Tuesday, December 31, 2024

IV 31 (P.2) — ZAZNAŁA SPOKOJU

    — Babcia! — wykrzyknęła wprost uradowana Summy.
    Momentalnie poczuła, jak trzymająca się do tej pory kurczowo jej dłoni Summer wręcz przyśpieszyła kroku gdy tylko zobaczyła w oddali, swoich dziadków, za którymi tak bardzo się stęsknili. Ona sama zobaczą wkrótce starszych państwo. Mężczyzna już z nieco posiwiałymi włosami, przykucną gdy tylko mała księżniczka w końcu puściła jej rękę i pognała w stronę staruszka, a przy jej boku stała kobieta, pomimo że miała brązowe włosy, które upięła w ciasny kok, mogła domyślić się, że były one farbowany.
    Czas nadszarpnął już na ich wyglądzie, już delikatnie pomarszczona cera, sprawiały, że nie wyglądali już na tak młodych. Patrzyła, jak jej ukochane słoneczko wpada w ramiona dziadka, który objął ją swoimi ramionami i przytulił, po czym chwycił ją na ręce. Starsza kobieta nachyliła się do niej i pocałowała dziewczynkę, która uśmiechnęła się radośnie i objęła za szyje kobietę.
    Ona w końcu doszła do nich, ciągnąć za sobą dwie dość duże walizki a przez ramię zwisała jej torba podróżna. Była wprost obładowana, jednak nie zamierzała narzekała. Nie zamierzała jednak przeczyć, że kilkugodzinna podróż z małą ruchliwą pięciolatką ją nie wycieńczyła i nie czuła się zmęczona, to by zwyczajnie skłamała. Tak jak dla niej także i dla Summer ta dość długa wycieczka była na swój sposób wycieńczająca.
    Mimo że dzieci były z natury bardzo ciekawskie i lubiły poznawać nowe rzeczy i także również ona była zainteresowana otaczającym ją światem, to jednak nie da się ukryć, że ciągła podróż po kilku krajach europejskich na przestrzeni kilku tygodni potrafiła wykończyć dorosłego człowieka a co dopiero dziecko.
    Musiała jednak przyznać, żemała Smith zniosła tę podróż bardzo dobrze, mimo że zdarzyło się jej z dwa lub trzy razy zapytać kiedy wrócą do domu, to była niezwykle dzielna jak na tak młodą osóbkę w tak wykańczającej trasie. Była pełna podziwu dla niej, że wytrzymała i nie była aż tak marudnym dzieckiem.
    Trasa i tak zakończyła się dosyć przedwcześnie.
    Zespół nie był w stanie dokończyć ostatniego występu, na którym rozegrała się ta przerażająca chwila gdy Mike poleciał na deski. Stracił kontakt z rzeczywistością i trafił w dość poważnym stanie do szpitala, w którym okazało się, że ma wstrząśnienie mózgu. Lekarze zadbali o niego i po dwóch dniach mężczyzna w końcu się przebudził gdy zrozumiał, w jakiej sytuacji chciał zrobić jedną z najgłupszych rzeczy i wypisać się na żądanie, na co medycy nie chcieli się zgodzić, bo pragnęli przytrzymać go na obserwacji, jednak on zlękniony tym, że zawiódł swoich fanów, chciał po prostu wyjść z tych szpitalnych murów.
    Ostatecznie zespół na swoich portalach społecznościowych wystosował specjalny komunikat do fanów, który byli na tym koncercie. Przeprosili po raz kolejny za utrudnienia i w ramach rekompensaty, kazali organizatorom zwrócić pieniądze za bilety. Pragnęli być uczciwy, skoro występ się nie odbył, a oni nie jednokrotnie wydali wiele pieniędzy oraz przejechali z daleka na występ, chociaż w taki sposób wynagrodzą im przerwany występ. Oczywiste było, że nie było to na rękę arenie, która organizowała ten występ, jednak zdeklarowali się, że oddadzą każdemu pieniądze.
