Sunday, June 29, 2025

V 40 — NAZYWALI JĄ POTWOREM

    — Pora na spacer — powiedziała spokojnie, trzymając w swojej dłoni obrożę.
    Przykucnęła przy małej psince, która po raz kolejny leżała tuż przy drzwiach. Nie umknęło jej uwadze, że z dnia na dzień zachowanie Junki znacznie się zmieniło i nie była ignorantką, bo doskonale wiedziała, od którego momentu jej ukochana suczka często wręcz praktycznie cały czas kładła się na wycieraczce tuż przy drzwiach mocno przybita. Widziała smutek w jej ciemnych ślepkach, gdy zamiast jak zawsze bawić się z Cindy czy Walter lub biegać po mieszkaniu ona wolała, spędzać ten czas odpoczywając przy dębowych drzwiach.
    Nie była jednak ignorantką, by tego nie dostrzec i wręcz nie zrozumieć czemu wykazywała się tak niepokojącymi objawami, a mówiąc wprost. Ona po prostu tęskniła. Widziała już kilkukrotnie, że za każdym razem gdy słyszała odgłosy kroków po drugiej stronie, podrywała się, jakby na kogoś wyczekiwała. Jednak gdy ktoś odchodził, ona znowu się kładła i nawet nie chciała wstać, mimo że wielokrotnie ją zachęcała lub próbowała ją wciągnąć do zabawy.
    Zapewne wielu by uznało, że powinna skonsultować się z weterynarzem, widząc takie dziwne reakcje u swojego psa. Jednak dlaczego miałaby pójść skoro doskonale, wiedziała, czemu widzi u niej tak niepokojące objawy.
    Wszystko miało swoje podłoże w jej niedawnym spotkaniu z byłym partnerem nim oraz jego psem. Wręcz zazgrzytała zębami na samo wspomnienie o nim, jednak wiedziała, że to właśnie za nimi tęskni, to właśnie tego pewnego szpiczastego czworonoga brakowało jej małej przyjaciółce.
    Wyła nie raz po nocy za nim, co bywało nieco irytujące, ale nie zamierzała dopuszczać do ponownego spotkania. Mogła być bez uczuć czy pozbawioną empatii osoba, jednak czuła ogromny dyskomfort i wręcz po części strach na myśl, że miałaby spotkać się z nim! W końcu to on był jego właścicielem, a ona naprawdę nie miała chęci na prowadzenie z nim żadne dyskusji.
    Bo nie mieli o czym rozmawiać!
    Dlatego jak tylko mogła, starła się unikać spotkań z nim. Gdy chciała wyjść z nią na dwór, musiała uważać jeszcze bardziej nie tylko na wzgląd na tę grupkę dzieciaków, które ją gnębiły, a również, by nie dostrzec nigdzie swojego byłego.
    Nie wykazywała się jednak brakiem rozsądku i nie należała do osób głupich, by zrozumieć, że nie bez powodu widziała Michaela kilkakrotnie na dworze gdy była zmuszona wyjść.
    Doskonale również pamiętała, że w ostatnim czasie ktoś się przeprowadzić do ich apartamentowca i nie musiała już nawet dopytywać czy dociekać, by zrozumieć, że tą osobą był właśnie on!
    Zastanawiało ją tylko jedno.
    Czemu zdecydował się, przenieś z domu, z ogrodem do klocka gdzie zamknięte było kilka mieszkań? Owszem nie rozumiała jego działań, jednak nie zamierzała dociekać czemu, tak się stało. Musiała teraz zwyczajnie uważać, by go nie spotkać.
    Ktoś mógłby uznać, że zachowanie się jak dziecko, że obraża się i wręcz stara się uciekać przed kimś, kogo nie chciała spotkać, ale ich sytuacja była bardziej skomplikowana i bardzo zagmatwana, by uznawać, że jej postępowanie jest przesadzone i nie na miejscu. Miała rzeczywisty powód, by tak się zachowywać.
    I mimo wszystko widząc niezbyt dobry nastrój swojej psinki, to jej nie skłoniło do zmiany zdania. Nie zamierzała doprowadzać do spotkania z byłym tylko na wzgląd na nią. Przez jakiś czas po jej rozstaniu z Mike również Junka przeżywała nagłą stratę większego brata, jednak z biegiem czasu zaczęła zachowywać się normalnie i wierzyła, że tym razem też tak będzie.
    Zapięła klipsa na jej obroży, a ona początkowo spoglądnęła na nią z niechęcią, lecz gdy wstała, podniosła się, rozumiejąc, że wychodzą na spacer i nieco ją to ożywiło, bo za każdym razem gdy wychodziły się przejść, szukała zapachu, zostawionym po huskym. Niuchała wciąż za nim i nie dało się tego ukryć.
    Nim wyszła, upewniła się, że wszystko ze sobą zabrała i pośpiesznie nałożyła kaptur i okulary, by jak zawsze zachować, chociaż trochę się ukryć. Nie mogła inaczej, doskonale wiedziała, jak ludzie na nią reagują na ulicy, więc to była jej forma kamuflażu, by nikt nie mógł oglądać tego jej poniszczonej twarzy czy ciała, które tak skrzętnie chciała ukryć.
    Podeszła do windy i przywołała ją i w głębi serca zaczęła mieć nadzieje, że nikogo nie spotka. Gdy zobaczyła, jak uchylają się, a ze środka wychodzi jakaś mężczyzna w garniturze, który rozmawiał przez telefon, nostalgicznie do jej głowy powróciły wspomnienia z byłym partnerem.
    Weszła wraz z Junką do środka i wybrała numer parteru. Czuła jak w kąciku oczu zakręciła się jej pojedyncza łza. Nie mogła ukryć, ten rozwód kosztował ich obojga wiele emocji i teraz gdy mogła spojrzeć na to sprawę z perspektywy dłuższego czasu czy uważała tę decyzję za słuszną?
    W pewnym sensie owszem, bo nadal twierdziła, że zasługiwał na znacznie lepszą kobietę od niej, ona go tylko ciągnęła za sobą w skrajną przepaść, a nie chciała, by tak jak ona znalazł się w tym miejscu, w którym ona tkwiła. Nie chodzi o rzeczy materialne, ale o bardziej psychiczne mimo terapii i leków, mimo że miewała lepsze czy gorsze dni, nadal twierdziła, że w pełni zasługiwał na szczęście przy boku innej kobiety, która byłaby atrakcyjniejsza od niej.
    Czy nadal go kochała?
    Owszem i nie zamierzała kłamać, że wyzbyła się uczuć wobec niego, bo odkochać się nie jest łatwe zwłaszcza gdy nadal łączy się z tą osobą emocjonalna i bardzo silna więź, więc takie nagłe wyzbycie się wszystkich sentymentów, poczucia miłości na myśl o tej osobie było naprawdę trudne.
    Spotkała w życiu wyjątkowego faceta, którego mogła nazwać miłością swojego życia, jednak sama go zostawiła. Mogła być nazywana głupią, jednak wiedziała, że on jeszcze jej podziękuje, a ona sama nie liczyła już na absolutnie nic. Miała już serdecznie dosyć zauroczeń, które przypłacała zawsze jakimiś konsekwencjami w życiu. Miłość mogła być piękna, ale ona czuła, że ona ją niszczyła.
    Wychodząc na dwór, wręcz widziała jak Junka wybiega kawałek przed nią, jednak wciąż trzymała ją bezpiecznie na krótką odległość. Wolała ją mieć blisko siebie, nim się nie rozejrzy i nie dostrzeże czy nic im obojgu nie zagraża. Naprawdę nie miała chęci się użerać z pewnym facetem, a przenikał ją strach na myśl o pewnej grupce dzieciaków.
    I mimo że rozglądała się z uwagą i wydawało się, że nie mogła dostrzec, nic podejrzanego szła z ogromną niepewnością, jedną ze ścieżek pozwalając małej iść nieco dalej, widziała jak wsuwa nosek w trawę i zaczyna wąchać zapasy, które pozostawione były na niej a ona przez moment miała wrażenie, jakby usłyszała jakieś dziwne szmery. Wrażliwa na jakiekolwiek dźwięki obróciła się za siebie, jednak niczego nie dostrzegła.
    Wydawało się wszystko takie spokojnie i przez moment mogła wręcz uwierzyć, że przeżyje ten spacer, we względnym spokoju jednak bardzo się pomyliła, gdy nagle poczuła, jak coś boleśnie odbiło się o tył jej głowy. Początkowo chciała to zignorować, myśląc, że po prostu coś spadło z drzewa, pod którym stała jednak wszystkie jej złudzenia przestały mieć znaczenia gdy tylko usłyszała śmiech jakieś chłopaka.
    — Piętnaście punktów dla mnie — mówił rozbawiony.
    — Czekaj zaraz będę mieć dwadzieścia — kolejny krzyk.
    Syknęła cicho gdy tylko poczuła, jak ostry kamień uderza ją w bark. Ponownie te same znajome śmiechy, które słyszała.
    — Sucha — śmiał się z kolegi ten pierwszy.
    Widziała, jak w następnej chwili jeden z nich przykuca i zabiera z ziemi leżący kamień, który wyglądał na dość ostry i ciężki i poczuła, jak coś ściska jej w gardle, gdy zobaczyła jak się zamachuje i zwraca do kolegi.
    — Patrz na to, założę się o dziesięć dolców, że trafię w twarz tego potwora — doskonale słyszała ich rozmowę.
    — Dobra, dajesz…
    Widziała w następnej chwili, jak wręcz kamień leci w jej stronę. To był dosłownie moment gdy odruchowo odchyliła się w bok, by po prostu nie dostać tym ostrym małym głazem w twarz. Może przemawiała przez nią adrenalina, a może zwyczajny strach jednak wolała nie kończyć z opuchniętym nosem.
    — Wisisz mi dziesięć dolców — śmiał się jeden z nich — Uchylił się…!
