— Pora na spacer — powiedziała spokojnie, trzymając w swojej dłoni obrożę.
Przykucnęła przy małej psince, która po raz kolejny leżała tuż przy drzwiach. Nie umknęło jej uwadze, że z dnia na dzień zachowanie Junki znacznie się zmieniło i nie była ignorantką, bo doskonale wiedziała, od którego momentu jej ukochana suczka często wręcz praktycznie cały czas kładła się na wycieraczce tuż przy drzwiach mocno przybita. Widziała smutek w jej ciemnych ślepkach, gdy zamiast jak zawsze bawić się z Cindy czy Walter lub biegać po mieszkaniu ona wolała, spędzać ten czas odpoczywając przy dębowych drzwiach.
Nie była jednak ignorantką, by tego nie dostrzec i wręcz nie zrozumieć czemu wykazywała się tak niepokojącymi objawami, a mówiąc wprost. Ona po prostu tęskniła. Widziała już kilkukrotnie, że za każdym razem gdy słyszała odgłosy kroków po drugiej stronie, podrywała się, jakby na kogoś wyczekiwała. Jednak gdy ktoś odchodził, ona znowu się kładła i nawet nie chciała wstać, mimo że wielokrotnie ją zachęcała lub próbowała ją wciągnąć do zabawy.
Zapewne wielu by uznało, że powinna skonsultować się z weterynarzem, widząc takie dziwne reakcje u swojego psa. Jednak dlaczego miałaby pójść skoro doskonale, wiedziała, czemu widzi u niej tak niepokojące objawy.
Wszystko miało swoje podłoże w jej niedawnym spotkaniu z byłym partnerem nim oraz jego psem. Wręcz zazgrzytała zębami na samo wspomnienie o nim, jednak wiedziała, że to właśnie za nimi tęskni, to właśnie tego pewnego szpiczastego czworonoga brakowało jej małej przyjaciółce.
Wyła nie raz po nocy za nim, co bywało nieco irytujące, ale nie zamierzała dopuszczać do ponownego spotkania. Mogła być bez uczuć czy pozbawioną empatii osoba, jednak czuła ogromny dyskomfort i wręcz po części strach na myśl, że miałaby spotkać się z nim! W końcu to on był jego właścicielem, a ona naprawdę nie miała chęci na prowadzenie z nim żadne dyskusji.
Bo nie mieli o czym rozmawiać!
Dlatego jak tylko mogła, starła się unikać spotkań z nim. Gdy chciała wyjść z nią na dwór, musiała uważać jeszcze bardziej nie tylko na wzgląd na tę grupkę dzieciaków, które ją gnębiły, a również, by nie dostrzec nigdzie swojego byłego.
Nie wykazywała się jednak brakiem rozsądku i nie należała do osób głupich, by zrozumieć, że nie bez powodu widziała Michaela kilkakrotnie na dworze gdy była zmuszona wyjść.
Doskonale również pamiętała, że w ostatnim czasie ktoś się przeprowadzić do ich apartamentowca i nie musiała już nawet dopytywać czy dociekać, by zrozumieć, że tą osobą był właśnie on!
Zastanawiało ją tylko jedno.
Czemu zdecydował się, przenieś z domu, z ogrodem do klocka gdzie zamknięte było kilka mieszkań? Owszem nie rozumiała jego działań, jednak nie zamierzała dociekać czemu, tak się stało. Musiała teraz zwyczajnie uważać, by go nie spotkać.
Ktoś mógłby uznać, że zachowanie się jak dziecko, że obraża się i wręcz stara się uciekać przed kimś, kogo nie chciała spotkać, ale ich sytuacja była bardziej skomplikowana i bardzo zagmatwana, by uznawać, że jej postępowanie jest przesadzone i nie na miejscu. Miała rzeczywisty powód, by tak się zachowywać.
