— Babcia! — wykrzyknęła wprost uradowana Summy.
Momentalnie poczuła, jak trzymająca się do tej pory kurczowo jej dłoni Summer wręcz przyśpieszyła kroku gdy tylko zobaczyła w oddali, swoich dziadków, za którymi tak bardzo się stęsknili. Ona sama zobaczą wkrótce starszych państwo. Mężczyzna już z nieco posiwiałymi włosami, przykucną gdy tylko mała księżniczka w końcu puściła jej rękę i pognała w stronę staruszka, a przy jej boku stała kobieta, pomimo że miała brązowe włosy, które upięła w ciasny kok, mogła domyślić się, że były one farbowany.
Czas nadszarpnął już na ich wyglądzie, już delikatnie pomarszczona cera, sprawiały, że nie wyglądali już na tak młodych. Patrzyła, jak jej ukochane słoneczko wpada w ramiona dziadka, który objął ją swoimi ramionami i przytulił, po czym chwycił ją na ręce. Starsza kobieta nachyliła się do niej i pocałowała dziewczynkę, która uśmiechnęła się radośnie i objęła za szyje kobietę.
Ona w końcu doszła do nich, ciągnąć za sobą dwie dość duże walizki a przez ramię zwisała jej torba podróżna. Była wprost obładowana, jednak nie zamierzała narzekała. Nie zamierzała jednak przeczyć, że kilkugodzinna podróż z małą ruchliwą pięciolatką ją nie wycieńczyła i nie czuła się zmęczona, to by zwyczajnie skłamała. Tak jak dla niej także i dla Summer ta dość długa wycieczka była na swój sposób wycieńczająca.
Mimo że dzieci były z natury bardzo ciekawskie i lubiły poznawać nowe rzeczy i także również ona była zainteresowana otaczającym ją światem, to jednak nie da się ukryć, że ciągła podróż po kilku krajach europejskich na przestrzeni kilku tygodni potrafiła wykończyć dorosłego człowieka a co dopiero dziecko.
Musiała jednak przyznać, żemała Smith zniosła tę podróż bardzo dobrze, mimo że zdarzyło się jej z dwa lub trzy razy zapytać kiedy wrócą do domu, to była niezwykle dzielna jak na tak młodą osóbkę w tak wykańczającej trasie. Była pełna podziwu dla niej, że wytrzymała i nie była aż tak marudnym dzieckiem.
Trasa i tak zakończyła się dosyć przedwcześnie.
Zespół nie był w stanie dokończyć ostatniego występu, na którym rozegrała się ta przerażająca chwila gdy Mike poleciał na deski. Stracił kontakt z rzeczywistością i trafił w dość poważnym stanie do szpitala, w którym okazało się, że ma wstrząśnienie mózgu. Lekarze zadbali o niego i po dwóch dniach mężczyzna w końcu się przebudził gdy zrozumiał, w jakiej sytuacji chciał zrobić jedną z najgłupszych rzeczy i wypisać się na żądanie, na co medycy nie chcieli się zgodzić, bo pragnęli przytrzymać go na obserwacji, jednak on zlękniony tym, że zawiódł swoich fanów, chciał po prostu wyjść z tych szpitalnych murów.
Ostatecznie zespół na swoich portalach społecznościowych wystosował specjalny komunikat do fanów, który byli na tym koncercie. Przeprosili po raz kolejny za utrudnienia i w ramach rekompensaty, kazali organizatorom zwrócić pieniądze za bilety. Pragnęli być uczciwy, skoro występ się nie odbył, a oni nie jednokrotnie wydali wiele pieniędzy oraz przejechali z daleka na występ, chociaż w taki sposób wynagrodzą im przerwany występ. Oczywiste było, że nie było to na rękę arenie, która organizowała ten występ, jednak zdeklarowali się, że oddadzą każdemu pieniądze.