    — Czy wy się słyszycie gówniarze! — wybuchła w końcu.
    — O widzisz potwora, potrafi gadać.
    Oboje chłopcy wybuchnęli śmiechem, jednak jej nie było absolutnie do śmiechu. To już stawało się naprawdę uciążliwe, że musiała uważać na każdym spacerze, przy każdej możliwym wyjściu na dwór, by nie spotkać tych dzieciaków i nie być ponownie ofiarą ich głupich gierek.
    Dla nich to była świetna zabawa, a ona jeszcze bardziej bała się wychodzić, mimo że musiała. Wzbierała w niej panika na samą wyrażenia przekroczenie progu mieszkania.
    Nie zdążyła zareagować gdy niespodziewanie poczuła dość bolesne uderzenie prosto w nos. Odruchowo chwyciła się za pulsujący od bólu nos i syknęła gdy na swoich palcach dostrzegła szkarłatna krew.
    — Co tu się dzieje! — zagrzmiał inny dość poważny męski głos.
    Ton głosu, który wydawał się jej dziwne znajomy, jednak nie miała szansy nawet spojrzeć w tamtą stronę, gdyż bardziej była przejęta swoim krwawiącym nosem niż tym, kto się nagle zaczął wydzierać. Słyszała odgłosy kroków oraz głośne bardzo znajome powarkiwanie psa, który zaczął szczekać.
    — Nie twoje sprawa koleś! — odkrzyknął jeden z nich, jednak wydawał się mocno wystraszony gdy warczenie pewnego czworonoga stało się jeszcze głośniejsze.
    — Co jej zrobiliście!? — grzmiał mężczyzna.
    Zaczęła w kieszeniach szukać papieru, by jakoś zatamować krwawienie, jednak nie mogła znaleźć nawet głupiego skrawka materiału, jednak w następnej chwili zobaczyła przed sobą, jak ktoś podsuwa jej paczkę chusteczek. Dopiero wtedy w końcu powoli podniosła głowę i zobaczyła, że tuż obok niej stał Mike.
    Nie zamierzała ukrywać swojego zaskoczenia gdy na niego patrzyła, lecz on tylko uśmiechnął się lekko do niej i powiedział:
    — Trzymaj — powiedział z dość łagodnym uśmiech.
    Spojrzała na niego z nieukrywaną wahaniem, jednak im dłużej na nią patrzył, przyjęła te małe skrawki papieru. Wyjęła jedną z nich ze środka opakowania i przyłożyła sobie do zakrwawionego miejsca. Junka, która widząc, że coś się dzieje, usiadła tuż przy jej stopach i zaczęła skomleć cicho, spoglądając w górę i wręcz kładąc swoje łapki na jej nogach.
    — A co do was — zwrócił się do dwojga chłopców z osiedlowego gangu, których nagle opuściła pewność siebie.
    Widać było, że wpływ poszczekującego dość złowieszczo Jaya na nich sprawił, że zlękli się oboje. Jak na początku wykazywali się wręcz pewnością siebie i nie wykazywali ani grama szacunku wobec niej, nagle pobledli ze strachu, gdy husky zaczął w obronie poszczekiwać groźnie na nich.
    — Zabierajcie mi się stąd, ale już! — zagrzmiał Michael.
    Rzadko widywała go, by wykazywał się złością czy agresją, zazwyczaj był to facet, który był ostoją spokoju. Gdy byli jeszcze razem, to ona była tą bardziej gwałtowną, działającą pod wpływem emocji a on starał się wszystko przemyśleć i przeanalizować. Zobaczenie go w tak skrajnych emocjach było dość zaskakujące i dziwne. Wręcz była zdumiona tym, że się za nią wstawił, mimo że przy ostatnim spotkaniu go spławiła i wprost mówiła, że nie chce go widzieć.
    — My, tylko chcieliśmy — zaczął jeden z nich nieco wystraszony.
    — Daj spokój, boisz się tego frajera? — rzucił do niego kolega.
    Jednak ujadanie Jaya sprawiło, że drgnął przestraszony, a gdy dało się dostrzec, że Mike delikatnie poluzował uścisk na obroży psa, który nieco wyskoczył na nich, sprawiło, że oboje odsunęli się pośpiesznie od niego i byli tak samo zlęknieni.
    — Wynocha! — zagrzmiał wzburzony mężczyzna — Zabierać się albo rzeczywiście pozwolę Jay was poganiać. Spróbujcie się do niej zbliżyć, a mnie popamiętacie! Zabierać się stąd! — krzyczał.
    Osiedlowi łobuzy jednak zanim zdołali, umknąć rzucili w jej kierunku:
    — Masz szczęście… policzymy się stąd potworze — odezwał się ten, który wykazywał się większą pewnością siebie.
    Jednak po krótkiej chwili oboje umknęli gdy husky zaczął na nich wyskakiwać, jednak Michael nie zamierzał pozwalać, by Jay cokolwiek im zrobić. Pragnął, by się tylko wystraszyli. Nie zamierzał pozwolić, by jego pupil kogokolwiek ugryzł.
    Musiał jednak przyznać, że zupełnie nie rozumiał, co tu się dzieje.
    Chciał jak każdego poranka wyjść z psem na dłuższy spacer, odkąd przeniósł się do mniejszego mieszenia gdzie Jay nie miał możliwości wyjścia na dwór tak swobodny jak wcześniej robił wszystko by wybiegał się na każdym spacerze, na który go zabierał. I nie spodziewał się tego, że podczas jednego z nich spotka nie tyle swoją miłość, czego chyba najmniej się spodziewał w tej całej sytuacji, że zamieszka na osiedlu gdzie najwyraźniej i ona od dłuższego czasu mieszkała.
    Nie musiał dedukować, gdy coraz częściej ją widział na spacerach i gdy w pierwszych dniach ją dostrzegł, wykazywała się zachowaniem, jakby od dłuższego czasu tutaj była. Więc prawdę mówiąc, nieświadomie dowiedział się gdzie mieszka, to co tak skutecznie pragnęła ukryć.
    I to wydawało się wręcz absurdalne, że w tak ogromnym mieście, jakim jest Los Angeles, on kupił mieszkanie w tym samym apartamentowcu gdzie mieszka jego była już dziewczyna. Takie rzeczy dzieją się tylko w filmach, przecież to było wręcz abstrakcyjne. Albo po prostu los zdecydował stawić ich na swoje drodze.
    Nie ważne co to miało znaczyć, ale widząc to, co przed momentem dostrzegł, czuł się ogromnie zbulwersowany i wściekły, że był świadkiem tego jak grupa osiedlowych gangusów prześladuje jego dawną narzeczoną.
    — Dziękuje… — odezwała się nagle z niepewnością — Ale nie…
    — Musiałem to zrobić — wtrącił się, jej niespodziewanie w słowo widząc, do czego zmierzają jej słowa — Miałem pozwolić na to by dalej cię dręczyli? — pytał wciąż mocno poruszony.
    — Mike… to nie tak…
    — Julio, widziałem, co robili. Słyszałem, jak cię nazywają, dlatego reakcja była adekwatna — powiedział z pewnością.
    Tutaj już nie chodziło o to, że pragnął się w jakiś sposób odwdzięczyćza to co ona kiedyś dla niego robiła. Nawet nie podchodził z tą myślą do tego, a po prosu pragnął jej pomóc gdy zobaczył, że jest wręcz brutalnie bita kamieniami przez jakiś chłopaczków. Sama ta myśl go mocno oburzała.
    Na co oni sobie pozwalali, by tak traktować kogokolwiek.
    — Jak nos? — spytał już bardziej spokojnie.
    — Jest dobrze — mruknęła, mimo wszystko nadal trzymała mocno zakrwawiona custeczkę przy twarzy.
    Kaptur z głowy już dawno jej zleciał, a teraz została wręcz wystawiona na istne pośmiewisko, a on mógł zobaczyć, jak po miesiącach od tego przeklętego zdarzenia i tego jak ten wariat polał ją kwasem, wygląda jej skora. Mimo że widział jedynie twarz mocno pomarszczoną i pełną blizn. Nie odczuć nawet odruchu wymiotnego, jedynie współczucie, szczera żałość, że musiała tak cierpieć przez tego skurwysyna.
    — Mogę zobaczyć? — spytał grzecznie.
    Nie podszedł bliżej, jednak zachował pewną odległość od niej. Nie chciał jej wystraszyć czy robić nic wbrew jej woli dlatego wolał się upewnić, zanim cokolwiek zrobić. Widział, jak przez moment spogląda na niego niepewnie, jakby nie była przekonana do tego pomysłu. Jednak po krótkiej chwili wahania, sama odsunęła zakrwawioną chusteczkę i podszedł bliżej. Delikatnie ujął ją za podbródek i uniósł głowę do góry i zobaczył, jak nadal krew zaczyna spływać po jej twarzy. Wyjął kolejny skrawek papieru i rozłożył go i przyłożył do jej nosa i powiedział:
    — Zabieram cię do siebie i zajmę się twoim nosem — powiedział, pewnie chcąc zapewnić jej pierwszą pomoc.
    — Mike… nie wiem, czy to dobry pomysł — wątpiła.
    — Julio, wiem, że możesz czuć dyskomfort, jednak chce zwyczajnie ci pomóc. Nic zobowiązującego tylko opatrzę ci ten nos i oko, bo widać, że te łobuzy trafiły ci w dolną powiekę — powiedział spokojnie — To tylko pierwsza pomoc. Wiem, że za mną nie przepadasz, ale chce tylko ci pomóc — nalegał.
    Zamilkła na moment, po czym uległa mówiąc:
    — Dobrze — westchnęła zrezygnowana — I po spacerze — mruknęła do Junki.
    Ona jednak nie pozostała niezadowolona z tego, wręcz przeciwnie dwojga psiaków przez moment dobrze się bawiła za sobą. Ona wykorzystała moment i chwyciła wolną ręką kaptur i nasunęła na siebie, co nieco zdumiało mężczyznę, ale nie śmiał się odezwać.