I mimo wszystko widząc niezbyt dobry nastrój swojej psinki, to jej nie skłoniło do zmiany zdania. Nie zamierzała doprowadzać do spotkania z byłym tylko na wzgląd na nią. Przez jakiś czas po jej rozstaniu z Mike również Junka przeżywała nagłą stratę większego brata, jednak z biegiem czasu zaczęła zachowywać się normalnie i wierzyła, że tym razem też tak będzie.
Zapięła klipsa na jej obroży, a ona początkowo spoglądnęła na nią z niechęcią, lecz gdy wstała, podniosła się, rozumiejąc, że wychodzą na spacer i nieco ją to ożywiło, bo za każdym razem gdy wychodziły się przejść, szukała zapachu, zostawionym po huskym. Niuchała wciąż za nim i nie dało się tego ukryć.
Nim wyszła, upewniła się, że wszystko ze sobą zabrała i pośpiesznie nałożyła kaptur i okulary, by jak zawsze zachować, chociaż trochę się ukryć. Nie mogła inaczej, doskonale wiedziała, jak ludzie na nią reagują na ulicy, więc to była jej forma kamuflażu, by nikt nie mógł oglądać tego jej poniszczonej twarzy czy ciała, które tak skrzętnie chciała ukryć.
Podeszła do windy i przywołała ją i w głębi serca zaczęła mieć nadzieje, że nikogo nie spotka. Gdy zobaczyła, jak uchylają się, a ze środka wychodzi jakaś mężczyzna w garniturze, który rozmawiał przez telefon, nostalgicznie do jej głowy powróciły wspomnienia z byłym partnerem.
Weszła wraz z Junką do środka i wybrała numer parteru. Czuła jak w kąciku oczu zakręciła się jej pojedyncza łza. Nie mogła ukryć, ten rozwód kosztował ich obojga wiele emocji i teraz gdy mogła spojrzeć na to sprawę z perspektywy dłuższego czasu czy uważała tę decyzję za słuszną?
W pewnym sensie owszem, bo nadal twierdziła, że zasługiwał na znacznie lepszą kobietę od niej, ona go tylko ciągnęła za sobą w skrajną przepaść, a nie chciała, by tak jak ona znalazł się w tym miejscu, w którym ona tkwiła. Nie chodzi o rzeczy materialne, ale o bardziej psychiczne mimo terapii i leków, mimo że miewała lepsze czy gorsze dni, nadal twierdziła, że w pełni zasługiwał na szczęście przy boku innej kobiety, która byłaby atrakcyjniejsza od niej.
Czy nadal go kochała?
Owszem i nie zamierzała kłamać, że wyzbyła się uczuć wobec niego, bo odkochać się nie jest łatwe zwłaszcza gdy nadal łączy się z tą osobą emocjonalna i bardzo silna więź, więc takie nagłe wyzbycie się wszystkich sentymentów, poczucia miłości na myśl o tej osobie było naprawdę trudne.
Spotkała w życiu wyjątkowego faceta, którego mogła nazwać miłością swojego życia, jednak sama go zostawiła. Mogła być nazywana głupią, jednak wiedziała, że on jeszcze jej podziękuje, a ona sama nie liczyła już na absolutnie nic. Miała już serdecznie dosyć zauroczeń, które przypłacała zawsze jakimiś konsekwencjami w życiu. Miłość mogła być piękna, ale ona czuła, że ona ją niszczyła.
Wychodząc na dwór, wręcz widziała jak Junka wybiega kawałek przed nią, jednak wciąż trzymała ją bezpiecznie na krótką odległość. Wolała ją mieć blisko siebie, nim się nie rozejrzy i nie dostrzeże czy nic im obojgu nie zagraża. Naprawdę nie miała chęci się użerać z pewnym facetem, a przenikał ją strach na myśl o pewnej grupce dzieciaków.
I mimo że rozglądała się z uwagą i wydawało się, że nie mogła dostrzec, nic podejrzanego szła z ogromną niepewnością, jedną ze ścieżek pozwalając małej iść nieco dalej, widziała jak wsuwa nosek w trawę i zaczyna wąchać zapasy, które pozostawione były na niej a ona przez moment miała wrażenie, jakby usłyszała jakieś dziwne szmery. Wrażliwa na jakiekolwiek dźwięki obróciła się za siebie, jednak niczego nie dostrzegła.