    Kapela szanowała swój odbiorców i słuchaczy, pojmowali że gdyby nie oni, nie byliby obecnie w tym miejscu. Bo, prawdę mówiąc, wielu dość popularnym artystom zdarzało się zapominać gdy dostali swoją szansę dzięki komu zyskali popularność. W tym przypadku chłopacy doskonale wiedzieli, że najważniejsi są fani, bo to dla nich tworzyli, to oni byli osobami, którzy przychodzili na ich koncerty i pomimo że mieli też inne źródła, dochodów nie zapominali o osobach dla nich najważniejszych, poza swoimi bliskimi tych dzięki zyskali światowy rozgłos i to zawsze w nich ceniła, że nie zapominali o swoich najwierniejszych fanach. Jak tylko mogli, organizowali spotkanie z osobami, które były w ich oficjalnym fanklubie, ale nigdy nie zapominali o tych spoza.
    Sama przez wiele lat ich słuchała i wprost uwielbiała i mimo jej dość prywatnych zażyłości z nimi, nadal uwielbiała to, ceniła ich za podejście do swoich odbiorców. Byli też osobami, którzy nie angażowali się w jakieś dramy. Pracowali ciężko nad kolejnymi swoimi albumami, starając się, nie zapominając, o swoich innych bardziej prywatnych zobowiązaniach. Mogła poznać nieco tych ludzi i musiała przyznać, że faktycznie byli autentyczni. Gdy oglądała jakieś filmiki, z nimi w Internecie postrzegła ich za nieco zwariowanych szalonych chłopaków i w rzeczywistości okazali się równie tacy sami, jednak dojrzalsi gdy ich poznała, jednak to normalne gdy praktycznie blisko było im trzydziestki, a nie byli zwariowanymi dwudziestolatkami. Jednak nadal uwielbiali sobie żartować i się zgrywać i to w nich uwielbiała, bo miała kompanów do żartowania szczególnie z Brad i własnym bratem.
    — Tak bardzo tęskniliśmy — zaszczebiotała starsza kobieta do wnuczki.
    — Ja za wami też tęskniłam — wyznała dziewczynka.
    Patrząc na tę dość uroczą, ale osobistą scenę nie potrafiła pohamować uśmiechu, gdy tylko to widziała. Cieszył ją widok uśmiechniętej Summer, która znalazła się w bezpiecznych rękach swoich dziadków. Pomimo że mogła uznać tę trasę za niezbyt udaną, to nie zamierzała tego robić, bo pomimo wszystko naprawdę lubiła się zajmować małą i obecność jej przynosiła jej tyle radości. Mogła również zobaczyć, to, że zupełnie nie była podobna do swojej matki, co jeszcze bardziej ją uratowała, to była bardzo kochana pełna ciepła i ciekawości dziewczynka.
    Jeśli miała, by powiedzieć czy czuła, że zmarnowała ten czas?
    Raczej powiedziałaby nie bo pomimo tego obowiązku, który obecnie z niej spadał, spędziła niezapominane chwile na tym wyjeździe jednak były również i te, o których pragnęła po prostu zapomnieć. A jednocześnie martwiła ją dość kiepska sytuacja Mike, który w końcu wyszedł ze szpitala, ale ku jemu nieszczęściu Taylor od tamtego momentu nie opuszczała go na krok. Widziała ich chwile temu gdy razem odchodzili i dało się zauważyć, jak on spogląda po raz ostatni w jej stronę, a jego wyraz twarzy był dość niepokojący.
    Nie powinna się tym przejmować to prawda, jednak nie potrafiła. Zbyt dużo wiedziała na temat tego co dzieje się w tym małżeństwie, by o tym tak prędko zapomnieć. Musiała jednak to wyrzucić ze swojej głowy i mieć wiarę, że w końcu Mike zdoła się na tyle opanować i odejść od gnębiącej go wciąż żony. Tego mu naprawdę życzyła. Bo nikt nie zasługiwał na życie w takim małżeństwie.
    — Wreszcie możemy panią poznać — rzekł po krótkiej chwili Harold.
    Popatrzyła na nich i zobaczyła, jak wyciąga do niej dłoń, którą złapała i delikatnie potrząsnęła gdy się przedstawił.
