile mu przekazano.
    — Jedziemy do szpitala! — zarządził.
    Nie wdawali się w dalszą dyskusję, która w tym momencie wydawała się jak najbardziej bezcelowa, bo istotniejsze było, by jak najprędzej dostać się do klinki. W jego głowie panował wręcz istny chaos, huragan myśli, nad którymi nie był w stanie zapanować. Tak wiele pytań, obaw czy niepokoju pojawiło się w jego sercu. Wciąż po jego umyśle odbijały się słowa „jej stan jest krytyczny” to wcale nie napawało go wręcz radością, a bardziej pogłębiał jego strach.
    Wybiegli wręcz z mieszkania, to nie był spokojny trucht, a raczej szaleńczy spacer do windy. Nie chciał i nawet nie miał głowy ani tym bardziej chęci informować Chestera o odnalezieniu Julii, właściwie pojawia się tutaj jego wewnętrzne uprzedzenia, ale nie poczuwał się nawet do obowiązku, by to zrobić.
    Po tym co nawygadywał i jak zachował się w stosunku do niej, nie zasługiwał, by dowiedzieć się prawdy, mimo że miał świadomość, że ona zaginęła i niby się o nią martwił, jednak szczerze w to wątpił.
    Wkrótce oboje zjechali na parking. Anthony, który ówcześnie zabrał kluczyki do samochodu, podszedł do niego i wsiedli do środka. Nim jednak wyjechali, wpisał pośpieszenie nazwę placówki do nawigacji, bo jednak nie miał pojęcia, gdzie leży ten szpital. Wkrótce na małym ekranie pojawiła się trasa, która wiodła go przez prawie pół miasta do miejsca, gdzie zabrali Julie oraz Michaela.
    Wyjechał na osiedle, prowadzony przez nawigacje wkrótce wyjechał za bramy dość szczerzonego osiedla, gdzie Ricardo wykupił apartamentowiec na szycie jednego z bloków. Musiał jednak gdzieś mieszkać, bo zdali sobie sprawę, że nie zdołają odzyskać starego mieszkania Julii.
    Jechali wręcz w ciszy, jednak oboje nie byli w stanie rozmawiać, byli tak bardzo pochłonięci myślami o tym, w jakim stanie jest bliska ich sercu kobieta, że nie mieli chęci na prowadzenie dyskusji.
    Myśli młodego biznesmena wciąż uciekały do jego ukochanej. Nie zamierzał ukrywać, czuł lekką panikę. Obawiał się tego co może się stać, w jakim stanie zobaczy swoją żonę. Mimo że starał się nie popadać w szaleństwo, jednak nie potrafił nad tym zapanować. Bal się i trudno było temu zaprzeczyć.
    Jednak nie tylko on miał podobne przemyślenia. Tak naprawdę zmierzali, nie wiedząc wiele prócz tego, że jej stan jest po prostu kiepski jak nie żałosny, lecz to mogło tylko rozbudzić w nich pewność, że ich nawiane przekonanie, że wróci cała i zdrowa było błędne, a to, czego tak się bawili tę lęki, że zostanie odnaleziona w bardzo złym stanie, się ziściły.
    Skupiony na swojej drodze, starał się jak najprędzej dostrzec do szpitala, jednak w tym mieście nawet pod osłoną nocy zdarzały się korki, co wręcz było nie zniknione. Czuł się tym zirytowany, bo pragnął jak najprędzej się tam dostać, jednak sznur samochodów skutecznie ich hamował.
    W końcu po prawie pięćdziesięciu minutach dojechali na szpitalny parking, gdzie bez trudu odnalazł i to dość blisko miejsce parkingowe i wręcz zdążył tylko wyciągnąć kluczyki ze stacyjki i wręcz wybiegł z samochodu tuż za Ricardo, który gdy tylko postawił, auto wyszedł z niego i podbiegł w stronę wejścia.
    Oboje pragnęli tylko, jednego jak najprędzej dostać się do recepcji tylko to się liczyło. Wpadali na odziany szpital ratunkowy i ujrzeli kilka osób, które czekały na lekarzy, którzy ich przyjmą, jednak on pokierował swoje kroki w stronę recepcjonistki, która obsługiwała jakąś starszą parę. Jednak gdy tylko podszedł tuż za Ricardo, oni odeszli, a on zwrócił się do kobiety.