Kapela szanowała swój odbiorców i słuchaczy, pojmowali że gdyby nie oni, nie byliby obecnie w tym miejscu. Bo, prawdę mówiąc, wielu dość popularnym artystom zdarzało się zapominać gdy dostali swoją szansę dzięki komu zyskali popularność. W tym przypadku chłopacy doskonale wiedzieli, że najważniejsi są fani, bo to dla nich tworzyli, to oni byli osobami, którzy przychodzili na ich koncerty i pomimo że mieli też inne źródła, dochodów nie zapominali o osobach dla nich najważniejszych, poza swoimi bliskimi tych dzięki zyskali światowy rozgłos i to zawsze w nich ceniła, że nie zapominali o swoich najwierniejszych fanach. Jak tylko mogli, organizowali spotkanie z osobami, które były w ich oficjalnym fanklubie, ale nigdy nie zapominali o tych spoza.
Sama przez wiele lat ich słuchała i wprost uwielbiała i mimo jej dość prywatnych zażyłości z nimi, nadal uwielbiała to, ceniła ich za podejście do swoich odbiorców. Byli też osobami, którzy nie angażowali się w jakieś dramy. Pracowali ciężko nad kolejnymi swoimi albumami, starając się, nie zapominając, o swoich innych bardziej prywatnych zobowiązaniach. Mogła poznać nieco tych ludzi i musiała przyznać, że faktycznie byli autentyczni. Gdy oglądała jakieś filmiki, z nimi w Internecie postrzegła ich za nieco zwariowanych szalonych chłopaków i w rzeczywistości okazali się równie tacy sami, jednak dojrzalsi gdy ich poznała, jednak to normalne gdy praktycznie blisko było im trzydziestki, a nie byli zwariowanymi dwudziestolatkami. Jednak nadal uwielbiali sobie żartować i się zgrywać i to w nich uwielbiała, bo miała kompanów do żartowania szczególnie z Brad i własnym bratem.
— Tak bardzo tęskniliśmy — zaszczebiotała starsza kobieta do wnuczki.
— Ja za wami też tęskniłam — wyznała dziewczynka.
Patrząc na tę dość uroczą, ale osobistą scenę nie potrafiła pohamować uśmiechu, gdy tylko to widziała. Cieszył ją widok uśmiechniętej Summer, która znalazła się w bezpiecznych rękach swoich dziadków. Pomimo że mogła uznać tę trasę za niezbyt udaną, to nie zamierzała tego robić, bo pomimo wszystko naprawdę lubiła się zajmować małą i obecność jej przynosiła jej tyle radości. Mogła również zobaczyć, to, że zupełnie nie była podobna do swojej matki, co jeszcze bardziej ją uratowała, to była bardzo kochana pełna ciepła i ciekawości dziewczynka.
Jeśli miała, by powiedzieć czy czuła, że zmarnowała ten czas?
Raczej powiedziałaby nie bo pomimo tego obowiązku, który obecnie z niej spadał, spędziła niezapominane chwile na tym wyjeździe jednak były również i te, o których pragnęła po prostu zapomnieć. A jednocześnie martwiła ją dość kiepska sytuacja Mike, który w końcu wyszedł ze szpitala, ale ku jemu nieszczęściu Taylor od tamtego momentu nie opuszczała go na krok. Widziała ich chwile temu gdy razem odchodzili i dało się zauważyć, jak on spogląda po raz ostatni w jej stronę, a jego wyraz twarzy był dość niepokojący.
Nie powinna się tym przejmować to prawda, jednak nie potrafiła. Zbyt dużo wiedziała na temat tego co dzieje się w tym małżeństwie, by o tym tak prędko zapomnieć. Musiała jednak to wyrzucić ze swojej głowy i mieć wiarę, że w końcu Mike zdoła się na tyle opanować i odejść od gnębiącej go wciąż żony. Tego mu naprawdę życzyła. Bo nikt nie zasługiwał na życie w takim małżeństwie.
— Wreszcie możemy panią poznać — rzekł po krótkiej chwili Harold.
Popatrzyła na nich i zobaczyła, jak wyciąga do niej dłoń, którą złapała i delikatnie potrząsnęła gdy się przedstawił.
— Harold Smith, a to moja żona Eliza — wskazał na stojącą przy nim małżonkę.
— Witam państwa, cieszy mnie to, że zdecydowali państwo by zaopiekował się Summer — rzekła.
— Nadal jesteśmy z mężem wstrząśnięci tym, co nam pani powiedziała.