    — Harold Smith, a to moja żona Eliza — wskazał na stojącą przy nim małżonkę.
    — Witam państwa, cieszy mnie to, że zdecydowali państwo by zaopiekował się Summer — rzekła.
    — Nadal jesteśmy z mężem wstrząśnięci tym, co nam pani powiedziała.
    — To jest wręcz niedopuszczalne, co zrobiła — zagrzmiał mężczyzna.
    Widziała jak w następnej chwili dziewczynka, oparła głowę na ramieniu dziadka, który momentalnie złagodniał i pogłaskał ją po policzku i pocałował w czubek głowy i zwrócił się do niej:
    — Rozmawialiśmy z opieką społeczną oraz złożyliśmy wszelkie dokumenty, do sądu jednak procedura nieco zajmie. Ale zamierzamy pozbawić naszą córkę praw do małej i ją zaadoptować, na razie jesteśmy wpisani jako opiekunowie tymczasowi dla niej.
    — Zdaje sobie sprawę, że trwa to bardzo długo, jednak proszę nie pozwolić, by Summy trafiła do rodziny zastępczej a co gorsza do bidula. Wierzę, że pozwolą państwo jej mieć nowy dom. Mike wypowiadał się o państwach bardzo dobrze, tak jak Summer nie chce, by tam trafiła — powiedziała z przejęciem — Naprawdę ją polubiłam i to kochana dziewczynka — dodała, uśmiechając się do niej, czym tym samym odwzajemniła się już przemęczona pięciolatka.
    — Zapewnię panią pani Julio, że postaramy się, żeby została z nami. Zajmiemy się nią i damy jej wszystko, co potrzebne. To nasza jedyna wnuczka nie pozwalibyśmy, żeby trafiła do obcych ludzi i tak musiała pani ją mieć pod opieką. Za co serdecznie dziękujemy — rzekł staruszek.
    — Naprawdę nie ma o czym mówić. Zrobiłabym to po raz kolejny. Nie pozwoliłabym, żeby była pod opieką Taylor — dodała przez zaciśnięte zęby.
    — Zaszła pani za skórę? — zapytała Eliza.
    — Owszem, ale nie będę mówiła, co się stało, jest tutaj dziecko i to nie są tematy dla niej — powiedziała — Zanim jednak się z państwem pożegnam, mam do państwa ogromną prośbę.
    Widziała, jak momentalnie starsze małżeństwo spogląda zaskoczona po sobie, jednak zwrócili się wkrótce w jej kierunku, a mężczyzna skinął głową na znak, by mówiła:
    — Bardzo bym prosiła, by państwo zapewnili małej, opiekę psychologiczną i terapeutyczna. Wiem, że może…
    — Nie jesteśmy ludźmi, którzy uważają to za wariactwo — weszła w jej słowa Eliza — Jestem byłym psychologiem i wiem, że takie wydarzenia mają wpływ na psychikę ludzką a dziecięca tym bardziej. Widzę po pani, że jest to dla pani ważne i zapewniam, zapewnię wraz z mężem jej najlepszą opiekę. Pragniemy, by nasza wnuczka wychowywała się szczęśliwa spokojna i bez żadnych zmartwień.
    Te słowa znacząco ją uspokoiły, bo oczywiście mogła mieć obawy, bo nie wiedziała, na jakich ludzi trafi i wiedziała, że starsze pokolenie może mieć inne podejście do terapeutów czy psychologów, a fakt, że usłyszała ze babcia Summer sama się tym zajmowała znacząco ją ta myśl uspokajała. Uważała z całego serca, że nic bardziej nie pomaga niż leczenie psychiczne, bo mimo że stroniła od tego gdy poszła i zrozumiała i poczuła, jak wiele jej to dało, będzie zabiegać o to u osób, które będą tego potrzebowały.
    — To czas się pożegnać — oznajmiła wkrótce.
    — Ciocia już idzie? — odezwała się nagle smutno pięciolatka.