    — W czym mogę pomóc? — zapytała, widząc ich dwojga stojących tuż przed nim.
    — Czy przywieszono tutaj Julie Armando?
    — Armando? — powtórzyła i zajrzała do komputera.
    W tym samym czasie jednak dało się usłyszeć sygnał karetki pogotowia, która właśnie podjechała pod drzwi i wkrótce dało się słyszeć hałasy, które sprawiły, że młody Hiszpan odwrócił się w tamtą stronę i mogło to wręcz dziwić, czemu to robi, pewnie pojawił się kolejny pacjent i rzeczywiście tak było, gdy ratownicy wręcz wbiegli krzycząc coś, co zupełnie nie zrozumiał, jednak prędko wokół osoby, która leżała na noszach pojawili się lekarze i pielęgniarki.
    Jednak jedna rzecz przykuło jego uwagę, a raczej wizerunek, który był bardzo łudzący podobny. Ujrzał jak osoba na przenośnym łóżku, miała odsuniętą jedno ramię, resztę ciała skrywała materiał, który miał chronić przed zimnem jednak to, co było tak charakterystyczne to wizerunek wilka oraz motocyklisty, który kojarzył się mu tylko z jedną osobą. Momentalnie klepnął w ramię Anthony’ego, który odwrócił się w ostatniej chwili i zobaczył, jak ta osoba zostaje zabrana.
    Momentalnie odwrócił się w jego kierunku, dość zaskoczony a on wykrztusił tylko jedno:
    — To była ona!
    Widok wręcz zdumienia na twarzy Anthony’ego był nie do opisania, momentalnie zwrócił się do pielęgniarki, za płatem pytając, gdy do jego uszu wcześniej dotarło, że zabierają tę osobę, na odział intensywnej terapii:
    — Gdzie znajdę…
    — Mapa jest przy windach, ale od razu pana poinstruuje. Drugie piętro niech pan idzie w prawo cały czas i trafi, pod odpowiedni odział — oznajmiła, nie pytając wcześniej o szczegóły.
    Było to nieco lekkomyślne i nie odpowiedzialne, jednak pragnęła pomóc dwojgu zatroskanym mężczyznom. Widział jak ten, z którym do tej pory rozmawiała, skinął głową i prędko wraz ze swoim towarzyszem odszedł.
    Szybko pobiegli w stronę wind. Przywołali jedna z nich, jednak przyjechała, z odciąganiem co doprowadziło ich wręcz do irytacji, jednak w końcu zjechała na dół, otwierając przed nimi drzwi. Wciskającnumer odpowiedniego piętra po krótkiej chwili byli już tam. Szybko powędrowali tak, jak został poinstruowany i w oddali zobaczył napis nad drzwiami IntensywnaTerapia i właściwie dalej nie mogli już niestety pójść.
    Teraz mogli tylko czekać na moment, aż wyjdzie do nich jakikolwiek lekarz albo pielęgniarka by mogli o cokolwiek zapytać. Najgorsze w tej chwili jednak było oczekiwanie. Moment zupełnej niewiedzy, widok jednak który ujrzał Ricardo, wstrząsnął nim tak bardzo, że nie potrafił wymazać z pamięci obrazu jego żony, a raczej jej twarzy pokrytej bandażami co jeszcze bardziej go zaniepokoiło a fakt, że nie mógł zobaczyć, nic więcej tym bardziej, wywołało u niego tak wiele strachu i obaw.
    Nie musiał wiedzieć, by zrozumieć, że jej stan był po prostu kiepski i praktycznie wykazywał się spokojem, zewnętrznym jednak wewnątrz był zupełnie rozbity. Miał ochotę po prostu się popłakać, widząc ją aż w tak poważnym stanie, jednak zachowanie pozorów było trudne niemal ciężkie jednak póki niczego więcej się nie dowiedzą, musieli tu czekać.
    Kolejne minuty, które zmieniły się w pół godziny, a potem godzinę lekcyjną było wręcz jak dręczenie ich obojga. Chodzili niespokojnie po korytarzu, wyczekując jakiekolwiek wieści, ale nic się nie pojawiło. Nagle usłyszeli odgłos kroków, oboje wręcz zatrzymali się w jednej chwili i popatrzyli w stronę drzwi, jednak momentalnie zwrócili swój wzrok gdy zrozumieli, że te hałasy dobiegały z innej strony i dobiegł ich bardzo wściekły głos:
    — Czemu do mnie nie zadzwoniłeś!? — nagle dało się usłyszeć dość rozgniewany ton głosu.