Saturday, June 28, 2025

V 39 — NIE CHCIAŁA GO WIDZIEĆ

    — Skok — powiedziała ze spokojem do swojej małej psiej przyjaciółki gdy tylko wskoczyła na kolejną przeszkodę.
    Patrzyła, jak bez trudu wdrapuje się na kolejny słupek, merdając szczęśliwa ogonem. Mimo że wykazywała się radością, to ona miała się na baczności i miała ku temu powód. Wciąż rozglądała się uważnie wokół siebie, by tylko dostrzec jakiekolwiek zagrożenie i, mimo że można uznać, że grupka pewnych gimnazjalistów nie powinna być powodem jej strachu czy nawet niepokoju to jednak byli.
    Nie zamierzali poprzestać na swoich atakach, wręcz w ostatnim czasie stały się one bardziej dotkliwe. Zwłaszcza gdy dowiedzieli się, pod jakim numerem mieszkała i byli uporczywi nie tylko na dworze gdy wychodziła z małą na dwór, ale również gdy myślała, że jest w swojej bezpiecznej strefie. Miejscu, gdzie nie powinna mieć strapień, mieszkaniu, które było jej ostatnią oazą spokoju jednak ta grupka, bo było również były w niej dwie dziewczynki, uznali za zabawne robić sobie głupie żarty z niej.
    Można powiedzieć, że powinna winić rodziców o to, w jaki sposób ich wychowują, jednak doskonale wiedziała, czemu uznali, że ona będzie idealną ofiarą ich głupich dowcipów czy nawet żartowanie i wyśmiewania jej a wystarczyło zaledwie na nią spojrzeć, by zrozumieć, czemu te dzieciaki uznały ją za obiekt drwin.
    — Bardzo dobrze — rzuciła do Junki, i mimo że chciała wykrzesać z siebie, chociaż odrobinę radości, wcale jej nie odczuwała.
    Nie mogła jednak oprzeć się wrażeniu, że od dłuższego czasu była obserwowana, albo popadała już w paranoje, jednak nie mogła pozbyć się tego dziwnego poczucia, które towarzyszyło jej od dłuższego czasu, ktoś jej się przygląda i to nie chodziło o tę grupkę dzieciaków, z którymi była w dość napiętych stosunkach, bo oni wcale się nie ukrywali, jawnie się jej ukazywali, nie jednokrotnie ją zaczepiając, czy uznając, że idealną zabawą będzie szturchanie patykiem jej małej suczki czy, co gorsza, gdy stwierdzą, że fajnie jest porzucać w nich kamieniami, co zdarzało się dość często.
    Jak nigdy nie mówiła złych słów na żadne dziecko czy nastolatków, bo jednak uważała, że takie młode osoby jednak nie są niczemu winne to teraz na język, cisnęły jej się same obelgi pod ich adresem, szczególnie wtedy gdy krzywdzili Junkę. Nie uważała, że ona była kimś istotnym, bardziej bolał ją fakt, że cierpi na tym ona. Była w tym wszystkim niewinna i mimo że starała się ich poganiać, na nie wiele się to zdało.
    Ale w przypadku tego poczucia obserwacji nie mogła pozbyć się tego wrażenia, doskonale wiedziała, jak bardzo wtedy bywała zaniepokojona wręcz przestraszona gdy w tyłu jej głowy pojawiały się myśli, że pewien skurwysyn mógł ją śledzić.
    Można nazwać ją paranoiczką, że po prostu przesadzała, że pewnie ktoś rzucił spojrzenie w jej kierunku i nic się wielkiego nie stało. Jednak gdy przez lata ma się poczucie, że ktoś cię z ukrycia śledzi to nie jest łatwe potem wyzbyć się od tak tego wrażenie.
    A wszystko przez dawnego oprawcę, który tkwił za kratami, więc raczej nie było możliwe, by wyszedł. Nadal tkwił w więzieniu o zaostrzonym rygorze, przez brutalność swoich czynów i próbę zabójstwa wykazano, że powinien być trzymany pod ścisłym nadzorem, również co wykazały badania psychiatryczne. Nie uznano jednak go za osobę chorą, na całe sczepcie, bo wtedy jego obrońca mógł wnioskować o obniżenie kary, ale był po prostu ćpunem pragnący jedynie zemsty na niej.
    Na szczęście ten rozdział się zakończył, ale czyżby tak było, gdy musiała się mierzyć z konsekwencjami tego co jej zrobił? Ona naprawdę pragnęła zakończyć ten etap we własnym życiu, jednak nie potrafiła.
    Nie umiała, a wystarczyło, tylko by spojrzała w swoje własne odbicie, by zrozumieć, że nie będzie to tak łatwe wyzbyć się tej dawnej przeszłości i zacząć żyć od nowa. Sama terapia nie pozwalała jej ruszyć dalej, bo musiała wszystko przepracować, podczas niej jednak wiedziała, że ona jest jej potrzebna. Musiała się wygadać, przegadać wszystko wraz z Camilą. Musiałą ją nauczyć radzić sobie z tym co było, by mogła pójść naprzód.
    Czy jednak tego pragnęła, z jednej strony nie?
    Ale dlaczego?
    Wszystko kryło się w głębi jej serca i duszy, a raczej jej panicznego strachu co przyniosą jej kolejne miesiące czy lata, jaką będzie osobą. Czy powinna pójść dalej? Obawy, które wydawały się tak bardzo abstrakcyjne, jednak miały w swoje ukryte leki, z którymi wciąż walczyła. I to było w tym najgorsze, by mogła ruszyć się z miejsca, musiała pokonać tkwiący w niej niepokój.
    Jednak z innej perspektywy.
    Tęskniła, brakowało jej starej Julii, którą była przed tymi wszystkimi zdarzeniami. Mocno ją kochała, uwielbiała wtedy tak bardzo siebie, bo wtedy była tą prawdziwą sobą. Nie zakłamaną dziewczyną, która musiała kryć wiele swoich odczuć i emocji wewnątrz siebie, ale mogła ukazać swoją prawdziwą twarz bez żadnej nałożonej na nią maski.
    Teraz czuła jakby znowu wróciła do samego początku, do momentu gdy musiała udawać, grać kogoś, kim nie była. Tuszować własne zmartwienia, kłamać i oszukiwać, by nie dostrzeżono w niej tej wrażliwej dziewczyny, którą była. Owszem mimo swojej pewności, charakteru, który był dość ostry i nieuległy, miała w sobie ogrom empatii i uczuciowości, którą potrafiła obdarować najbliższe osobę które potrafiły to w niej ujrzeć.
    Wciąż słyszała od pewnej osoby, że jest lustrzanym odbiciem swojej matki. Praktycznie jest jej młodszą kalką, nie tylko z wyglądu, ale osobowości. Nieugięta i uparta, która potrafiła postawić na swoje. Takimi określeniami ją również opisywano, jednak teraz praktycznie wszystko to było tylko reliktem przeszłości, tym kim naprawdę kiedyś była.
    Nagły hałas momentalnie wyrwał ją ze swoich przemyśleć, a ona z obawą rozejrzała się wokół siebie. Była tak przewrażliwiony na każdy, chociaż małe skrzypienie liści, czuła jak serce w jej piersi zaczyna mocniej bić, obawiając się, że znowu ujrzy tych dzieciaki. Jednak liczyła, że zdąży wrócić z Junką do domu, zanim ci nie wrócą ze szkół.
    Trzymając mocniej obroże małej psinki, spojrzała za siebie i wydawało się, że nie było nic podejrzanego. Nie ujrzała w zasięgu swojego wzroku żadnego z tych nastolatków, jednak jej uwagę skupiła się na postaci, która szła w oddali, a przed nią zobaczyła dość dużego czworonoga w biało ciemnym umaszczeniu.
    Miała już wzruszyć ramionami i uznać, że to pewnie jakiś sąsiad tak jak ona wyszedł z psem na spacer i już chciała odwracać głowę gdy ujrzała jak psiak, który niuchał do tej pory w trawie, poderwał głowę i miała przez chwile wrażenie, jakby spoglądnął w ich stronę.
    Myślała z początku, że jej się to przewidziało, jednak zobaczyła, jak w następnej chwili zaczął biec w jej stronę niemal ciągnąć za sobą swojego właściciela, który wydawał się mocno zaskoczony. Słyszała jak woła za swoim czworonogiem.
    — Jay! Gdzie mnie ciągniesz!? — wołał męski głos.
    Jay?
    Im bliżej widziała zmierzającego ku niej psa, widziała coraz bardziej charakterystyczną budową dla husky syberyjskich. Spiczaste uszy, małe ciemne oczka, tak charakterstyczyne znajome ciemno jasne umaszczenie.
    To nie mógł być on!
    To jedno zdanie pojawiło się w jej głowie gdy na myśl nasunęła się jej tylko jedna osoba, która miała dokładnie psa tej rasy, a jego pupil miał dokładnie, tak samo się wabił. Momentalnie poczuła jak Junka zeskakuje z jednej z przeszkód, na której robiła z nią trening i wręcz wybiega w stronę psiaka, który gnał do nich.
    — Junka stój! — próbowała ją zatrzymać.
    Było jednak już za późno, oba psiaki zaczęły wokół siebie krążyć i obwąchiwać się czym tylko potwierdziło jej podejrzenia i tego czego się najbardziej obawiała, a jednocześnie nie chciała do siebie dopuścić.
    — Jay…
    Mężczyzna, który w końcu podbiegł do nich, chciał upomnieć swojego psa, ale dostrzegł widok, który ona obserwowała od dłuższej chwili gdy oba psiaki witały się ze sobą po dość długiej rozłące, bo praktycznie ponad dwa lata siebie nie widziały i mimo tego bez żadnego problemu się rozpoznały.
    — Jay, co ty typ… Chwileczkę… — urwał momentalnie.
    Próbowała odwrócić wzrok, wręcz go zignorować, nie dać po sobie poznać, że faktycznie to była ona. Wciąż stała z założonym na swoją głowę kapturem, pomimo że na termometrach było ponad osiemdziesiąt stopni Fahrenheita. Raczej nikt o zdrowych zmysłach nie chodzi w taki upał w długich ubraniach, to jedynie ona pragnąca ukryć swój wygląd przed resztą świata.


Nie istotne było dla niej to, że czuła się dosyć niekomfortowo, a pot spływał po jej ciele. Nie miało to zupełnie znaczenia, zawsze mogła się umyć po spacerze, jednak nie zamierzała swojej brzydoty ujawniać światu.


— Julia — powiedział wręcz z pewnością w głosie.


Wahała się przez dłuższy moment czy odpowiedzieć, podczas gdy ich zwierzaki cieszyły się, że się widzą, ona jednak postanowiła grać i nie zdradzić swojej tożsamości, mimo że od razu wiedziała, że to absurdalne szczególnie spoglądając na reakcje psów, a jej były doskonale zdawał sobie sprawę, jak wyglądała jej suczka.