    Widziała, jak spogląda wręcz załzawionymi oczami w jej stronę i momentalnie wyciągnęła rączki w jej kierunku. Chwyciła ją z rąk Harolda, który do tej pory ją trzymał, a gdy tylko ją złapała, poczuła, jak się w nią wtula, a jej ciało zaczyna powoli drzeć. Wkrótce usłyszeli jej cichy płacz.
    — Nie ma co się smucić promyczku — odezwała się, głaszcząc ją po włoskach.
    — Ale mnie zostawiasz — odezwała się zapłakana.
    Widziała, jak spogląda na nią, załzawionymi oczami i uśmiechnęła się smutno, ocierając jej łezki i powiedziała:
    — Wiesz, teraz będziesz mieszkać z dziadkami.
    — Ale będę tęskniła za tobą — mówiąc to, objęła ją za szyje.
    — Ja również słoneczko — rzekła, przytulając ją i mimo wszystko poczuła, jak łamie się jej serce.
    Może i potrafiła znosić pożegnanie to zobaczenie zapłakanej dziewczynki, którą zajmowała się przez ostatnie tygodnie, było ciężkie. Pokochała na swój sposób ją i również jej przychodziło to z trudem się po raz ostatni pożegnać, jednak mimo wszystko wiedziała, że trafi do znacznie lepszego domu niż bycie z tą okropną matką.
    — Nie zapomnisz o mnie? — spytała nagle, gdy popatrzyła na nią swoim szmaragdowym spojrzeniem.
    — Nigdy — zdeklarowała się, kręcąc głową — Gdybyś bardzo tęskniła, jeśli twoi dziadkowie się zgodzą, to dziadzio ma do mnie numer, niech zadzwoni, to przyjadę się z tobą pobawić.
    Niepodziewanie zobaczyła, jak odwraca się w stronę państwa Smith i spogląda na nich pełnymi nadziei oraz łzami oczkami na nich pytając:
    — Będę mogła? — pytała.
    Patrzyła, jak wymieniają się spojrzeniami i uśmiechając się i spoglądają w ich stronę.
    — Pewnie, że tak — powiedziała Eliza.
    Momentalnie rozbrzmiał głośny pisk z ust dziewczynki, która po raz ostatni przytuliła się do niej i powiedziała do niej cicho:
    — Kocham cię ciociu, jesteś najlepszą ciocią — powiedziała szeptem.
    — Ja ciebie też księżniczko.
    Wkrótce jednak Harold wziął małą na ręce, a Eliza chwyciła walizkę małej. Stała tak przez moment i patrzyła jak państwo Smith, odchodzą. Widziała jak Summer opiera główkę na ramieniu dziadka i macha do niej na pożegnanie. Odwzajemniła ten gest i gdy tylko straciła ich, z oczu westchnęła cicho, będąc zupełnie zadowoloną.
    Uśmiechnęła się jednak na myśl, że w końcu będzie mogła wrócić do swojego mieszkania i odpocząć. Nagle rozbrzmiał jej telefon, który ówcześnie wcisnęła do jednej z bocznych kieszonek swojej torby sportowej, która służyła jej za bagaż podręczny i go wyjęła. Popatrzyła na ekran, na którym rozświetlało się zdjęcie jej ukochanego męża. Jej uśmiech się znacznie poszerzył, gdy odebrała bez namysłu i przyłożyła telefon do ucha:
    — Cześć Señorita — dobiegł ją jego w pełni zadowolony głos.
    — Witam Señor Armando — odezwała się, czując jak kącik jej ust, podrywa się do góry — Co cię do mnie sprowadza?
    — Chciałbym tylko podpytać, gdzie wrócić do kraju?
    To pytanie wzbudziło w niej zainteresowania i ciekawość, bo wydawało się tak naturalne, jednak coś jej mówiło, że kryje się za nim. Chwytając rączkę swojej walizki i ciągnąć ją za sobą, powędrowała w stronę jednego, z wyjść z lotniska.
    — Wróciłeś — stwierdziła, nawet nie kwapiąc się, by zapytać.
    — Skąd takie przypuszczenia Bella? — pytał.