    Anthony momentalnie się spiął gdy tylko go usłyszał i niemal zagryzał zębami. Miał cichą nadzieję, że się nie pojawi, jednak jak widać, się mylił i zapewne policja go poinformowała o wszystkim. Zobaczył go, jak wszedł zdenerwowany w ich kierunku i gdy tylko stanął zmierzyć go spojrzeniem swoich oczu.
    — Bo nie miałem chęci — odparł dość opryskliwe na jego komentarz — Nie powinno cię z resztą to dziwić Bennington! — podkreślił po raz kolejny swoją niechęć do niego.
    — Anthony czy możesz sobie darować…
    — Nie! Od momentu gdy uznałeś ze się jej wyrzekać, nie będę cię traktował jak wcześnie, a to, że nie zamierzałem ci, powiedzieć o tym to uważam, że słusznie zrobiłem, bo widzę, jak zacząłeś się rzucać.
    — Kurwa Anthony to już nie jest zabawa! — powiedział rozjuszony.
    Może w tej sytuacji, kłótnia było skrajną głupotą, jednak oboje nie panowali zupełnie nad swoimi emocjami, a sytuacja z ostatnich dni i tygodni się na tyle skumulowało, że nie potrafili pohamować swojego języka i wybuchnęli złością, wylewając część żalu wobec siebie.
    Stojący z boku Hiszpan przyglądał się im i mimo że zupełnie nie rozumiał nic z ich kłótni, pokręcił z niesmakiem głową, bo nie uważał, by awantury były najbardziej rozsądne w tej sytuacji i zanim doszło do kolejnej dość głośnej wymiany zdań między obojgiem skonfliktowanych mężczyzn, nagle usłyszeli skrzypienie drzwi.
    Odwrócili się we troje w tamtym kierunku i zobaczyli jak w ich stronę, podąża mężczyzna w średnim wieku. Szedł ku nim z bardzo poważną miną, stanął przed nimi i spoglądnął na nich i zapytał:
    — Czy któryś z panów jest z rodziny pani JuliI Armando? — zapytał z powagą.
    — On jest jej mężem — wyjaśnił Anthony wskazując na Ricardo — Ale ja jestem tłumaczem, bo nie zda zbyt dobrze angielskiego. Rivera nawet się nie wtrącać! — widząc, jak otwiera usta, wszedł mu w słowo.
    — Przymknij się Brown! To nie czas na spory — przypomniał mu — Jestem bratem Julii, może pan nam powiedzieć, co z nią jest?
    Anthony wręcz pohamować się w ostatniej chwili przed kąśliwą uwagą jednak momentalnie zwrócił się w kierunku lekarza, który wyglądał, jakby nie miał zbyt dobrych wieści, wkrótce zobaczyli, jak otwiera usta i słów, które powiedział, potem zupełnie się nie spodziewali.
    Ich serca zamarły w jednej chwili.
    — Pani Armando zmarła…

Sunday, March 23, 2025

V 12 — OKIEŁZNAŁA GO FURIA ZNISZCZENIA

    — Mamy ten adres! — oznajmił jeden z prowadzących sprawę — Zbieramy się! — zarządził do swoich kolegów.
    Prowadzenie tej konkretnej sprawy, nie należało do łatwych. Owszem miał na swoim koncie wiele śledztw, które były niezwykle skomplikowane, jednak w tym przypadku sprawa miała się o tyle kiepsko, że zostały skutecznie zatarte wszelkie poszlaki, które mogłyby naprowadzić ich na miejsce przebywanie dwojga zaginionych.
    Motyw, którym mogli się kierować podejrzani, wręcz był tak powszechnie znany, że nie był dla niego zaskakujący, wręcz było praktycznie powszechnie znany. Nie jednokrotnie prowadził sprawy, gdzie ktoś mścił się na drugiej osobie. Prowadził w swojej długoletniej karierze, już kilka takich śledztw jednak to było nieco skomplikowane, jednak wierzył, że w końcu i trafią na jakikolwiek trop i w końcu po tygodniach udało im się dostrzec ruch ze strony jednego z podejrzanych, który wyszedł z kryjówki.