Wydawało się wszystko takie spokojnie i przez moment mogła wręcz uwierzyć, że przeżyje ten spacer, we względnym spokoju jednak bardzo się pomyliła, gdy nagle poczuła, jak coś boleśnie odbiło się o tył jej głowy. Początkowo chciała to zignorować, myśląc, że po prostu coś spadło z drzewa, pod którym stała jednak wszystkie jej złudzenia przestały mieć znaczenia gdy tylko usłyszała śmiech jakieś chłopaka.
— Piętnaście punktów dla mnie — mówił rozbawiony.
— Czekaj zaraz będę mieć dwadzieścia — kolejny krzyk.
Syknęła cicho gdy tylko poczuła, jak ostry kamień uderza ją w bark. Ponownie te same znajome śmiechy, które słyszała.
— Sucha — śmiał się z kolegi ten pierwszy.
Widziała, jak w następnej chwili jeden z nich przykuca i zabiera z ziemi leżący kamień, który wyglądał na dość ostry i ciężki i poczuła, jak coś ściska jej w gardle, gdy zobaczyła jak się zamachuje i zwraca do kolegi.
— Patrz na to, założę się o dziesięć dolców, że trafię w twarz tego potwora — doskonale słyszała ich rozmowę.
— Dobra, dajesz…
Widziała w następnej chwili, jak wręcz kamień leci w jej stronę. To był dosłownie moment gdy odruchowo odchyliła się w bok, by po prostu nie dostać tym ostrym małym głazem w twarz. Może przemawiała przez nią adrenalina, a może zwyczajny strach jednak wolała nie kończyć z opuchniętym nosem.
— Wisisz mi dziesięć dolców — śmiał się jeden z nich — Uchylił się…!
— Czy wy się słyszycie gówniarze! — wybuchła w końcu.
— O widzisz potwora, potrafi gadać.
Oboje chłopcy wybuchnęli śmiechem, jednak jej nie było absolutnie do śmiechu. To już stawało się naprawdę uciążliwe, że musiała uważać na każdym spacerze, przy każdej możliwym wyjściu na dwór, by nie spotkać tych dzieciaków i nie być ponownie ofiarą ich głupich gierek.
Dla nich to była świetna zabawa, a ona jeszcze bardziej bała się wychodzić, mimo że musiała. Wzbierała w niej panika na samą wyrażenia przekroczenie progu mieszkania.
Nie zdążyła zareagować gdy niespodziewanie poczuła dość bolesne uderzenie prosto w nos. Odruchowo chwyciła się za pulsujący od bólu nos i syknęła gdy na swoich palcach dostrzegła szkarłatna krew.
— Co tu się dzieje! — zagrzmiał inny dość poważny męski głos.
Ton głosu, który wydawał się jej dziwne znajomy, jednak nie miała szansy nawet spojrzeć w tamtą stronę, gdyż bardziej była przejęta swoim krwawiącym nosem niż tym, kto się nagle zaczął wydzierać. Słyszała odgłosy kroków oraz głośne bardzo znajome powarkiwanie psa, który zaczął szczekać.
— Nie twoje sprawa koleś! — odkrzyknął jeden z nich, jednak wydawał się mocno wystraszony gdy warczenie pewnego czworonoga stało się jeszcze głośniejsze.
— Co jej zrobiliście!? — grzmiał mężczyzna.
Zaczęła w kieszeniach szukać papieru, by jakoś zatamować krwawienie, jednak nie mogła znaleźć nawet głupiego skrawka materiału, jednak w następnej chwili zobaczyła przed sobą, jak ktoś podsuwa jej paczkę chusteczek. Dopiero wtedy w końcu powoli podniosła głowę i zobaczyła, że tuż obok niej stał Mike.