    Miał odczucie, że starał się wymijająco dowiedzieć się o powrocie, bo mógł, by coś przyszykować. Jednak niestety jeśli miał takie plany, musiała mu wszystkie marzenia zburzyć, bo wrócili o dzień wcześniej, niż planowano. Ona z resztą rozstała się już po kontroli, dlatego szła samotnie ciągnąć ogromny bagaż za sobą, trzymając drugą torbę zawieszoną przez jej ramię.
    — Kochanie, nie oszukujmy się — odezwała się nagle — Wkopałeś się pierwszym pytaniem — rzuciła — Nie byłeś na tyle bystry, by omijając zapytać o to — stwierdziła z przekonaniem.
    Słyszała, jak wzdycha po drugiej stronie głośniej i mogła założyć się, że wręcz wywraca swoim ciemnym spojrzeniem, zanim znowu powiedział:
    — Owszem, jestem w kraju, właśnie wylądowałam — przyznał szczerze.
    Zatrzymała się momentalnie gdy to usłyszała, bo jeśli teraz jest w kolejce, sprawdzającej paszporty to oznaczało, jedno mogli spotkać się, już teraz co niezwykle ją uradowało.
    — Pod którą z hal wylądowaliście? — dociekała.
    — Bella? — zaczął powoli — Do czego zmierzasz.
    — Po prostu powiedz — ponagliła go.
    — Przed pierwszą.
    Poderwała spojrzenie na górę, by spojrzeć na halę, w której była i na ironie losu, znajdowała się w niej, w takim razie mogła zaczekać, ale niemal od razu powędrowała w stronę lotów między narodowych i odprawy paszportowej dla Europejczyków mając nadzieje, że go tam znajdzie.
    — Nie mogło, być lepiej stwierdziła.
    — Do czego zmierzasz? — zagadnął, zapominając, by nie mówić po hiszpańsku a angielsku, w końcu on nie za bardzo rozumiał jej ojczysty język i się wkopała.
    — Czekam na ciebie w takim razie przed wejściem — oznajmiła jedynie.
    — Kiedy przyleciałaś?    
    — Pół godziny temu wylądwał nasz samolot, czekam na ciebie — zapewniła go.
    Rozłączyła się i stanęła nieco z boku nie przeszkadzać ludziom, jednak z uwagą obserwowała idących z przejścia dla obcokrajowców osoby, wyszukując spojrzeniem swojego męża. Miała nadzieje, że prędko przyjdzie, jednak zdawała sobie, że odprawa paszportowa trwa nieco dłużej. Jako amerykanka nie musiała mieć paszportu w przeciwieństwie do Ricardo, który z tego był. Nie zamierzała jednak się nad tym rozwodzić. Wysunęła rączkę z torby, którą podsunęła przed siebie i oparła się o nie delikatnie.
    Dopiero teraz gdy stanęła, poczuła zmęczenie, które ją ogarnęło, jednak miała nadzieje, że w końcu będzie mogła się położyć we własnym łóżku i odpocząć. Zapewne Ricardo również będzie przemęczony tym lotem, bo jednak powrót z Europy był długi. Oni wracali z Niemiec a Ricardo z Hiszpanii to i tak spory kawałek drogi.
    W końcu zobaczyła sylwetkę, która wydała się dziwnie znajoma. Skupiła swoje spojrzenie na nim, próbując odgonić poczucie zmęczenia od siebie i wkrótce gdy mężczyzna zaczął się przybliżać, już nie miała takiego problemu z rozpoznaniem go.
    Zobaczyła go, jak podąża w jej stronę i gdy tylko ją zobaczył, uśmiechnął się szeroko, pomimo że widziała jego lekko zaspane spojrzenie i ciągnąć ogromną walizkę podążył w jej kierunku.
    — Julio — zawołała.
    Pobiegła w jego stronę i rzuciła się mu w ramiona. Na moment straciła, kontakt z gruntem czuła jego ramiona, które mocniej zacisnął na jej talii i wkrótce obrócił ją wokół własnej osi, a ona sama nie potrafiła pohamować uśmiechu, który cisnął się na jej usta.