    Musieli wykazać się ogromną ostrożnością, by nie dostrzeżono przez kobietę, że jest śledzona, jednak efekt był tego wart, ponieważ teraz mogli dotrzeć do miejsca, gdzie była przetrzymywana dwójka młodych ludzi.
    Co do ich stanu, nie chciał spekulować, jednak miał świadom, że jeszcze kilka dni zwłoki czy szukania może kosztować ich życiem. W pełni poważnie potraktowali zgłoszenie przyjaciół oraz bliskich zaginionych, ponieważ było to nieco niefrasobliwie ze strony porywcza, że pojmał dziewczynę sprzed gmachu sądu, a gdy zajrzeli do bazy, okazało się, że on już widnieje jako osoba podejrzana zgłoszona na innymi komisariacie, tym bardziej pojęli, że jest to poważna sprawa i tutaj każdy dzień się liczył.
    Opuścili komisariat, będąc uzbrojonymi po same zęby i mimo że można uznać, że to tylko dwojga podejrzanych jednak nawet dwoje osób może sprawić wiele problemów, tutaj już nie chodziło o złodziejstwo, a pojmanie dwojga niewinnych obywateli i musieli ich odbić tej nocy. Nie mieli nawet czasu, by kontaktować się z bliskimi pojmanych, bo zależało im zwyczajne na czasie.
    Gdy tylko zdobył ten adres, zebrał ekipę i właśnie wsiadał wraz z partnerem operacyjnym do wozu i zamierzali pojechać na miejsce przestępstwa. Było ono oddalone o półtorej godziny od miasta, jednak musieli się śpieszyć i być tam jak najprędzej.
    — Clark ile to jeszcze będzie trwać?
    Dobiegł go za pleców dość znajomy mu głos, ton zbyt znajomy, by mylić go z kimkolwiek innym, który kojarzył tylko z nią! Kobietą, która przez ostatnie lata zwodził, bo ich współpraca nie była tylko kilkumiesięczna, lecz poznali się znacznie wcześniej a fakt, że wciągnął ją do własnych interesów i po części knowań, dla niego stała się wręcz idealnym osobą, która mogła za niego zrobić całą czarną robotę, a on nie był wtedy zmuszony do wychodzenia ze swojej kryjówki.
    Wręcz leśnego bunkra, którym był stary rozlatujący się dom. Skąd on się tutaj on znalazł? Nikt tego nie wiedział, znalazł go gdy był zmuszony się ukrywać. Nie był taki głupi, jak mogło się wydawać. Zdawał sobie sprawę że gdy zamelduje się w jakimś motelu czy hotelu, czy wynajmie mieszkanie, jego przykrywka szybko się sypnie. Wcześniej dzięki własnym rodzicom mógł się ukrywać, jednak teraz musiał się uciekać do tak wręcz prymitywnych ucieczek jak szukanie w pobliżu miasta jakichś lasów czy skrytek, by się nie narazić, tym bardziej gdy zrozumiał, że ta mała perwersyjna suka go wsypała, a policja miała w bazie jego dane.
    Miał swoich informatorów a kobieta, która stała tuż za nim nie była jedyną z osób, z którą współpracował, by mieć wciąż na oku swoją ofiarę, która teraz leżała praktycznie martwa w piwnicach tego domku w jakieś miejscowości z dala od najbardziej obleganego miasta Kalifornii, musiał przez kogoś ją obserwować, bo on sam już nie mógł się pokazywać.
    Był sprytniejszy, niż się komukolwiek wydawało.
    Realizował od lat swój plan i nie było mowy, chociażby o najmniejszej pomyłce, bo gdyby to się zdarzyło, on trafił tam, gdzie najbardziej nie chciał trafić, a zdawał sobie sprawę, że policja będzie mieć go na celowniku, bo mała szmata przestała być tak bardzo strachliwa jak kiedyś i zwykłe groźby nie pomogły tak jak dawniej.
    Owszem pojawił się tylko raz w mieście jednak tylko po to, by dorwać tę dziwkę. Nie zamierzał odmówić sobie tej przyjemności pochwycenia jej i pojmania. To on był tym który ją dopadł skryty pod czernią, więc nie było to zaskakujące, zwłaszcza że Taylor miała do wykonania swoją robotę.
    Porzucenie samochodu było kluczowe i celowe, by zmylić trop policji. Wszystko musiało być idealnie zaplanowane i tego musiała również trzymać się ona kobieta, którą miał raczej za pomagierkę, a nie za wspólniczkę.