— Musiał mnie pan z kimś pomylić — odpowiedziała bez żadnych emocji i z ogromnym chłodem.
    Ujrzała kątem oka znad ciemnych oprawek okularów, jak spogląda w jej kierunku z taką, miną jakby przed momentem uznała go za totalnego wariata. Patrzyła, jak powoli robi parę kroków w przód ku niej, ona jakby odruchowo odsunęła się od niego.
    — Proszę mnie zostawić w spokoju! — powiedziała surowo ciągnąć delikatnie za smycz Junkę by dać jej znać, że wychodzą.
    Ona jednak zdawała się zignorować jej polecenie, bo zbyt była zachwycona spotkaniem, z psim przyjacielem a ona czuła, jak traci grunt pod nogami. Jednak jedna rzecz zaczęła ją mocno intrygować.
    Co on tutaj robił?
    Przecież nikomu nie zdradzała swojego nowego adresu zamieszkania, wręcz nie rozmawiała z nim od momentu tamtej pamiętnej rozmowy w szpitalnym ogrodzie. Zablokowała go, gdzie tylko mogła. Zerwała z nim kontakt z człowiekiem, który był dla niej bardzo fałszywym i zakłamanym człowiekiem.
    — Julio, dokąd próbujesz uciec? Przecież wiem, że to ty — mówił, jednak widząc jak próbuje uciec zatrzymał się.
    — Mówiłam, musiał mnie pan z kimś pomylić! — wycedziła w jego kierunku.
    Może i grała teraz kompletnego głupka, jednak nie miała chęci z nim rozmawiać, wręcz go widzieć a teraz wręcz stał, jej na doradzę. Widziała po mowie jego ciała, że chętnie by chciał z nią podyskutować, jednak ona nie miała takich planów. Musiała prędko stąd iść nie tylko na wzgląd na niego, ale by ci gówniarze ją nie dostrzegli.
    I może to była tylko wmówią, jednak on był jedną, z których osób naprawdę nie chciała spotkać.
    Wyminęła go bez słowa i bez żadnego słowa podeszła do Junki, którą momentalnie chwyciła w swoje ramiona. Widząc to Jay zaczął na nią warczeć i widać, że nie był zadowolony jej ruchem, a sama Junka zaczęła na nią złowieszczo poszczekiwać, a ona szepnęła cicho do niej:
    — Koniec spaceru na dziś — powiedziała spokojnie do suczki, która zaczęła ujadać.
    Nie zastanawiając się wiele, pognała pośpiesznym krokiem w stronę chodnika, a tuż za sobą słyszała nawoływania Mike:
    — Julio, stój! — krzyczał za nią.
    Jednak ona go zupełnie zignorowała i przyśpieszyła bardziej kroku, pragnął jak najprędzej dostać się do własnego mieszkania, już nie było dla niej istotne, to skąd on się w ogóle tutaj wziął. Pytanie, które tak ją dręczyło, nie miało znaczenia w tej chwili, pragnęła jedynie jak najprędzej znaleźć się w swoim czterech kątach i mimo że Junka próbowała ją zaczepiać i pokazać, że się jej to nie podoba, wręcz pragnęła, wrócić do Jaya to jednak nie zamierzała reagować.
    — Julio! — słyszała za sobą jego głos i poszczekiwanie psa.
    Wbiegła do środka i szybko pognała do jednej z wind i widząc, jak otwierają się drzwi do jednej z nich i wysiada z niej, jakieś starsze maleństwo prędko wpadła do środka, wciskając ówcześnie guzik, by uniknąć spotkania z nim.
    Miała nadzieje, że uda się jej uniknąć ich jednak zobaczyła w następnej chwili jak Jay wpada do środka i niemal blokuje zamykające się wejście. Z każdą chwilą czuła jak jej serce zaczyna bić bardziej i ruchem dłoni próbowała odgonić hsuky’ego, który jednak pozostał nieugięty, a jego właściciel wręcz dobiegł w następnej chwili i przytrzymując drzwi, zwrócił się do niej:
    — Dlaczego uciekasz? — spytał wprost — Przecież widzę, że mnie rozpoznałaś!
    — Mówiłam! — zniecierpliwiła się, mocniej wciskając guzik, pragnąc ich wygonić — Musiałam mnie pan z kimś pomylić.
    Udało się, jej stopą odsunął psa z przejścia jak, a Michael sam zabrał dłoń, woląc uniknąć zmiażdżenia. Gdy widziała, maleńką szparę usłyszała po raz ostatni jego głos:
    — Wiem Jay, ona jest uparta — dało się słyszeć jego ciche westchnienia.
    Po krótkiej jednak chwili winda ruszyła w górę i lekki ugryzienie Junki sprawiło, że syknęła cicho i spojrzała na nią niezadowolona i powiedziała:
    — Nie wolno tak robić — skarciła ją.
    Odstawiła ją powrotem na ziemie, by mogła już normalnie chodzić. Wkrótce jednak dojechały na ostatnie piętro i wychodząc na korytarz, wyjęła, z kieszeni bluzy klucze do mieszkania i podeszła do drzwi.
    Gdy tylko weszła do środka, wypuściła Junkę ze smyczy jednak ona nieco obrażona odeszła od niej i nie żebrując jak zawsze po spacerze o jakieś smaczek. A ona westchnęła cicho i odrzuciła smycz na bok i zaczęła się zastanawiać czemu w życiu, miała takiego pecha.
    Nie lubiła narzekać, jednak w ostatnim czasie miała powody do marudzenia, jednak teraz o, tyle że nie czuła się rozgoryczona a sfrustrowana i wściekła. Bo mimo wszystkiego, co przeszła z nim podczas porwania, absolutnie to nie sprawia, że przebaczyła mu wszystkie wcześniejsze krzywy i niesprawiedliwości względem niej.
    Miała do niego wciąż ogromny żal i jedni by uznali, że powinna schować dumę do kieszeni i przestać zachowywać się jak rozkapryszone dziecko, jednak to nie chodzi o to, do czego można było porównać jej niechęć do niego, ale o niesprawiedliwość.
    Przeszli piekło to fakt, ale nadal nie przebaczyła mu w żadnym stopniu jego kłamstw, których oszustw się dopuścił. Czuła jakby w taki sposób podziękował jej za tą troskę za jej opiekę nad nim samym i czuła się po prostu niesprawiedliwe potraktowana i nawet jeśli wiedziała, czym się kierował, co go motywowało do tego, by tak się zachowywać, to nie on musiał spędzić kilka tygodni w areszcie.
    Nie był oskarżony o usiłowanie zabójstwa, a co najważniejsze nie odwróciła się od niego osoba, na której tak mu zależało. To była metafora tego jak zniszczył jej relacje z własnym bratem, bo może gdyby nie poddany presji własnej żony nie zdecydował się, dalej siać dezinformacji na jej temat to może Rivera, nie wykazał się takim egoizmem i brakiem empatii względem niej.
    Oboje byli tak samo winni, jak nie jeden był gorszy od drugiego.
 