    W końcu jednak ostrożnie postawił ją na ziemi, a ona oplotła dłońmi go za szyje i spojrzała w przenikliwe jednak zmęczone spojrzenie i powiedziała:
    — Nie oczekiwałam takiego spotkania Señor — rzuciła wesoło.
    — Czemu nie mówiłaś, że wrócicie wcześnie? — zapytał, a ona wyczuła delikatną urazę w jego głosie — Miałaś być dopiero jutro.
    — To prawda kochanie — przyznała mu racje — Jednak wydarzyła się pewna rzecz, która sprawiła, że wróciliśmy wcześnie — wyjaśniła ogólnikowo.
    — Widziałem ostatnio oświadczenie zespołu, że występ odwołują z powodu incydentu, który się wydarzył na scenie, to był ten powód? — zapytał dociekliwe.
    — Tak.
    — Chodzi o to, że Shinoda stracił przytomność?
    Przytaknęła jedynie głową.
    — Co właściwie się mu stało? — dopytywał.
    Tak naprawdę nadal nie wiedział o tym, że kiedyś była narzeczoną muzyką, jednak miał świadomość, że podróżowali oboje na tej trasie i raczej z tego powodu pytał, bo mogła wiedzieć więcej i tak naprawdę wiedziała tyle, co pozostali. Szczątkowe informacje, bo więcej nie chciał im nikt przekazać, a powód czemu zemdlał na scenie, wolała pozostawić tylko dla siebie, bo nie powiedziała mu prawdy o tym, w jakie bagno na trasie się wplątała, tak oszukiwała go, jednak nie chciała go dodatkowo martwić.
    — Trafił do szpitala — powiedziała spokojnie, starając się ukryć swoje przejęcie — Z tego co udało się nam dowiedzieć, bo jego żona za bardzo nie chciała udzielać informacji, to miał wstrząśnienie mózgu. Nie wiem nic więcej skarbie.
    Prawdę mówiąc, coś pragnęło z niej wyskoczyć gdy musiała to mówić. Znając przerażającą tajemnicę małżonków, musiała siedzieć cicho i mimo że nie była to jej sprawa to, jednak była zmartwiona stanem Michaela.
    — Ale czemu się to wydarzyło? — ciekawiło go to.
    — Prawdę mówiąc nie mam pojęcia Ricardo — powiedziała spokojnie — Nie mam z nim zbyt dobrych stosunków, dlatego ci po prostu nie powiem, bo rzadko gadaliśmy — łgała.
    Może teraz ich kontakt był praktycznie zerowy, jednak kiedyś mieli zbyt dobre stosunki. Jednak to była przeszłość, która jak sama parafraza wskazuje, wydarzyło się kiedyś, a obecnie miała u swojego boku cudownego męża, którego kochała ponad życie i nie mogła więcej pragnąć tak naprawdę od życia.
    — Może był przemęczony — zasugerował.
    — Możliwe, bo to nie jest łatwe życie w ciągłej trasie, prawdę mówiąc co dzień albo co dwa dni zmienialiśmy kraj, więc mógł poczuć się zmęczony, jednak byłoby to zaskakujące, bo zapewne wiele miał takich wyjazdów za sobą. A ciebie co tak to ciekawi? — zapytała.
    Oboje wręcz ruszyli w stronę wyjścia ciągnąć za sobą walizki, które mieli przy sobie. Wkrótce wyszli na zalany słońcem chodnik, mrużąc oczy gdy tylko światło słoneczne ich oślepiło, a Ricardo stwierdził:
    — Z tego co pamiętam, moja siostra lubiła ich słuchać — przyznał — Miała być na koncercie w Mandrycie, ale plany się jej pokrzyżowały i sam przesłuchałem kilku piosnek i przyznam, że są nawet ciekawi, mimo że wolę inne klimaty, to przyznać muszę, że twój braciszek ma potężny głos — odparł.
    — Nie da się ukryć, że tak, sama ich przez wiele lat słuchałam i zawsze było to imponujące, jak potrafił śpiewać. Jednak ja zdecydowanie zawsze wolałam wokal Mike, nie będę cię okłamywać, po prostu bardziej przypadł mi do gustu i nie umiłuje mojemu bratu, ale po prostu każdy ma swojego faworyta w tym, przypadku ja mam Shinodą, jednak za bardzo się nie znamy — skłamała — Tyle ile go widzę na jakiś spotkaniach.