— To jest wręcz niedopuszczalne, co zrobiła — zagrzmiał mężczyzna.
Widziała jak w następnej chwili dziewczynka, oparła głowę na ramieniu dziadka, który momentalnie złagodniał i pogłaskał ją po policzku i pocałował w czubek głowy i zwrócił się do niej:
— Rozmawialiśmy z opieką społeczną oraz złożyliśmy wszelkie dokumenty, do sądu jednak procedura nieco zajmie. Ale zamierzamy pozbawić naszą córkę praw do małej i ją zaadoptować, na razie jesteśmy wpisani jako opiekunowie tymczasowi dla niej.
— Zdaje sobie sprawę, że trwa to bardzo długo, jednak proszę nie pozwolić, by Summy trafiła do rodziny zastępczej a co gorsza do bidula. Wierzę, że pozwolą państwo jej mieć nowy dom. Mike wypowiadał się o państwach bardzo dobrze, tak jak Summer nie chce, by tam trafiła — powiedziała z przejęciem — Naprawdę ją polubiłam i to kochana dziewczynka — dodała, uśmiechając się do niej, czym tym samym odwzajemniła się już przemęczona pięciolatka.
— Zapewnię panią pani Julio, że postaramy się, żeby została z nami. Zajmiemy się nią i damy jej wszystko, co potrzebne. To nasza jedyna wnuczka nie pozwalibyśmy, żeby trafiła do obcych ludzi i tak musiała pani ją mieć pod opieką. Za co serdecznie dziękujemy — rzekł staruszek.
— Naprawdę nie ma o czym mówić. Zrobiłabym to po raz kolejny. Nie pozwoliłabym, żeby była pod opieką Taylor — dodała przez zaciśnięte zęby.
— Zaszła pani za skórę? — zapytała Eliza.
— Owszem, ale nie będę mówiła, co się stało, jest tutaj dziecko i to nie są tematy dla niej — powiedziała — Zanim jednak się z państwem pożegnam, mam do państwa ogromną prośbę.
Widziała, jak momentalnie starsze małżeństwo spogląda zaskoczona po sobie, jednak zwrócili się wkrótce w jej kierunku, a mężczyzna skinął głową na znak, by mówiła:
— Bardzo bym prosiła, by państwo zapewnili małej, opiekę psychologiczną i terapeutyczna. Wiem, że może…
— Nie jesteśmy ludźmi, którzy uważają to za wariactwo — weszła w jej słowa Eliza — Jestem byłym psychologiem i wiem, że takie wydarzenia mają wpływ na psychikę ludzką a dziecięca tym bardziej. Widzę po pani, że jest to dla pani ważne i zapewniam, zapewnię wraz z mężem jej najlepszą opiekę. Pragniemy, by nasza wnuczka wychowywała się szczęśliwa spokojna i bez żadnych zmartwień.
Te słowa znacząco ją uspokoiły, bo oczywiście mogła mieć obawy, bo nie wiedziała, na jakich ludzi trafi i wiedziała, że starsze pokolenie może mieć inne podejście do terapeutów czy psychologów, a fakt, że usłyszała ze babcia Summer sama się tym zajmowała znacząco ją ta myśl uspokajała. Uważała z całego serca, że nic bardziej nie pomaga niż leczenie psychiczne, bo mimo że stroniła od tego gdy poszła i zrozumiała i poczuła, jak wiele jej to dało, będzie zabiegać o to u osób, które będą tego potrzebowały.
— To czas się pożegnać — oznajmiła wkrótce.
— Ciocia już idzie? — odezwała się nagle smutno pięciolatka.
Widziała, jak spogląda wręcz załzawionymi oczami w jej stronę i momentalnie wyciągnęła rączki w jej kierunku. Chwyciła ją z rąk Harolda, który do tej pory ją trzymał, a gdy tylko ją złapała, poczuła, jak się w nią wtula, a jej ciało zaczyna powoli drzeć. Wkrótce usłyszeli jej cichy płacz.
— Nie ma co się smucić promyczku — odezwała się, głaszcząc ją po włoskach.
— Ale mnie zostawiasz — odezwała się zapłakana.