Sunday, June 22, 2025

V 38 — SAMOTNOŚĆ BYŁA JEGO PRZYJACIÓŁKĄ

    — Jesteś wolna maleńka — powiedziała dość cicho.
    Bez trudu odpięła smycz od jej obroży i nie zdążyła nawet się wyprostować gdy zobaczyła. Jak suczka ucieka w głąb mieszkania, pozostawiając ją tuż przy drzwiach, a ona w końcu poderwała się, nieco obolała i wyprostowała.
    Nienawidziła wychodzić!
    Każdy wyjście z domu było dla niej momentami przenikliwego strachu. Ale można, zapytać czego mogła się tak obawiać, przy wyjściu z psem na zwyczajny spacer. Miała jednak powód do obaw i niepokoju, który towarzyszył jej za każdym cholernym razem gdy tylko otwierała drzwi do mieszkania i schodziła na dół by po okolicznych dróżkach, pochodzić wraz z małą by mogła zażyć nieco świeżego powietrza pozwiedzać trochę świata, a wiedziała, jak bardzo Junka lubiła wychodzić na zewnątrz.
    Teraz nawet ona nie miała tych chęci, by wyjść na dwór i załatwić własne potrzeby, bo tak jak i ona cierpiała przy każdej możliwym wyjściu na zewnątrz i nie to nie była absolutnie jej wina!
    Ani przez myśl nie przeszłoby jej krzywdzenie jej ukochanej psinki, która towarzyszyła jej od szczeniaka, była częścią jej małej rodziny, o którą za każdym razem dbała nawet wtedy gdy wyjeżdżała, starała się znaleźć dla niej niebezpieczny dom, w którym poczuje się bezpiecznie podczas jej wyjazdów.    
    Nigdy nie zapominała o swoich domowych pupilach, ceniła ich dobro oraz bezpieczeństwo ponad swoje dlatego też ostatnie wyjścia z domu były powodem jej zmartwień nie tylko na wzgląd na siebie, ale również Junkę, która obrywała rykoszetem na tym.
    Czy jednak mogła czuć się rozgoryczona, sama na siebie, że są winne prześladowaniu przez grupkę pewnych dzieciaków z osiedla? Można by powiedzieć, że nie, bo raczej to nie jej wina, że grupka pewnych gimnazjalistów obrali sobie ją za cel wręcz idealny powód, by ją zaszczuć.
    Problem jednak tkwił w tym, że nie miała wpływu na to jak wyglądała.
    Tak może to być dla jednych zaskakujące a dla drugich abstrakcyjnie, dlaczego pewni nastolatkowie uznali, że warto ją dosłownie prześladować za każdym razem gdy wychodziła z mieszkania głównie dlatego by wyprowadzić Junkę. Nie opuszczała mieszkania z innego powodu. Prawdę mówiąc, od momentu rozwodu z Ricardo musiała wyjść tylko raz na miasto, jednak było to koniecznością, by mogła odebrać nowe dokumenty.
    Od momentu gdy złożyli wniosek rozwodowy do prawnika, doskonale wiedziała, że nie chce zostawać przy nazwisku swojego już byłego męża a powrócić do swojego panieńskiego i mimo że odczuwała złość na myśl nie tylko o ojcu, ale również bracie to jednak bardziej się z nim obecnie utożsamiała niż z poprzednim. Mimo że jej ukochany wspomniał, że może przy nim pozostać, ona wolała jednak powrócić do danych sprzed ślubu i właśnie dlatego musiała opuścić mieszkanie.
    Nie było to dla niej łatwe, bo nie mogła się ukryć pod bluzami czy kapeluszami mimo dość gorącej aury, która panowała na dworze, ona chodziła w dość długich ubraniach i czepkach, by zakryć, to jak wygląda i właśnie to dostrzegło parę gówniarzy z osiedla, bo inaczej nie mogła ich określić.
    Urywała się pod ubraniami, co wzbudziło ciekawość u tych chłystków i pewnego dnia zdjęli jej kaptur, pod którym się ukrywała i dostrzegli to jak wygląda. Pomarszczona i poniszczona skóra dosłownie przypominające ciało starszej kobiety, a nie młodej dziewczyny z wieloma bliznami i ranami po oparzeniach. Ona była iskrą, którą sprawiła, że dzieciaki się rozhulały i przy każdej możliwej okazji wprost ją wyśmiewali i szydzili z niej.
    Nazwali ją: brzydkim kaczątkiem.
    I zapewne nie powinna się przejmować takimi obelgami od jakichś dzieciaków, jednak to było dla niej mocno dotkliwe. Miała tak bardzo zaniżoną samoocenę, że brała bardzo do siebie takie kąśliwe uwagi, które miały za zadanie ją zranić i o tym doskonale wiedziała, jednak nie mogła się wyzbyć poczucia, że właśnie tak ludzie reagują na nią, na to jak wyglądała.
    Mogła to zignorować czy nie zwracać uwagi na nich i tak początkowo robiła, aż nie doszło do tego, że stała się wraz z małą celem ich ataków. Gdy tylko ją dostrzegli, rzucali w nią oraz małego maltańczyka kamieniami i zdarzały się raz czy dwa, że zranili małą suczkę i puściły jej wtedy nerwy i nawrzeszczała na nich. Bo o sobie mogła zapomnieć i tak nie uważała się za nikogo wartościowego, ale nie zamierzała pozwolić krzywdzić jej ukochanej psinki. Jednak oni nic sobie z tego nie zrobili i nadal byli wobec niej bardzo agresywni dlatego starała się wychodzić na dwór gdy byli w szkołach czy wychodziła późno w nocy gdy nikogo z sąsiadów nie było już na dworze.
    Czuła się sfrustrowana i zła na tych dzieciaków, bo powołali sobie za dużo, jednak straciła odwagę, którą kiedyś miała i zapewne skończyłoby się to na tym, że poszłaby do rodziców tych dzieciaków i rozmówiła się z nimi, teraz czując, że nie byłaby potraktowana poważnie, nic z tym nie zrobiła, a ta grupka miała wręcz idealny cel w jej postaci.
    Zdjęła z siebie szarą bluzę i rzuciła niedbale w kąt i podeszła do zlewu, czując, jak pod okiem powoli spływa jej krew. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że jeden z kamieni, które rzucili w jej stronę, był tak ostry, że przeciął jej skórę. Obmyła miejsce i chwyciła skrawek ręcznika papierowego i przystawiła do zranionego miejsca.
    — Pieprzona gówniarzeria — wycedziła przez zaciśnięte zęby.
    Nigdy nie wyrażała się w tak obelżywy sposób o dzieciach, jednak w tym przypadku nie potrafiła poskromić swojej wściekłości na myśl, że oni nic sobie z tego nie robią i nadal ją atakują, jakby była workiem treningowym.
    Podeszła do szafki z lekami czy lepcami, których było wciąż pełno po tym gdy Ricardo nakupił zapas nim, zupełnie mogła przestać nosić już wszelkie opatrunki i oderwała jeden z lepców i podeszła do pobliskiego lustra i odsuwając kawałek papieru, przyłożyła tasiemkę do zranionego miejsca.
    — Czy ja byłam taka w ich wieku? — zapytała samej siebie.
    Dobre pytanie.
    Czy nie była podobna jak nie gorsza od nich? Prawdę mówiąc, gdy przypomni sobie całe swoje życie w sierocińcu, to owszem nie wykazywała się szacunkiem, wobec starszych jednak nie zasługiwali absolutnie na niego! Opiekunowie czy dyrektorka to były osoby, na które jawnie pluła kwasem, bo nie mieli zupełnie podejścia do dzieci, które przeżyły trudne chwile, wychowały się bez rodziców, oni jednak traktowali ich wszystkich jak bezwartościowe osoby.
    Właśnie to idealne podsumowanie jak jej życie zatoczyło dosłownie koło.      Mogła zaśmiać się drwiąca, ale tak zatoczyła pętlę i wręcz słyszała w swojej głowie ten chichot jej okrutnego losu. Zniszczona przez życie nastolatka, która praktycznie nie miała nic, obecnie była dorosłą kobietą, którą wykończyła jej przeszłość, pozostając jedynie z trójką czworonogów oraz mieszkaniem i samochodem po swoim byłym mężu i nawet jeśli należały oficjalnie do niej, nie czuła, by one były jej.
    Czy stwierdzenie, że czuła się zagubiona w życiu, było właściwym określeniem jej obecnej sytuacji? Tak i nie mogła w żaden sposób oszukiwać siebie czy zwodzić. Może i starała się wieś zwyczajne życie, pracować, żyć swoim samotnym życiem ton jednak nie da się ukryć, że wciąż nie pozbierała się psychicznie po wydarzeniach z tamtego roku, mimo że minęło już kilka miesięcy, a terapia powoli przynosiła efekty, nie były one jakieś spektakularne, jednak coraz mniej bała się samej siebie i zaczęła mierzyć się z tym co musiała znosić.
    Tuż po odejściu Ricardo, musiała jednak znaleźć jakąś pracę, by utrzymać siebie i zwierzaki i nie było łatwe znaleźć jej, coś dobrego, ale zarazem by mogła pracować z domu. Wiedziała również że ludzie mogą różnie zareagować na jej wygląd dlatego nie chciała się pokazywać jeśli to nie było konieczne dlatego znalazła jakąś robotę w korporacji robiąc grafiki reklamowe a jedyny kontakt, który miała to e-mailowy.
    Szef znał jej sytuacje i zgodził się na taki układ. Może nie było to ogromne pieniądze, jednak dla niej ważniejsze było, że była w stanie się za nie utrzymać i swoich domowników. Nie oczekiwała luksów, mimo że mieszkanie temu mogło przeczyć, ale nie mogła odmówić darowizny, bo w takiej formie został jej dom przekazany i teraz to ona była jego właścicielem, a jedyne rachunki, z jakimi się mierzyła to opłaty za media, czy jedzenie dla siebie i zwierzaków i leki, które musiała brać i dbanie o tych futrzaków i zabranie ich w razie czego do weterynarza jednak wszyscy czuli się jak najlepiej.
    I właśnie tak wyglądało jej obecne życie, nudne i niezwykle monotonie.
    W ciszy, która panowała w mieszkaniu, wróciła do kuchni i pośpieszenie zrobiła sobie małą przekąskę, zanim nie będzie musiała zacząć pracować, a miała dziś kilka rzeczy do zrobienia.
    Jednak podeszła do kanapy i opadła na nią zajadając jogurt z granolą i malinami i spojrzała ukradkiem, jak koty spały na kanapie i nawet nie drgnęły gdy tylko usiadła a Junka leżała na swoim ulubionym leżaku na balkonie wygrzewając się w porannym słońcu.
    W ostatnim jednak dniach dostrzegła jednak dziwne poruszenie na osiedlu a bardziej fakt, że prawdopodobnie ktoś się wprowadzał do apartamentowca. Dlaczego tak wnioskowała, gdy wracała z jednego ze spacerów z Junką dostrzegła typową furgonetkę do przeprowadzek i kilka osób, które wnosiły jakieś rzeczy. Można stwierdzić, że pewni zainteresowała się tematem, jednak nic bardziej mylnego. Mimo że słyszała, że ktoś wykupił mieszkanie dwa piętra niżej od niej to, jednak nie ciekawiło ją, kto to był. Widziała z raz może dwa ludzi z kartonami i to tyle, co mogło ją to obchodzić?
    Miała znacznie większe zmartwienia na głowie niż fakt, czy ktoś zamieszka na osiedlu, czy nie i tak praktycznie z nikim nie utrzymywała kontaktu. Żyła we własnym świecie swoich zmartwień i przeżyć i tylko to ją obchodziła, a problemy innych były mało istotne.

Saturday, June 21, 2025

V 37 — KOŃCZYŁ Z TYM KOSZMARNYM MIEJSCEM

   Zakleił kolejne pudełko tego dnia i nawet nie liczył, ile już ich było. Czy miało to znaczenie, gdy musiał, przenieś całe swoje dotychczasowe życie, do nowego mieszkania? Raczej było to kwestią małą istotną, jednak nie zamierzał ukrywać, że właśnie tylko to robił od paru dni.
    Wyprowadzał się!    
    W końcu opuszczał ten dom, miejsce, które sprawiło, że przez ostatnie miesiące przenikał go strach i wręcz panika na samą myśl, że musiał tutaj wracać. Nie zamierzał kłamać, mówiąc, że po prostu się bał. I mimo że teraz praktycznie nie miał powodu czuć tego ktoś uznałaby nieuzasadnionego niepokoju w końcu wracał praktycznie do pustego mieszkania, nie mógł jednak powiedzieć, że całkowicie, bo wciąż na niego czekał jego wieczny czworonożny przyjaciel, który na chwile obecną był u jego rodziców, by oszczędzić mu stresu spowodowane pakowaniem, czy przenoszeniem rzeczy, jednak tak przez ostatnie tygodnie jak nie miesiące odkąd wyszedł ze szpitala, mógł tylko wracać do niego.
    I mimo że Jay był dla niego bardzo ważny jednak nie potrafił ukryć swojego zdenerwowania gdy tylko skręcał w ulice gdzie dotychczas mieszkał a do jego głowy powracały wręcz koszmarne wizje.
    Wyobrażenia podsuwała obrazy tych koszmarnych dni, przepełnionych niewymownym lękami wręcz trwoga, że za moment przekroczy próg domu, gdzie czekała na niego, już była żona i nigdy nie wiedział, jak bardzo oberwie, co będzie powodem jej wściekłości, którąwyładuje wprost na nim.
    Nie potrafił jednak przyznać pewnego dość oczywistego faktu.
    Wypierał się tego jak tylko mógł, mimo że kilkukrotnie jego dawna narzeczona nie gryzła się w język i mówiła wprost prawdę, której próbował się wyprzeć. Tłumaczył sobie agresje Taylor na wiele sposób by nie dopuścić do siebie myśli, że prawda jednak była taką, jaką wielokrotnie słyszał od siostry swojego wieloletniego przyjaciela.
    Był ofiarą przemocy domowej.
    Ta myśl go wręcz porażała!
    Bo jak to możliwe, by facet był prześladowany przez swoją małżonkę? Przecież to wydaje się tak absurdalnie żałosne. Jednak rzeczywistość była okrutna i on dobrze o tym wiedział.
    W społeczeństwie utrato się, że to głównie kobiety są ofiarami często swoich partnerów, w jego przypadku było całkowicie na odwrót i on był osobą, która była krzywdzona. Nie słyszało się o przypadkach, by to żaden facet był bity czy prześladowany przez swoją partnerkę, a jednak rzeczywistość była inna, bo takie przypadki są, ale zapewne tak jak on, bali się o tym mówić.
    Obawy przed oceną ich sytuacji i wręcz wyśmianiem ich sytuacji i uznanie za pobłażliwego były czynnikami, które sprawiały, że nie mówiono o tym głośno, a on sam nie chciał o tym wspominać.
    Praktycznie nikt o tym nie wiedział.
    Nikt prócz Julii.    
    Spojrzał na praktycznie opustoszałe biurko w jego domowym studiu, większość swoich drobiazgów już spakował, a sprzęty już bezpiecznie leżały zabezpieczone w pudełkach jednak pozostało na dębowym blacie parę rzeczy w tym jedna z ramek ze zdjęciem, na którą popatrzył.
    Sięgnął dłonią i chwycił ją, by przypatrzeć się jednej z fotografii, którą pozostawił po swoim dawnym związku. Widok siebie oraz Julii w momencie gdzie praktycznie nie mieli większych zmartwień gdy wydawali się tak mocno szczęśliwi. Nie posiadali zbyt większych trosk, był to chyba spokojniejszy okres w ich życiu. Można powiedzieć, że był on wręcz cudowny w swojej prozaiczności.
    Gdy teraz o tym myślał, jego pragnieniem było powrócenie do tamtych czasów, takich beztroskich, gdzie jego jedynym zmartwieniem były rachunki domowe i życie u boku tak wspaniałej dziewczyny i tak dużo bardziej przeżywał swój związek z Julią, do którego wciąż powracał, niż jaką relację go dzieliła, z już była żoną, jednak nie mógł określić tego w taki sposób. Bo co to za związek gdzie ukochana osoba się nad tobą znęca, grozi ci i szantażuje to, nie jest miłość, tylko bycie z kimś tylko przez strach i obawy, jakie będą dla ciebie konsekwencje porzucenia tej osoby.
    Ale nie oszukiwał siebie, Taylor nigdy nie kochał, to była prozaiczna myśl, którą sobie wmówić. Iluzja, w którą sam uwierzył. Jego serce wciąż należało wyłącznie do młodej artystki, która go po prostu porzuciła.
    Czy słusznie?
    Miała na pewno powód go zostawić, bo mógł twierdzić, że niczego nie pamiętał, ale poranek zbyt był brutalny i dotkliwy by nie pojął, co narobił. I będzie sobie tę sytuację wyrzucał do końca życia. Miał cudowną dziewczynę, którą kochał do szaleństwa, a z własnej głupoty ją stracił.
    A teraz nawet nie wiedział, gdzie jest.
    To było przykre, że po tym wszystkim, co się między nimi wydarzyło, nawet po trasie, podczas której dosłownie go wielokrotnie ratowała, zniszczył ponownie wiele relacja w tym własna z nią i nie mieli z nią żadnego kontaktu.