Nie zamierzała ukrywać swojego zaskoczenia gdy na niego patrzyła, lecz on tylko uśmiechnął się lekko do niej i powiedział:
— Trzymaj — powiedział z dość łagodnym uśmiech.
Spojrzała na niego z nieukrywaną wahaniem, jednak im dłużej na nią patrzył, przyjęła te małe skrawki papieru. Wyjęła jedną z nich ze środka opakowania i przyłożyła sobie do zakrwawionego miejsca. Junka, która widząc, że coś się dzieje, usiadła tuż przy jej stopach i zaczęła skomleć cicho, spoglądając w górę i wręcz kładąc swoje łapki na jej nogach.
— A co do was — zwrócił się do dwojga chłopców z osiedlowego gangu, których nagle opuściła pewność siebie.
Widać było, że wpływ poszczekującego dość złowieszczo Jaya na nich sprawił, że zlękli się oboje. Jak na początku wykazywali się wręcz pewnością siebie i nie wykazywali ani grama szacunku wobec niej, nagle pobledli ze strachu, gdy husky zaczął w obronie poszczekiwać groźnie na nich.
— Zabierajcie mi się stąd, ale już! — zagrzmiał Michael.
Rzadko widywała go, by wykazywał się złością czy agresją, zazwyczaj był to facet, który był ostoją spokoju. Gdy byli jeszcze razem, to ona była tą bardziej gwałtowną, działającą pod wpływem emocji a on starał się wszystko przemyśleć i przeanalizować. Zobaczenie go w tak skrajnych emocjach było dość zaskakujące i dziwne. Wręcz była zdumiona tym, że się za nią wstawił, mimo że przy ostatnim spotkaniu go spławiła i wprost mówiła, że nie chce go widzieć.
— My, tylko chcieliśmy — zaczął jeden z nich nieco wystraszony.
— Daj spokój, boisz się tego frajera? — rzucił do niego kolega.
Jednak ujadanie Jaya sprawiło, że drgnął przestraszony, a gdy dało się dostrzec, że Mike delikatnie poluzował uścisk na obroży psa, który nieco wyskoczył na nich, sprawiło, że oboje odsunęli się pośpiesznie od niego i byli tak samo zlęknieni.
— Wynocha! — zagrzmiał wzburzony mężczyzna — Zabierać się albo rzeczywiście pozwolę Jay was poganiać. Spróbujcie się do niej zbliżyć, a mnie popamiętacie! Zabierać się stąd! — krzyczał.
Osiedlowi łobuzy jednak zanim zdołali, umknąć rzucili w jej kierunku:
— Masz szczęście… policzymy się stąd potworze — odezwał się ten, który wykazywał się większą pewnością siebie.
Jednak po krótkiej chwili oboje umknęli gdy husky zaczął na nich wyskakiwać, jednak Michael nie zamierzał pozwalać, by Jay cokolwiek im zrobić. Pragnął, by się tylko wystraszyli. Nie zamierzał pozwolić, by jego pupil kogokolwiek ugryzł.
Musiał jednak przyznać, że zupełnie nie rozumiał, co tu się dzieje.
Chciał jak każdego poranka wyjść z psem na dłuższy spacer, odkąd przeniósł się do mniejszego mieszenia gdzie Jay nie miał możliwości wyjścia na dwór tak swobodny jak wcześniej robił wszystko by wybiegał się na każdym spacerze, na który go zabierał. I nie spodziewał się tego, że podczas jednego z nich spotka nie tyle swoją miłość, czego chyba najmniej się spodziewał w tej całej sytuacji, że zamieszka na osiedlu gdzie najwyraźniej i ona od dłuższego czasu mieszkała.
Nie musiał dedukować, gdy coraz częściej ją widział na spacerach i gdy w pierwszych dniach ją dostrzegł, wykazywała się zachowaniem, jakby od dłuższego czasu tutaj była. Więc prawdę mówiąc, nieświadomie dowiedział się gdzie mieszka, to co tak skutecznie pragnęła ukryć.