    Słysząc jednak obawy w głosie starszej kobiety, które były przepełnione wątpliwościami, zaczął mieć dziwne podejrzenia, zwłaszcza teraz gdy jej głos zaczął drżeć ze zdenerwowania.
    Odwrócił się powoli w jej kierunku, a na jego ustach dało się zobaczyć dość przebiegły uśmiech, a on spojrzał na nią z podejrzliwością. Skrzyżował swoje dłonie na torsie i popatrzył na nią swoim przenikliwymi szarymi oczami:
    — Czyżby strach cię obleciał kochaniutka? — powiedział dość uroczym tonem, jednak dało się w nim wyraźnie usłyszeć sarkazm.
    — Czy ty sobie ze mnie kpisz? — odezwała się poważnie.
    — Wymiękasz — odezwał się ostrym tonem.
    Kobieta poruszyła się dość niespokojnie pod wpływem jego intensywnego spojrzenia. Nie zamierzała już siebie okłamywać, mimo że nie chciała okazywać swojej niepewności jemu, to od kilku dni czuła dziwny niepokój. Początkowo starała się, jak mogła to ignorować i nie zwracać na to uwagi, jednak z każdym mijającym dniem to paskudne uczucie stawało się coraz bardziej nie do zniesienia, a ona już nie oszukiwała siebie.
    Owszem doskonale wiedziała, z czym wiąże się pójście w układ z tym szaleńcem. Podjęła go, bo pragnęła zemsty, jednak mogła krzywdzić, ale czy była gotowa doprowadzić kogoś do śmierci?
    Pytanie tak błahe jednak napełniło ją obawami, które z każdą chwilą zaczęły ją jeszcze bardziej dręczyć.
    Picie czy zastraszanie to jedno i to była zdolna zrobić, jednak z każdym dniem gdy obserwowała szaleństwo tego faceta i jak bardzo katuje swoją byłą, mimo że nie miała za grosz wyrzutów sumienia czy zrozumiałości w stosunku do niej i wręcz cieszyło ją widok jej okaleczonego ciała i wyniszczonego organizmu, czy rozsypanej psychiki to zaczęła obawiać się o własne bezpieczeństwo.
    Bo co jeśli w końcu dziewczyna umrze, na kogo przekieruje swoją frustrację i złość. Zaczęła mieć obawy, że ona będzie tą osobą. Słyszała, jak ta ostrzegała ją przed tym, że wpadła w sidła szatana, wchodząc w nim w pakt, ale nie zamierzała jej słuchać. Nie traktowała jej słów poważnie, jednak z każdym takim dniem, słowa tej młodej artystki nabierały zupełnie innego wydźwięku.
    Mogła być osobą zdemoralizowaną, wiedziała, że sprawiała ból swojemu mężowi i sprawiało jej to satysfakcje, jednak chyba nie była aż tak zepsutą, by pragnąć czyjeś śmierci. Krzywdziła Michaela i wielokrotnie groziła mu, że go zabije i prawie do tego doprowadziła, jednak za każdym razem był ratowany przez tamtą zdzirę.
    Raczej musiała odrzucić myśl, że nie byłaby zdolna zabić, a raczej obawiała się niepoczytalności tego chłopaka. Bo z każdym dniem, gdy tkwili tutaj zamknięci, widziała, jak jego szaleństwo na punkcie Rivery się pogłębia, a on zaczyna jeszcze bardziej być pochłonięty swoim istnym szaleństwem i usilnym pragnie, zgładzenia to ją przerażało ten człowiek. Nie myślała, że jest on aż tak niepoczytalny.
    Czy zaczęła się go bać?
    Odpowiedź wydawała się chyba jasna i wręcz twierdząca.
    Obłęd i furia to jedyne co dostrzegała w jego spojrzeniu, a wszystko jeszcze bardziej potęgowały narkotyki, które brał w dość dużych dawkach. Nie chciała przyznawać racje Julii, jednak chyba wobec niego miała racje.
    — Nie! — powiedziała pewnie, musząc zdać się na swoje umiejętności aktorskie, by nic nie dać po sobie poznać — Jednak pozwól, że zapytam Clark? — dodała wręcz tonem, który mógł przeszyć otaczającą ją rzeczywistość.
    Słyszała cichy pomruk, który padł z jego ust, dając jej wyraźny znak, że ją słucha.