Widziała, jak spogląda na nią, załzawionymi oczami i uśmiechnęła się smutno, ocierając jej łezki i powiedziała:
— Wiesz, teraz będziesz mieszkać z dziadkami.
— Ale będę tęskniła za tobą — mówiąc to, objęła ją za szyje.
— Ja również słoneczko — rzekła, przytulając ją i mimo wszystko poczuła, jak łamie się jej serce.
Może i potrafiła znosić pożegnanie to zobaczenie zapłakanej dziewczynki, którą zajmowała się przez ostatnie tygodnie, było ciężkie. Pokochała na swój sposób ją i również jej przychodziło to z trudem się po raz ostatni pożegnać, jednak mimo wszystko wiedziała, że trafi do znacznie lepszego domu niż bycie z tą okropną matką.
— Nie zapomnisz o mnie? — spytała nagle, gdy popatrzyła na nią swoim szmaragdowym spojrzeniem.
— Nigdy — zdeklarowała się, kręcąc głową — Gdybyś bardzo tęskniła, jeśli twoi dziadkowie się zgodzą, to dziadzio ma do mnie numer, niech zadzwoni, to przyjadę się z tobą pobawić.
Niepodziewanie zobaczyła, jak odwraca się w stronę państwa Smith i spogląda na nich pełnymi nadziei oraz łzami oczkami na nich pytając:
— Będę mogła? — pytała.
Patrzyła, jak wymieniają się spojrzeniami i uśmiechając się i spoglądają w ich stronę.
— Pewnie, że tak — powiedziała Eliza.
Momentalnie rozbrzmiał głośny pisk z ust dziewczynki, która po raz ostatni przytuliła się do niej i powiedziała do niej cicho:
— Kocham cię ciociu, jesteś najlepszą ciocią — powiedziała szeptem.
— Ja ciebie też księżniczko.
Wkrótce jednak Harold wziął małą na ręce, a Eliza chwyciła walizkę małej. Stała tak przez moment i patrzyła jak państwo Smith, odchodzą. Widziała jak Summer opiera główkę na ramieniu dziadka i macha do niej na pożegnanie. Odwzajemniła ten gest i gdy tylko straciła ich, z oczu westchnęła cicho, będąc zupełnie zadowoloną.
Uśmiechnęła się jednak na myśl, że w końcu będzie mogła wrócić do swojego mieszkania i odpocząć. Nagle rozbrzmiał jej telefon, który ówcześnie wcisnęła do jednej z bocznych kieszonek swojej torby sportowej, która służyła jej za bagaż podręczny i go wyjęła. Popatrzyła na ekran, na którym rozświetlało się zdjęcie jej ukochanego męża. Jej uśmiech się znacznie poszerzył, gdy odebrała bez namysłu i przyłożyła telefon do ucha:
— Cześć Señorita — dobiegł ją jego w pełni zadowolony głos.
— Witam Señor Armando — odezwała się, czując jak kącik jej ust, podrywa się do góry — Co cię do mnie sprowadza?
— Chciałbym tylko podpytać, gdzie wrócić do kraju?
To pytanie wzbudziło w niej zainteresowania i ciekawość, bo wydawało się tak naturalne, jednak coś jej mówiło, że kryje się za nim. Chwytając rączkę swojej walizki i ciągnąć ją za sobą, powędrowała w stronę jednego, z wyjść z lotniska.
— Wróciłeś — stwierdziła, nawet nie kwapiąc się, by zapytać.
— Skąd takie przypuszczenia Bella? — pytał.
Miał odczucie, że starał się wymijająco dowiedzieć się o powrocie, bo mógł, by coś przyszykować. Jednak niestety jeśli miał takie plany, musiała mu wszystkie marzenia zburzyć, bo wrócili o dzień wcześniej, niż planowano. Ona z resztą rozstała się już po kontroli, dlatego szła samotnie ciągnąć ogromny bagaż za sobą, trzymając drugą torbę zawieszoną przez jej ramię.
— Kochanie, nie oszukujmy się — odezwała się nagle — Wkopałeś się pierwszym pytaniem — rzuciła — Nie byłeś na tyle bystry, by omijając zapytać o to — stwierdziła z przekonaniem.