I to wydawało się wręcz absurdalne, że w tak ogromnym mieście, jakim jest Los Angeles, on kupił mieszkanie w tym samym apartamentowcu gdzie mieszka jego była już dziewczyna. Takie rzeczy dzieją się tylko w filmach, przecież to było wręcz abstrakcyjne. Albo po prostu los zdecydował stawić ich na swoje drodze.
Nie ważne co to miało znaczyć, ale widząc to, co przed momentem dostrzegł, czuł się ogromnie zbulwersowany i wściekły, że był świadkiem tego jak grupa osiedlowych gangusów prześladuje jego dawną narzeczoną.
— Dziękuje… — odezwała się nagle z niepewnością — Ale nie…
— Musiałem to zrobić — wtrącił się, jej niespodziewanie w słowo widząc, do czego zmierzają jej słowa — Miałem pozwolić na to by dalej cię dręczyli? — pytał wciąż mocno poruszony.
— Mike… to nie tak…
— Julio, widziałem, co robili. Słyszałem, jak cię nazywają, dlatego reakcja była adekwatna — powiedział z pewnością.
Tutaj już nie chodziło o to, że pragnął się w jakiś sposób odwdzięczyćza to co ona kiedyś dla niego robiła. Nawet nie podchodził z tą myślą do tego, a po prosu pragnął jej pomóc gdy zobaczył, że jest wręcz brutalnie bita kamieniami przez jakiś chłopaczków. Sama ta myśl go mocno oburzała.
Na co oni sobie pozwalali, by tak traktować kogokolwiek.
— Jak nos? — spytał już bardziej spokojnie.
— Jest dobrze — mruknęła, mimo wszystko nadal trzymała mocno zakrwawiona custeczkę przy twarzy.
Kaptur z głowy już dawno jej zleciał, a teraz została wręcz wystawiona na istne pośmiewisko, a on mógł zobaczyć, jak po miesiącach od tego przeklętego zdarzenia i tego jak ten wariat polał ją kwasem, wygląda jej skora. Mimo że widział jedynie twarz mocno pomarszczoną i pełną blizn. Nie odczuć nawet odruchu wymiotnego, jedynie współczucie, szczera żałość, że musiała tak cierpieć przez tego skurwysyna.
— Mogę zobaczyć? — spytał grzecznie.
Nie podszedł bliżej, jednak zachował pewną odległość od niej. Nie chciał jej wystraszyć czy robić nic wbrew jej woli dlatego wolał się upewnić, zanim cokolwiek zrobić. Widział, jak przez moment spogląda na niego niepewnie, jakby nie była przekonana do tego pomysłu. Jednak po krótkiej chwili wahania, sama odsunęła zakrwawioną chusteczkę i podszedł bliżej. Delikatnie ujął ją za podbródek i uniósł głowę do góry i zobaczył, jak nadal krew zaczyna spływać po jej twarzy. Wyjął kolejny skrawek papieru i rozłożył go i przyłożył do jej nosa i powiedział:
— Zabieram cię do siebie i zajmę się twoim nosem — powiedział, pewnie chcąc zapewnić jej pierwszą pomoc.
— Mike… nie wiem, czy to dobry pomysł — wątpiła.
— Julio, wiem, że możesz czuć dyskomfort, jednak chce zwyczajnie ci pomóc. Nic zobowiązującego tylko opatrzę ci ten nos i oko, bo widać, że te łobuzy trafiły ci w dolną powiekę — powiedział spokojnie — To tylko pierwsza pomoc. Wiem, że za mną nie przepadasz, ale chce tylko ci pomóc — nalegał.
Zamilkła na moment, po czym uległa mówiąc:
— Dobrze — westchnęła zrezygnowana — I po spacerze — mruknęła do Junki.
Ona jednak nie pozostała niezadowolona z tego, wręcz przeciwnie dwojga psiaków przez moment dobrze się bawiła za sobą. Ona wykorzystała moment i chwyciła wolną ręką kaptur i nasunęła na siebie, co nieco zdumiało mężczyznę, ale nie śmiał się odezwać.