    — Nadal się nie odzywa? — odezwał się nagle, zwracając się do przyjaciela.
    Widział jego zniechęcenie, wręcz nieukrywaną znużenie jednak pod tym wszystkim dało się dostrzec ogromny smutek i wyrzuty sumienia, z którymi się gryzł. Mógł udawać, nakładać na twarz kolejne maski, które zakryły jego prawdziwe odczucia, jednak każdy doskonale wiedział i on również, bo nie był ignorantem, zaślepionym głupcem, by nie wiedzieć, że jego przyjaciel przeżył mocną tę stratę.
    Niespodziewane zerwanie kontaktu było dla niego dotkliwe, nie polepszał to fakt, że sam przyczynił się bezpośrednio do tego, że teraz był praktycznie na czarnej liście jej osób. On najbliższa jej osoba, która miała przy niej trwać.
    Zaprzeczył wszystkiemu, co mógł, dał się nabrać na najbardziej banalne sztuczki manipulacyjne, jakie można zastosować. Bo kto normalny nabiera się na sztuczne przedstawienie stworzone przez zakłamaną szmatę, bo inaczej nie mógł określić swojej byłej żony, jednak on sam nie pomógł.
    A wręcz pogorszył tę sytuację i winił siebie za to tak samo jak i on jak nie bardziej. Podzielił pewne stosunki rodzinę, będąc w panicznym strachu przed kobietą, która i tak wylądowała za kratami więzienia, gdzie powinna trafić już dawno.
    Musiała dojść do tragedii by uzmysłowił sobie, że nie powinien tak żyć. Zrozumiał za późno, by naprawić coś, co sam zniszczył.


    Patrzył na przyjaciela, jak wzrusza ramionami, lecz nie spogląda w jego kierunku. Wiedział, że miał do niego żal i wielokrotnie mu to powtarzał, lecz może to wydawać się dziwne, że nadal się przyjaźnili. Może i oboje popełnili błędy, których teraz gorzką żałują, jednak nie potrafili zrezygnować z przyjaźni, jaka ich przed laty połączyła.
    — Myślisz, że się odezwie? — to nie było pytanie, a bardziej stwierdzenie.
    Ujrzał w następnej chwili, jak podnosi wzrok, by spojrzeć na niego a kącik jego ust uniósł się w dość ironicznym uśmiechu, który ukazując absurd tej sytuacji, w jakiej się znaleźli.
    — Ona jest uparta — stwierdził wprost, tak oczywistą dla nich rzecz — Nie odezwie się, jak w ogóle — stwierdził rzeczowo.
    Na moment zapadła między nimi chwila ciszy, która jednak wkrótce została ponownie przerwana przez Chestera, który powiedział, a na jego ustach pojawił się dość nikłe zadowolenie, a jeśli miał być szczery, nie było mu absolutnie do śmiechu, a jego humor cóż nie miał go absolutnie. Nie potrafił się cieszyć na myśl o tym, że utracił własną siostrę, to bardziej go dobijało, niż zadowalało.
    Kochał ją i w tym absolutnie nie kłamał. W końcu Julia była jego młodszą siostrą, o której marzył jako dzieciak, którą pragnął się opiekować, a teraz cóż mógł powiedzieć, że żył tak jakby w ogóle się o niej nie dowiedział.
    — Ona bardzo przypomina charakter matki — zaczął nagle, przerywając panującą wokół nich ciszę — Jednak co mogę powiedzieć wspólnego o naszej rodzinie i co można ujrzeć również u niej, to upartość. Każdy z naszej rodziny posiadają niewątpliwie silną osobowość. A jedną z nich jest to, że potrafimy być bardzo nieustępliwi w swoich dążeniach gdy coś postanowimy. W końcu sam dobrze znasz mnie czy ją wiesz, jacy bywamy, więc raczej nie spodziewam się, tego, że prędko się odezwie, wręcz mogę rzecz, że nigdy się nie odezwie. Ona tak jak mama jest bardzo honorowa. Wystarczy się jej przyjrzeć. Początkowo można było ujrzeć jej zakłamany obraz, jednak z czasem gdy zaczęła się zmieniać, ja w niej widziałem wiele podobieństw do naszej mamy. Osobowość miały podobne, moja matka nigdy nie umiała się poddać, ale potrafiła dopiąć swego, a Julia jest taka sama — westchnął cicho — Nie oszukujmy się przyjacielu — zwrócił się do niego — Że my i chłopacy jesteśmy na pozycji straconej jedynymi osobami, z którymi ewentualnie chce gadać to dziewczyny.
    Te słowa były dość brutalne, jednak były tylko urzeczywistnieniem ich obecnego życia. O ile oni cała ich szóstka bardzo straciła szacunek w oczach Julii, to ich partnerki nie okazały się być tak głupie i nie dały się nabrać na głupie gierki pewnej manipulantki i trwały przy niej. Broniły jej, mimo że zdarzało się im powiedzieć o niej nieprzychylne słowa.
    — Próbowałeś ją podpytać? — rozbrzmiał nagle jego głos.
    Ukradkiem spoglądnął w stronę piosenkarza, który spojrzał na niego w tej samej chwili. Mimo że nie powiedział na głos, kogo ma na myśl, on jednak doskonale się domyślił, o kim mówił.
    Widział jak po chwili zwiesza głowę zrezygnowany a w ciszy, która ich otoczyła, dało się słyszeć, jego ciche westchnienie.
    — Myślisz, że nie próbowałem — zapytał wprost, po czym poniósł głowę i spojrzał na jakiś punkt, przed sobą dokończył — Nie da się ukryć Alice i dziewczyny mają z nią kontakt, ale zastrzegły, że niczego nie powiedzą. Zachowują wszystko dla siebie, bo młoda ich o to poprosiła. Dobrze wiesz, że nas polokowała, z nimi rozmawia zwyczajnie — przyznał po czym, dodał — Jesteśmy po prostu głupcami, którzy dali się zwieść. Nigdy sobie nie daruje tego, że uwierzyłem tej kretynce zamiast własnej siostrze i nie dociekałem prawdy.
    Po tych słowach poczuł, jak bardzo jest tym zawstydzony, bo wiedział, że był powodem tego konfliktu, do którego przyczyniła się Taylor. To praktycznie on wraz z nią to wszystko zniszczyli.
    — Boli mnie to, że nie wiem, jak czuje się moja własna siostra — dodał z westchnieniem — Nie wiem, co się u niej dzieje, czuje się sfrustrowany, że nie mogę jej pomóc! — dokończył, czując złość, ale sam na siebie.
    — Nie stało się to gdybym nie okazał się podłym tchórzem…

    Właśnie to były idealne słowa, które mogły go podsumować, był cykorem nie zamierzał ubierać w słodkie słówka swojej strachliwości. Bo prawda była taka, wykazując się lękliwością, poniszczył tak wiele w ich dotychczasowym życiu, na którym potem złożyło się wiele czynników.
    Wstał z fotela, który jako jeszcze jedno z nielicznych mebli ocalało przed wczesnym spakowaniem i podszedł do jednego z kartonów. Chwycił go i wrócić do biurka, z którego pozbywał się swoich rzeczy i składając go, zakleił dół taśmą i wywrócił go powrotem na nogach, by otworzyć jedną z szuflad, która była pełna jakichś drobiazgów czy pojawiając się kabli, od sprzętów dostrzegł małe pudełeczko.
    Wydawało się ono zbyt znajome. Chwycił je, a karton zlecił z jego ud i uchylił wieczko, a wewnątrz dostrzegł piękną pierścionek z ujmującym bladoniebieskim diamentem Otoczonym cyrkoniami. Był to dokładnie ten sam pierścionek zaręczynowy, który założył pewnego grudniowego dnia Julii na palec, by potem po paru miesiącach został on przez niż zdjęty i porzucony tak jak ich miłość. Owszem zachował go, bo nie potrafił się go pozbyć jednak gdy tak na niego patrzył, coraz bardziej rozumiał, że on się już na nic nie przyda i chyba pora by znalazło innego właściciela, jednak czuł żałość na samą myśl o tym, że miałby się z nim pożegnać, mimo że nosiła go dość krótko, to wiązały się z nim piękne wspomnienia, jednak również były i te gorsze chwile.
    Zamknął wieczko i wrzucił go dość niedbale do pudełka, które leżało przy jego nogach ze świadomością ze ona już do jego życia nie wróci. Była już szczęśliwa z innym, a on był przeszłością, o której zapewne już zapomniała.
    Wyjmując kolejne rzeczy, z szuflady chciał odciągnąć swoje myśli od tych przytłaczających go wspomnień. Cisza, jaka panowała w całym mieszkaniu, dla jednych mogła być nieznośna, jednak on jej potrzebował, czuł wytchnienie od tego wszystkiego.
    Nie mogła jednak ona trwać dłużej, gdy nagle po całym domu rozbrzmiał dźwięk dzwonka do drzwi. Podniósł się i zmarszczył nieco czoło, bo nie spodziewał się nikogo praktycznie nie wiele osób, wiedziało o jego przeprowadzce.
    Zastanawiając się, kto to mógłby, być wyszedł ze studia nagraniowego i powędrował po korytarzu gdy ponownie po całym domu rozniósł się ta znajoma melodia, a on krzyknął:
    — Już idę! — zawołał w głąb mieszkania.
    Zbieg pośpiesznie po schodach i przeszedł cały salon i podszedł do drzwi wejściowych. Przekręcił klucz w zamku i uchylił je, by zobaczyć po drugiej stronie grupkę przyjaciół, których się zupełnie nie spodziewała a na jego czele stała Annie z zaokrąglonym brzuszkiem. Gdy tylko go zobaczyła, uniosła siatkę, mówiąc:
    — Mam nieco powiatu i pomocnych dłoni do przeprowadzki — odezwała się jego wieloletnia przyjaciółka.
    — Annie…
    — Żadne Annie — uprzedziła go i wprosiła się wręcz do środka.
    Stanął nieco z boku, przepuszczając chłopaków z kapeli oraz męża Annie, którzy przyszli wraz z nią a przyszła mama zwróciła się do niego z tekstem:
    — Ja zbytnio nie pomogę — powiedziała delikatnie, głaszcząc się po widocznym brzuszku — Ale ich pomoc ci się przyda — rzuciła w stronę grupki znajomych — A jeść też musisz, pewnie od rana nic nie jadłeś — dodała.
    — Tylko mi nie matkuj! — uprzedził ją, widząc zapędy dziewczyny do troskliwości.
    Doskonale jednak ją rozumiał, za dwa miesiące miała przywitać na świecie swoje pierwsze dziecko. Synka, który rozwijał się jak najbardziej prawidłowo i wyczekiwała tego dnia aż go powita wraz z ciąży poczuła instynkt macierzyści jednak on potrafił sobie poradzić.
    — Po prostu jako przyjaciółka się o ciebie troszczę — wtrąciła się nagle, rozwijając wszelkie wątpliwości — Tylko nie rozumiem czemu, nie wspomniałeś im, że się przeprowadzasz, to by ci pomogli. Uparty jesteś Shinoda — stwierdziła na koniec.
    — Jakbyśmy go nie znali — stwierdził Brad — I czemu się na to zdecydowałeś? — spytał z ciekawością.
    Mimo że mógł spodziewać się takiego pytania, on nagle spoważniał, bo nie chciał zdradzać im, jak na razie powodu czemu sprzedał już oficjalnie ten dom i miał nowego właściciela. On miał miesiąc na wyprowadzenie się stąd. Umówił się z nowym właścicielem, że zostawi dom pusty, ale potrzebował czasu, by wszystko wynieś, bo w tym domu mieszkał przez bardzo wiele lat i zgromadził wiele rzeczy.
    — Potrzebuje zmian — wypalił, nie chcąc, by drążył temat.
    — Dobra — powiedział powoli gitarzysta — Nie będę dociekał, powiesz, jak będziesz, na to gotowy — dodał sugestywnie.
    — Skoro tu jesteśmy, ciężarówka stoi przed domem, możemy zająć się meblami — powiedział Dave — My zaczniemy wszystko wynosić, a ty coś zjedz! — ponaglił go.
    — Annie i tak by mnie zaciągnęła siłą — zwrócił się do przyjaciółki.
    — Zbyt dobrze mnie znasz — stwierdziła rzeczowo — Mam kawę i kanapki. Sieciówka, bo jednak od rana byłam z Dick’m na badaniach a tuż po nich zebrałam ekipę i przyjechaliśmy.
    — Nie zamierzam narzekać — stwierdził, podchodząc do niej.
    Odebrał od niej kubek z mrożoną kawą i podziękował. Upił jej łyk i poczuł się o wiele lepiej. Praca od samego rana sprawiła, że czuł się już zmęczony, jednak musiał się z tym uporać, a pragnął z tym zrobić jak najczęściej.
    — Ty mi powiedz jak tam mały. Daje popalić? — zagadnął ją.
    Widział, jak kobieta uśmiecha się na te słowa, zanim odpowiedziała.