    — Zapytam wprost — odezwała się z pewnością w głosie — Powiedz mi czy satysfakcjonuje cię to, że zabawiasz się niemal z trupem? — jej cichy syk wręcz przeszył salon.
    Był to niewielkie pomieszczenie, w którym dało się dostrzec wiele rozpadających rzeczy, a okna były tak bardzo zakurzone, że praktycznie nie było nic widać, dodatkowo jednak były założone rolety, by nikt nie wiedział, czy ktoś tu jest, jednak znając mentalność tego narodu, nie byli, zbyt skłoni na wycieczkę, po takich miejscach jak jakieś opustoszałe lasy.
    — Co sugerujesz? — nagle pomieszczenie przeszył jego przenikliwy zimny ton głosu.
    — Umówmy się Clark — rzuciła oschle — Twoja zabawka niemal nie żyje. Dziewczyna praktycznie jest jedną nogą w grobie, a ty nadal próbujesz sobie wmówić, że coś z niej wycisnąć.
    Nie mówiła, nic co nie było oczywistością, tak wspomniała, że sprawiało jej jakąś dziwną przyjemność patrzeć na jej ból, jednak była również realistką i widziała, jak każdego dnia jest coraz bliżej śmierci. To kwestia praktycznie dni jak nie godzin, jak jej serce w końcu zatrzyma się gdy w końcu trucizna dotrze do jej serca, skutecznie pozbawiając jej rytmu, a skrajnie wycieńczenie spotęguje to jeszcze bardziej.
    — Clark już nie możesz, decydować ile będziesz ją trzymać przy życiu — upomniała go — Twoja ofiara padnie w najmniej oczekiwanym momencie i skończy się twoje radosne uprzykrzanie jej życia. Ta mała dziwka jest już w grobie i…
    Momentalnie wręcz znalazł się przy niej i chwycił ją mocno za szyje, czuła jak zaciska na niej swoje długie palce, niemal pozbawiając ją oddechu. Miała wrażenie, jakby się dusiła, musiała zebrać w sobie siły, by chwycić jego dłoń, która szczelnie zacisnęła się na jej tchawicy, by nieco poluzować uścisk, jednak usłyszała jego cichy przenikliwy szept:
    — To ja decyduje kiedy zdechnie!
    — Nim… nie wyciągnie nóg wcześniej — wydusiła, gdy jego palce jeszcze bardziej zacisnęły jej gardło.
    — Umrze, ale tylko, gdy ja na to zezwolę! — powiedział to takim tonem, który sprawił, że trudno było ukryć przerażenie.
    Po krótkiej chwili niemal rzucił ją na ziemie, dało się usłyszeć potężny huk i głośny kobiecy jęk bólu. Nie zwrócił jednak na to uwagi. Nie zamierzał się przejmować takim śmieciem! Ona była nikim! Dosłownie nie była nie była istotna w tym.
    — Życzę… powodzenia, jak zejdziesz na dół i zastaniesz dwa gnijące trupy — wykrztusiła, próbując rozmasować swoje obolałe gardło.
    To był już kres wszelkiej wytrzymałości oraz jego cierpliwości. Czy przyznawał jej racje, oczywiście, że nie jednak nie dało się ukryć, że jego ludzka zabawka była już na skraju wytrzymałości? Za każdym razem dało się dostrzec coraz mniejsze oznaki życia w jej spojrzeniu.
    Na samo myśl, w końcu zdecydował.
    Nie spoglądając na Taylor, podszedł do jednej z szafek i otworzył ją. Drzwiczki lekko zaskrzypiały i wśród wielu strzykawek czy buteleczek oraz narkotyków, które tam były w końcu na tle odnalazł buteleczkę, której zdobycie było dla niego bardzo ciężkie, jednak się udało i w końcu nadeszła chwila, by ją wykorzystać.
    Odwrócił się i spojrzał na Taylor, która spojrzała na niego z nieukrywanym przerażeniem:
    — Co to jest? — zapytała ze strachem.
— Mały prezent dla pewnej dziwki — rzucił, unosząc delikatnie jeszcze zamkniętą butelkę — Skoro i tak mam się jej pozbyć, to małe cudeńko mi w tym pomoże — dodał, uśmiechając się niczym najgorszego sortu szaleniec.