Słyszała, jak wzdycha po drugiej stronie głośniej i mogła założyć się, że wręcz wywraca swoim ciemnym spojrzeniem, zanim znowu powiedział:
— Owszem, jestem w kraju, właśnie wylądowałam — przyznał szczerze.
Zatrzymała się momentalnie gdy to usłyszała, bo jeśli teraz jest w kolejce, sprawdzającej paszporty to oznaczało, jedno mogli spotkać się, już teraz co niezwykle ją uradowało.
— Pod którą z hal wylądowaliście? — dociekała.
— Bella? — zaczął powoli — Do czego zmierzasz.
— Po prostu powiedz — ponagliła go.
— Przed pierwszą.
Poderwała spojrzenie na górę, by spojrzeć na halę, w której była i na ironie losu, znajdowała się w niej, w takim razie mogła zaczekać, ale niemal od razu powędrowała w stronę lotów między narodowych i odprawy paszportowej dla Europejczyków mając nadzieje, że go tam znajdzie.
— Nie mogło, być lepiej stwierdziła.
— Do czego zmierzasz? — zagadnął, zapominając, by nie mówić po hiszpańsku a angielsku, w końcu on nie za bardzo rozumiał jej ojczysty język i się wkopała.
— Czekam na ciebie w takim razie przed wejściem — oznajmiła jedynie.
— Kiedy przyleciałaś?
— Pół godziny temu wylądwał nasz samolot, czekam na ciebie — zapewniła go.
Rozłączyła się i stanęła nieco z boku nie przeszkadzać ludziom, jednak z uwagą obserwowała idących z przejścia dla obcokrajowców osoby, wyszukując spojrzeniem swojego męża. Miała nadzieje, że prędko przyjdzie, jednak zdawała sobie, że odprawa paszportowa trwa nieco dłużej. Jako amerykanka nie musiała mieć paszportu w przeciwieństwie do Ricardo, który z tego był. Nie zamierzała jednak się nad tym rozwodzić. Wysunęła rączkę z torby, którą podsunęła przed siebie i oparła się o nie delikatnie.
Dopiero teraz gdy stanęła, poczuła zmęczenie, które ją ogarnęło, jednak miała nadzieje, że w końcu będzie mogła się położyć we własnym łóżku i odpocząć. Zapewne Ricardo również będzie przemęczony tym lotem, bo jednak powrót z Europy był długi. Oni wracali z Niemiec a Ricardo z Hiszpanii to i tak spory kawałek drogi.
W końcu zobaczyła sylwetkę, która wydała się dziwnie znajoma. Skupiła swoje spojrzenie na nim, próbując odgonić poczucie zmęczenia od siebie i wkrótce gdy mężczyzna zaczął się przybliżać, już nie miała takiego problemu z rozpoznaniem go.
Zobaczyła go, jak podąża w jej stronę i gdy tylko ją zobaczył, uśmiechnął się szeroko, pomimo że widziała jego lekko zaspane spojrzenie i ciągnąć ogromną walizkę podążył w jej kierunku.
— Julio — zawołała.
Pobiegła w jego stronę i rzuciła się mu w ramiona. Na moment straciła, kontakt z gruntem czuła jego ramiona, które mocniej zacisnął na jej talii i wkrótce obrócił ją wokół własnej osi, a ona sama nie potrafiła pohamować uśmiechu, który cisnął się na jej usta.
W końcu jednak ostrożnie postawił ją na ziemi, a ona oplotła dłońmi go za szyje i spojrzała w przenikliwe jednak zmęczone spojrzenie i powiedziała:
— Nie oczekiwałam takiego spotkania Señor — rzuciła wesoło.
— Czemu nie mówiłaś, że wrócicie wcześnie? — zapytał, a ona wyczuła delikatną urazę w jego głosie — Miałaś być dopiero jutro.
— To prawda kochanie — przyznała mu racje — Jednak wydarzyła się pewna rzecz, która sprawiła, że wróciliśmy wcześnie — wyjaśniła ogólnikowo.
— Widziałem ostatnio oświadczenie zespołu, że występ odwołują z powodu incydentu, który się wydarzył na scenie, to był ten powód? — zapytał dociekliwe.
— Tak.
— Chodzi o to, że Shinoda stracił przytomność?