Sunday, June 15, 2025

V 36 — ŁZY SAMOTNOŚCI


    — Sąd okręgowy w hrabstwie Los Angeles — Kalifornii stwierdza, że małżeństwo pomiędzy Julią Armando a Ricardo Armando uległo nieodwracalnemu rozpadowi i mniejszym orzeczenie o rozwiązaniu małżeństwa zawartym dwudziestego kwietnia dwa tysiące trzynastego roku w Los Angeles…

    — Nadal będę uważał, że popełniliśmy błąd — dobiegł ją zasmucony, głos swojego już byłego męża. — Mogłaś dać sobie pomóc, nie musieliśmy tego tak radykalnie zmieniać — mówił z nieukrywaną goryczą w głosie.
    Nie potrafił i nawet nie starał się pogodzić z myślą, że ich krótkie, chociaż bardzo szczęśliwe małżeństwo zakończyło się przed paroma dniami na sali sądowej. Mógł wiele zrozumieć, obaw czy lęków swojej ukochanej, ale nie umiał przyjąć do siebie myśli, że to się właśnie tak zakończyło.
    Tym bardziej nie rozumiał jej motywacji, gdy uświadamiał sobie, że nie zrobił absolutnie nic, by dać jej pretekst do tak radykalnego posunięcie. Rozumiał, że nie była w najlepszym stanie psychicznym, wręcz nie był ignorantem i dostrzegał, tego jak praktycznie sama siebie nie potrafi zaakceptować.
    Trauma wywołana wydarzeniami sprzed kilku miesięcy odbiła trwały ślad na jej psychice i samoocenie, ale to nie sprawiło, że w jego oczach straciła na atrakcyjności. Bo owszem nawet jeśli tego się nie mówi, początkowo zwraca się uwagę na wygląd, jednak z czasem zaimponowała mu swoim zadziornym charakterem, który w niej wręcz pokochał. Lubił tę drapieżność w niej, a zarazem opanowanie i samo ogładę, którą do siebie miała.
    Nawet w momencie gdy utraciła pracę, wręcz nie starała się żyć jego kosztem, a znalazła nową, która może i nie była spełnieniem jej oczekiwań, ale wykazała się tym, że umiała zatroszczyć się sama o siebie.
    Uwielbiam takie dziewczyny jak ona, zaradne z pewnym pazurem, które nie były zapatrzonymi w siebie materialistkami, a sama jej osobowość sprawiała, że to ona była jedną z tych, które w końcu poskromiły jego, oraz życie, jakie wiódł, bo to prawda, nie prowadził idealnego życia przed jej poznaniem i absolutnie się do tego przyznał. Jednak to właśnie przy niej zdołał się w końcu uspokoić i co ważne ustatkować.
    Myślał, że nic ich nie jest w stanie zniszczyć. Julia była jego własnym ideałem, mimo że znał jej wady, to w pełni je akceptował, praktycznie ekscytowałoich to samo, mieli podobne zainteresowania, a on sam coraz bardziej wciągał się w świat sztuki, w którym ona tkwiła i zaczął się interesować malunkami hiperrealistycznym, a ona sama poznała kilka tringów na przyszłość jak skutecznie prowadzić własne interesy, więc praktycznie tak, znalazł w tej wakacyjnej miłości kogoś, kto mógłby być mu bliski i zapragnął ułożyć sobie życie.
    Wszystko zaczęło się tak niewinnie od wakacyjnej zabawy, a skończyło na ironie losu przed urzędnikiem stanu cywilnego w przeciągu kilku miesięcy, jedni mogli powiedzieć, że to za szybko, że nie zdążyli się na tyle poznać, ale los bywa przewrotny i potrafi pisać różne scenariusze nawet te nieprawdopodobne, o których głównie się słyszy w filmach, ale również dzieją się naprawdę.
    I właśnie w ich przypadku tak to się zadziało.
    Absolutnie nie żałował ani jednego dnia spędzonego z nią, to były cudowne miesiące jak nie około dwóch lat, w której przeszli naprawdę wiele, od czegoś nie zobowiązującego, po moment, w którym musieli zmierzyć się z jej przeszłością i tym w jakim jest obecnie stanie.
    Wciąż go to mocno gryzło, bo nie potrafił tego zrozumieć.
    — Ricardo tłumaczyłam ci to już — odezwała się nagle, skupiona na drodze.
    Wracał dziś do Hiszpanii. Na chwilę obecną nie miał co szukać w Stanach Zjednoczonych i pomimo że rozejrzał się odnośnie rynku i mógłby mieć szansę przebicia to Los Angeles, samo w sobie miało potentatów technologicznych, którzy mogli, by wyprzeć jego rozwijającą się firmę, więc najwyraźniej musiał zaczekać i ugruntować sobie dobre miejsce w rodzinnym kraju, a potem spróbować podbić rynek europejski może za kilka lat spróbować swoich działań na amerykańskiej ziemi.
    — To nie jest twoja wina, tylko i wyłącznie moja — powiedziała cierpliwie.
    Zdawała sobie sprawę, że miał do niej żal. Nawet jeśli tego nie mówił, to widziała w jego oczach niezrozumienie odnośnie jej decyzji i mimo że wydawać się mogła ona być głupia i nierozsądna to podjęła ją po wielu dniach przemyśleń. Nie zrobiła tego pod wpływem chwili, jednak dała sobie czas nad tym wszystkim pomyśleć.
    Starała się walczyć sama ze sobą, by tego nie robić, żeby nie odchodzić od faceta, którego wciąż kochała. Mimo że byli już po rozwodzie jej uczucia nie wygasły, jednak wiedziała, że nie byłoby łatwe mierzenie się ze swoją przeszłością i wciągnie go w to. Jeśli teraz wręcz odcinała się od niego, co miało być dalej i tak wiedziała, że starał się pomóc, jak tylko potrafiła, ale to nie w nim tkwił problem.
    Ale niej oraz głupstwie jej bezmyślnych działań gdy była trzynastolatką i zakochała się w nie właściwym facecie.
    Zapłaciła teraz za to najwyższą cenę, której nikt nie powinien spłacać. Lecz ona musi to robić i uświadamia sobie to za każdym razem, gdy o poranku wręcz z niechęcią spogląda w lustro, widząc żałosny obraz nędzy i rozpaczy, bo tak mogłaby teraz się nazwać.
    — Absurd! — zagrzmiał nagle. — Jedynym winnym tej sytuacji jest ten skurwysyn. Ty nie byłaś niczemu wina! Ty jesteś i byłaś jego ofiarą. Pokrzywdzoną tej całej porąbanej sytuacji. To nie ty powinnaś czuć żal czy mieć wyrzuty sumienia a on. Żyłaś w bardzo toksycznej relacji w tak młodym wieku, czego nie powinnaś doświadczyć. Jednak po czasie odważyłaś się na krok, na który wiele dorosłych kobiet nie ma odwagi i rzuciłaś go. Więc nie powinnaś w sobie szukać winnej za to, że miał tak chorą głowę, że uznał, że zemsta i ściganie cię będzie tym, czego pragnie zrobić. Zasługujesz wręcz na podziw, że dostrzegłaś w odpowiednim momencie, że powinnaś się z tego wyrwać. Oboje wiemy, jak wygląda życie wielu dziewczyn uwięzionych w takich relacji, a ty wręcz możesz być osobą, która może dać przykład, że się da, że można uciec i nie być wciąż pod kontrolą pojebanych typów, którzy mają tak wydmuchane ego, że uznają picie swojej partnerki za męskie, a nie postrzeganie ich jako równych sobie z takimi samymi prawami i odpowiedzialnością — powiedział stanowczym głosem.
    Jego słowa wręcz mogły w pewien sposób inspirować, to fakt, uwolniła się z bardzo przemocowej relacji, co nie było naprawdę łatwym zadaniem, ale co musiała potem znosić to tylko i ona wyłącznie widziała. Jednak tutaj również musiała przyznać mu racje, jest tysiące takich związków, nie tylko gdzie to kobieta jest pokrzywdzona, jednak sama była świadkiem odwrotnej sytuacji, gdzie to mężczyzna tkwił w tak złej sytuacji.
    — Może i masz racje, ale obecnie, ja nawet nie radzę sobie sama ze sobą — odezwała się — Nie potrafiłabym nawet być wystarczająco dobrą żoną, skoro obecnie nie radzę sobie z własną psychiką czy poczucie strachu wzbiera we mnie w momencie gdy widzę własny cień, to nie jest życie, jakie pragnęłam. Kiedyś udało mi się wyjść na prostą, teraz zupełnie nie wiem, czy zdołał nawet to zrobić, czy będę mieć na tyle pewności, by dążyć do tego, kim kiedyś byłam.
    Chociaż wiedziała, że tą dawną sobą już nie będzie. Wiele się zmieniło, a życie brutalnie ją doświadczyło, nie wyobrażała sobie by znowu wieś takie życie, jakie prowadziła, nim poznała Ricardo, ten etap nie tylko że się zakończył, ale nie wyobrażała sobie, że mógłby on powrócić. Nie po tym gdy doświadczyła nadużyć seksualnych, a ten zjeb, zgwałcił ją tak wiele razy, że nawet zwyczajny dotyk, był dla niej czymś przerażającym.