    On jednak był wariatem i wiele osób z czasem przekonywało się, że nie był osobą zbyt poczytalną, jednak on wciąż uważał się za osobą zdrową. Nie czuł się chory jednak obserwująca go z boku kobieta widziała to co dostrzegła już przed laty jego była. Był to groźny facet, który wykorzystywał kiedyś swój urok osobisty, by dostać, czego chce, teraz narkotyki go doszczętnie zniszczyły i przypomniał bardziej mężczyznę przed pięćdziesiątką, a nie chłopaka niewiele młodszego od niej.
    — Co…
    Nie była w stanie dokończyć gdy podszedł do niej i przykucnął przy niej i otworzył butelkę i lekko ją przekrzywił pragnąć ją przestrzec, jednak ani jedna kropka nie popłynęła, to wystarczyło, jednak by ją przestraszyć, a ona w strachu ujrzała napis znajdujący się na etykiecie.
    — Kwas siarkowy? Czyś ty oszalał!
    — Mówiłem, że zakończenie życie tej suki w wielkim stylu — odezwał się, uśmiechając się jak wariat — Nie musisz się bać… — mówiąc to, zamknął wieczko i dodał — Nie jest przeznaczona dla ciebie, ale dla niej — dokończył.
    — Przecież ty ją…
    — Rozpuszczę — rzekł — I tak stwierdziłaś, że i tak leży w grobie, a to pomoże pozbyć mi się ciała — dodał z oczami, które wręcz napawały trwogą.
    — Jesteś szaleńcem! — wyrzuciła mu w końcu — Ta dziwka jednak miała racje!
    On jednak nic sobie z jej słów nie zrobił. Mogła jedynie obserwować, jak się podnosi, a jego twarz tak bardzo wyzbyta z emocji i uczuć spoglądała na nią, a oczach dostrzegła jedynie obrzydzenie i niechęć, zanim rzucił:
    — I tak zawsze widziałem, że jesteś zbyt miękka — powiedział.
    W następnej chwili kopnął ją z całej siły z buta w twarz, dało się słyszeć jej głośny jęk niemal krzyk, a z jej nosa trysnęła krew, za który prędko się załapała, a w oczach pojawiły się łzy. Zignorował ją i powędrował w stronę schodów, które wiodły do piwnicy.
    Miał zamiar w końcu to skończyć!
    Widział, że w końcu nadejdzie ten dzień, starał się go odciągnąć w czasie, jednak prawdą było to, że jego zabawka powoli umierała tak, jak o tym marzył, by odchodziła w upokorzeniu i uniżeniu. Rozpierała go satysfakcja, dziwne szczęście na myśl o tym co zamierzał właśnie zrobić. Każdy jego krok był powodem, dlaczego żył, był wręcz uhonorowaniem jego ostatnich lat, gdzie musiał się ukrywać w końcu i skończy z tą szmatą i nikt absolutnie nie będzie go podejrzewał. Umyła mu się śmierć Evelyne, której tajemnicza śmierć nie została wyjaśniona a jedyną osobą, która cokolwiek wiedziała, właśnie miała podzielić jej los.
    Tak kończą osobę, które zdecydują się od niego odejść. Zrobiła to jedna i zakończyła swój los w worku zakopana na jakimś odludzi i nawet on nie pamiętał, już gdzie ją pochował a w końcu i druga ta, która najdłużej mu uciekała, podzieli jej los.
    Schodząc po stopniach do piwnicy, nawet nie rozpalił świta, na oślep odnalazł klucz do kłódki, która z drobną trudnością otworzył. Nie był nawet świadom, że w tym momencie tuż nad jego głową krąży ktoś, kto mógł go powstrzymać. Nie był świadomy, że jego kryjówka została już namierzona przez organy ścigania, które właśnie włamywały się do domu.
    Zapalone lekkie światło, sprawiło, że mężczyzna przykuty do kajdan drgnął. Dziewczyna wydawała się wręcz być pozbawiona życia. Leżała praktycznie się nie ruszając, jedynie delikatnie podnosząca się klatka piersiowa sprawiała, że można było poznać, że nadal oddycha.
    Podszedł do niej, a ona spoglądała na niego bez żadnego wyrazu uczuć czy jakichkolwiek emocji. Oczy miała nieco przymknięte przemęczone i zupełnie niechcące spoglądać na tego diabelnego potwora.
    — Czas to zakończyć kochanie — powiedział to wręcz z iście radosnym uśmiechem.