Przytaknęła jedynie głową.
— Co właściwie się mu stało? — dopytywał.
Tak naprawdę nadal nie wiedział o tym, że kiedyś była narzeczoną muzyką, jednak miał świadomość, że podróżowali oboje na tej trasie i raczej z tego powodu pytał, bo mogła wiedzieć więcej i tak naprawdę wiedziała tyle, co pozostali. Szczątkowe informacje, bo więcej nie chciał im nikt przekazać, a powód czemu zemdlał na scenie, wolała pozostawić tylko dla siebie, bo nie powiedziała mu prawdy o tym, w jakie bagno na trasie się wplątała, tak oszukiwała go, jednak nie chciała go dodatkowo martwić.
— Trafił do szpitala — powiedziała spokojnie, starając się ukryć swoje przejęcie — Z tego co udało się nam dowiedzieć, bo jego żona za bardzo nie chciała udzielać informacji, to miał wstrząśnienie mózgu. Nie wiem nic więcej skarbie.
Prawdę mówiąc, coś pragnęło z niej wyskoczyć gdy musiała to mówić. Znając przerażającą tajemnicę małżonków, musiała siedzieć cicho i mimo że nie była to jej sprawa to, jednak była zmartwiona stanem Michaela.
— Ale czemu się to wydarzyło? — ciekawiło go to.
— Prawdę mówiąc nie mam pojęcia Ricardo — powiedziała spokojnie — Nie mam z nim zbyt dobrych stosunków, dlatego ci po prostu nie powiem, bo rzadko gadaliśmy — łgała.
Może teraz ich kontakt był praktycznie zerowy, jednak kiedyś mieli zbyt dobre stosunki. Jednak to była przeszłość, która jak sama parafraza wskazuje, wydarzyło się kiedyś, a obecnie miała u swojego boku cudownego męża, którego kochała ponad życie i nie mogła więcej pragnąć tak naprawdę od życia.
— Może był przemęczony — zasugerował.
— Możliwe, bo to nie jest łatwe życie w ciągłej trasie, prawdę mówiąc co dzień albo co dwa dni zmienialiśmy kraj, więc mógł poczuć się zmęczony, jednak byłoby to zaskakujące, bo zapewne wiele miał takich wyjazdów za sobą. A ciebie co tak to ciekawi? — zapytała.
Oboje wręcz ruszyli w stronę wyjścia ciągnąć za sobą walizki, które mieli przy sobie. Wkrótce wyszli na zalany słońcem chodnik, mrużąc oczy gdy tylko światło słoneczne ich oślepiło, a Ricardo stwierdził:
— Z tego co pamiętam, moja siostra lubiła ich słuchać — przyznał — Miała być na koncercie w Mandrycie, ale plany się jej pokrzyżowały i sam przesłuchałem kilku piosnek i przyznam, że są nawet ciekawi, mimo że wolę inne klimaty, to przyznać muszę, że twój braciszek ma potężny głos — odparł.
— Nie da się ukryć, że tak, sama ich przez wiele lat słuchałam i zawsze było to imponujące, jak potrafił śpiewać. Jednak ja zdecydowanie zawsze wolałam wokal Mike, nie będę cię okłamywać, po prostu bardziej przypadł mi do gustu i nie umiłuje mojemu bratu, ale po prostu każdy ma swojego faworyta w tym, przypadku ja mam Shinodą, jednak za bardzo się nie znamy — skłamała — Tyle ile go widzę na jakiś spotkaniach.
— Byłem ciekaw, jaką oni muzykę grają i kilka piosenek mi się spodobało — rzekł — I chyba myślałem o naszej sytuacji i nie wiem, jak uważasz, ale chciałbym już powiedzieć prawdę o ślubie?
— Szczerze ja nawet o tym nie rozmyślałam, jednak jeśli uważasz, że to odpowiedni moment to dobrze, jednak na razie jedyne, o czym marzę to, by wrócić do domu i się przespać.
— W tym przypadku czytasz mi w myślach Bella — rzucił, obejmując ją ramieniem — Marzę, by w końcu położyć się razem z tobą.
Nie spodziewali się jednak, co się wydarzy w przeciągu kilku godzin.