    I tak nie powinna się czuć poczucia winy, jednak psychika potrafi płatać wiele figli i mimo że mogą mówić, że to nie oni są oprawcami, to i tak rysa na umyślę pozostaje i to szrama, której tak łatwo nie jest zakleić.
    Skręcając w pobliską ulicę, spojrzała kątem oka na nawigacje, która prowadziła ją do lotniska w Los Angeles. Mimo że mogła zostać w domu i nie odwozić go, to jednak zdecydowała się to zrobić z jednej prostej, przyczyny chciała z nim tam zobaczyć się po raz ostatni. Czy może powrócić do sytuacji gdy to ona wyjeżdżała z Hiszpanii, gdzie on przyjechał ją pożegnać?
    Mimo że wiedziała, że już nigdy się nie spotkają, to jednak nie mogła powiedzieć, że związek z Ricardo był czymś, czego żałowała, bo nigdy by jej to przez myśl nie przyszło. Ona w tym momencie chciała mu zwrócić wolność i by nie tkwił przy niej osobie mocno niestabilnej psychicznie która musi zmierzyć się sama ze swoimi demonami.
    Mimo że bardzo doceniała to, że pragnął jej pomóc, to wiedziała, że będzie to dla nich lepsze, albo sobie to po prostu wmawiała.
    Nie można jednak było już zatrzymać biegu wydarzeń, a ona nie zamierzała się wycofywać.
    Chociaż serce jej się łamało na samą myśl, że musi go pożegnać na dobre, to wiedziała, że nikt nie odbierze im wspólnych wspomnień, które mieli. Nie sprawi, że nie przestanie go kochać, bo będzie trudno zapomnieć o uczucia tak żywych i głębokich, że zapewne widok tego jak odchodzi i znika, będzie dla niej bolesny i to mogło być kolejna rzecz, która mogłaby być argumentem, że mogła zostać, jednak czy w przypadku pożegnania w domu, czy na lotnisku i tak czuła, że będzie bolało tak samo.
    A może chciała w ten sposób pożegnać symbolicznie ten etap życia.
    Nie ważne co nią kierowało i tak zapewne szybko o nim nie zapomni!
    W końcu wjechała na parking tuż przed jednym z budynków lotniska i znajdując wolne miejsce, zatrzymała samochód, który zupełnie jak mieszkanie zostało jej przekazane, mimo że zupełnie tego nie chciała.
    Oparła się o oparcie fotela i spojrzała kątem oka na Ricardo, oboje wiedzieli, co teraz ma nastąpić i najchętniej przedłużyli ten moment, jak tylko się da. Nie chcieli tego, nie byli w stanie się jeszcze w stanie pożegnać, jednak w końcu musieli to zrobić.
    — Nie znoszę pożegnań — wyznał nagle, przerywając cisze, która wokół nich panowała.
    Nie odpowiedziała, ale w duchu przyznała mu racje, nie tylko że ich nie cierpiała, ale chyba będzie to dla niej najbardziej bolesne pożegnanie, które musiała w życiu przeżyć. Obecnie czuła się jeszcze gorzej niż wtedy gdy wyjeżdżała do Hiszpanii z przeświadczeniem, że nigdy nie zobaczy tego faceta i nie spodziewała się, że znowu go ujrzy. Tym razem jednak mieli się już nigdy nie zobaczyć i to była najbardziej bolesna rzecz, jaką musieli zrobić.
    Czuli wokół siebie wręcz tę martwą ciszę, to nieprzyjemne napięcie, które wokół nich panowało, lecz nikt nie miał śmiałości ich przerwać. Ale przyszła pora by w końcu to zrobić.
    — Jeśli nadal będziemy go tak przeciągać w końcu, nigdy tego nie zrobimy — wyznała nagle.
    — To fakt, ale po prostu nie chce tego robić, mimo wszystko nadal mi na tobie zależy i uważam, że dalibyśmy sobie z tym razem oboje, ale nie będą, już negował twojej decyzji — wyznał.
    Nawet nie dał jej nic powiedzieć, bo po krótkiej chwili otworzył drzwi do samochodu i wyszedł, a ona cicho westchnęła i opierając głowę o oparcie spojrzała na jego odbicie w lusterku gdy podszedł do bagażnika i go otworzył.
    Nie wiele myśląc, sama poszła w jego ślady i wysiadła z pojazdu i w końcu do niego podeszła w momencie gdy uporał się z wyciągnięciem walizki i postawił ją na ziemie, zatrzaskując za sobą bagażnik i spojrzał na nią i oboje w ciszy ruszyli w stronę jednego z wejść, które wiodło na pobliską halę odlotów, w której miał kontrole bezpieczeństwa i odprawę.
    Wchodząc do ogromnej przestrzeni jednego z najbardziej spektakularnych oraz ogromnych lotnisk zatrzymali się pośrodku ogromnej hali. I w końcu nastał ten mocno niezręczny moment, którego się obawiali. Mimo że nie mówili o tym głośno to i tak się właśnie z tym liczyli.
    Stali przez dłuższą chwilę w ogromnej niepewności jakby na moment zapomnieli, jak się mówi.
    — Mimo wszystko, tego co się stało — odezwał się nagle Ricardo, przerywając w końcu tę niezręczność między nimi. — Nie żałuje ani jednego dnia, który z tobą spędziłem. Może przyznać, że jesteś wciąż dla mnie wyjątkową osobą i zapewne prędko o tobie nie zapomnę. Nie odkocham się na przestrzeni kilku dni, bo mogę oszukiwać, że nie kocham cię, ale po co kłamać, skoro oboje wiemy, co do siebie czujemy mimo tego rozpadu — powiedział, uderzając wręcz w głębokie sedno tego co wzajemnie odczuwali. — Byłaś mi droga i naprawdę wyjątkową osobą i przewróciłaś, moje życie w znaczy stopniu, jednak bardzo pozytywny. Żałuje jedynie, że to tak się kończy — przyznał an sam koniec.
    — Ja również nie będę cię zwodzić, mimo że absolutnie biorę na siebie odpowiedzialność za to co zrobiłam to szkoda mi tego, że musiało to się wydarzyć, ale nie chciałam cię ciągnąć za sobą. Nie byłabym zaskoczona gdybyś był na mnie zły, ale…
    — Nie jestem Bella — powiedział w końcu.
    Ona spojrzała na niego, a kącik jej ust delikatnie drgnął do góry w dość czułym uśmiechu. Przypominając sobie te wszystkie chwile gdy tak do niej mówił i, mimo że jej serce wypełniała rozpacz to nie potrafiła być obojętna na te słowa mimo smutku, jaki gościł głęboko w niej.
    — Mogą mnie postrzegać skrajnego idiotę, ale nie sądzę by gniew i złość w tym przypadku, przemawiała przeze mnie. Jedyne co jestem rozgoryczony, że muszę odejść od dziewczyny, którą wciąż kocham i tego się nie wyprę. Byłaś tą jedyną, wyjątkową osobą w moim życiu i nigdy tego nie zmienię. Chyba nie znajdę drugiej takiej jak ty — dodał, a ona zobaczyła, jak się uśmiecha.
    — Ale nie jestem nikim wyjątkowym… — zaczęła powoli, jednak prędko jej przerwał.
    — Możesz, tak uważasz, jednak dla mnie stałaś się kimś, wyjątkowym z kim pragnąłem, spędzić życie, ale nie jest mi to dane. Gdyby wszystko potoczyło się inaczej, pewnie teraz lecielibyśmy na jakieś wakacje, a nie… — urwał, zdając sobie sprawę z tego, że widzi ją ostatni raz.
    Pragnął zapamiętać jej widok, nieistotne było dla niego, był jej wygląd, tę głąb jej oczu nigdy nie zapomni. Błękit, który będzie śnił mu się po nocach. Coś tak wyjątkowego i niepowtarzalnego jak one. Stracił dla nich głowę i tego nigdy nie zamierzał kłamać.
    — Chyba nie warto przedłużać tej chwili — odezwała się nagle, wręcz powstrzymując cisnące się do jej oczu łzy.
    Naprawdę nie sądziła, że to będzie aż tak ciężkie. Oboje wręcz spoglądali na siebie z nieukrywanym bólem w oczach i bali się zrobić ten jeden krok w przód, który ostatecznie wszystko przekreśli.
    — Julio… — odezwał się nagle.
    Spojrzała na niego z nieukrywanym zainteresowaniem, by potem powiedział:
    — Pozwolisz mi się ten ostatni raz przytulić — poprosił.
    Nie odpowiedziała od razu, przez chwile się biła z myślami, jednak po krótkim namyślę, doszła do wniosku, że nic jej to nie zaszkodzi, a to był ostatni raz, więc nie miała nic do stracenia.
    Przytaknęła delikatnie głową, a on bez słowa podszedł i objął ją w czułym uścisku. Dopiero wtedy łzy, które oboje powstrzymali, napłynęły im do oczu i nawet nie starali się tym razem ich ukryć. Pozwolili, by one swobodnie popłynęły.
    W końcu odsunęli się od siebie po dłuższej chwili, a on odszedł na parę kroków.
    — Mam nadzieje, że ułożyć sobie życie — powiedziała spokojnie. — Naprawdę życzę ci dużo szczęścia — odezwała się, ocierając łzę.
    Po dość krótkim pożegnaniu odszedł, a ona mogła jedynie obserwować, jak znika w tłumie ludzi.