    Leżący nieopodal mężczyzna mógł tylko, patrzeć jak odkręca jakąś butelkę, którą trzymał w dłoni i po chwili wylał jej zawartość na ciało jego dawnej narzeczonej. To był wręcz jeden z najbardziej przerażających krzyków, które nikt w życiu by nie usłyszał. Bezbarwna ciecz polała się znacznie po ciele młodej artystki, która wręcz po chwili zanikła.
    — Gleba! — dość potężny męskie głos rozbrzmiał nagle w całym pomieszczeniu.
    Ona już tego nie dostrzegła, gdy do piwnicy wręcz wtargnęło kilku uzbrojonych po same zęby policjantów, którzy w przeciągu kilku sekund przycisnęli tego psychopatę do podłogi, który nagle zaczął się szaleńczo śmiać, jednak on widział to ostatkami sił, jak w ostatniej chwili wtargnęli tam gliniarze, którzy zatrzymali to szaleństwo jednak resztę ani ona ni on nie mogli widzieć.
    Ratownicy pogotowia niemal od razu zbiegli po skrzypiących schodach wraz z kilkoma strażakami. Widok, jaki ich zastał, był czymś, czego nikt się nie spodziewał. Chociaż widzieli wiele podczas akcji, to widoku pary, która była wręcz przekłuta żelastwem do ziemi, będący wręcz już na granicy śmierci i życia oraz widok ich zniszczony do granic możliwości ciał był czymś okropnym. Od razu dało się wyczuć ten smród, mimo że mogło sprawić, one mdłości nie mogli się takimi błahostkami przejmować i musieli uwolnić dwójkę w końcu odnalezionych po trzech tygodniach poszukiwań osobach.
    — Uważajcie na nią! — odezwał się jeden z ratowników, gdy zaczął udzielać pomocy poszkodowanej dziewczynie.
    Widok kwasu, który został wylany na nią, wymagał szybciej intwerwncji, jednak liczyli się z tym, by strażacy musieli przeciąć łańcuchy, by mogli w końcu zabrać tę dwójkę do szpitala i się nią zająć. Działali w dość szybkim tempie, bo tu liczyła się każda cenna sekunda, zwłaszcza gdy podpięta do aparatury przenośnej akcja serca studentki zaczynała coraz bardziej zwalniać.
    Widzieli, że będzie to ciężka akcja, jednak nie sądzili, że znajdą ich tak skrajnie wycieńczonymi.
    Zabrano wkrótce w eskorcie czworga policjantów z jednostki specjalnej porywacza, który próbował się bezskuteczniewyrwać gdy w końcu dwojga z dwóch strażaków udało się odciąć łańcuchy, które wręcz więzły dziewczynę gdy ich koledzy uporali się z tym samym żelastwem przy jej przyjacielu.
    Przenieli ich ostrożnie na deski i prędko wynieśli na zewnątrz, mimo że mogli wykonań wszystko by zabezpieczyć ich, tutaj liczyła się każda chwila, lecz nim to zrobili. Okryli nagie ciało dziewczyny specjalną folią.
    Jeden z głównych śledczych, który wraz z kolegami wyprowadził, porywacza wepchnął go do furgonetki:
    — Posiedzisz sobie — rzucił oschle.
    Wiele spraw prowadził, jednak ta sprawa była bardzo skomplikowana. W końcu jednak udało się im trafić na trop, który doprowadził ich do tego domku a aminowe zgłoszenie, że dzieją się tutaj dziwne sytuacje i słychać krzyki sprawiły, że musieli to sprawić. Jednak również dotarli tutaj przez dość niezbyt dobre zatuszowanie ostatniego wypadku pani Sanders do miasta i w końcu mogli ich znaleźć.
    — Gdzie ich zabieracie? — odezwał się drugi ze śledczych gdy część ratowników odjechało z dziewczyną, lecz wkrótce i mieli zabrać młodego mężczyznę.
    — Do USC University — oznajmił ratownik.
    — Dzięki.
    Odszedł, nie chcąc im przeszkadzać wkrótce i furgonetka z porywaczami odjechała, a do niego poszedł kolega i powiedział:
    — Dzwonisz do rodziny? — spytał.
    Przytaknął głową, bo wiedział oboje, że rodzica bardzo wyczekuje jakiekolwiek wieści.
    W końcu wyrwano ich z kleszczy szaleństwa.