    — Byłem ciekaw, jaką oni muzykę grają i kilka piosenek mi się spodobało — rzekł — I chyba myślałem o naszej sytuacji i nie wiem, jak uważasz, ale chciałbym już powiedzieć prawdę o ślubie?
    — Szczerze ja nawet o tym nie rozmyślałam, jednak jeśli uważasz, że to odpowiedni moment to dobrze, jednak na razie jedyne, o czym marzę to, by wrócić do domu i się przespać.
    — W tym przypadku czytasz mi w myślach Bella — rzucił, obejmując ją ramieniem — Marzę, by w końcu położyć się razem z tobą.
    Nie spodziewali się jednak, co się wydarzy w przeciągu kilku godzin.    

Monday, December 30, 2024

IV 30 (P.2) — CHWILA PRZEJMUJĄCEGO STRACHU

    Niespodziewanie rozniósł się głośny huk, to działo się tak prędko, że nikt nie był w stanie zareagować. Moment, który można było przeoczyć jednak wydarzenia, które rozegrały się na przestrzeni kilku sekund, wstrząsnęły najbliższej stojącymi osobami, stojący na przedzie sceny dwoje mężczyzn, którzy nie spostrzegli tego momentu, będąc zupełnie odwróconym plecami w stronę najbliższego przyjaciela, nie dostrzegli jego upadku. Dobiegł do ich uszu jedynie odgłos porównywany z tym jak coś upadnie jednak nie brali pod uwagę, że ich kolega z kapeli stracił przytomność na oczach tysięcy fanów zgromadzonych na stadionie.
    Po dość krótkiej chwili rozdarły się krzyki przerażanie, a kilka osób w pierwszych rzędach często kobiety zakryły swoją twarz dłoni, spoglądając z nieukrywanym strachem na dalszą część estrady, to dopiero skłoniło przodującego piosenkarza do zrozumienia sytuacji i rozejrzenia się za źródłem hałasu.
    Początkowo sądził, że wydarzyło się to w tłumie ich fanów, bo bywały sytuacje gdzie ludzie słabli na stadionie z powodu braku wody, której zdarzało się organizatorzy nie podawać tłumom ludzi, którzy kilka godzin czekali na występ nie jednokrotnie w upalnym słońcu, co wydawało się wręcz skandaliczne. Zrozumiał jednak prędko, że to nie tam się rozgrywa tragedia gdy bicie w perkusje zanikło podobnie, a za nią ustąpiły dźwięki gitar czy DJ przestał grać.
    Odwrócił się momentalnie i zobaczył widok, który nim wręcz wstrząsnął i przeraził jednocześnie. Spoglądał, jak na podwyższeniu leży nieprzytomny Michael, do którego wręcz dwoma susami doskoczył Dave, którzy zrzucił z siebie bas i podbiegł pośpiesznie do niego. To trwało dosłownie parę sekund gdy odłożył mikrofon i podbiegł do nich gdzie, gromadzili się pozostali chłopacy z kapeli pragnąć, dowiedzieć co się dzieje.
    — Każcie im zawołać ratowników — nakazał gitarzysta, gdy David sprawdzał puls kolegi.
    Nikt nie wiedział co się tak naprawdę dzieje. Nigdy nie zdarzyło się jemu, żeby tak nagle stracił kontakt z rzeczywistością. To nie działo się praktycznie w ogóle, dlatego pytania zaczęły się mnożyć, a oni nie mogli poznać na nie odpowiedzi.
    — Mówiłem im — rzucił Rob, który pojawił się tuż obok nich.
    Jedna z be zmyślniejszych decyzji byłoby zdjęcie go ze sceny teraz, bez konsultacji z ratownikami, którzy jak zawsze czekali pod stadionem w razie gdyby coś się wydarzyło w tłumie ludzi, raczej mało prawdopodobnie było, że wydarzy się to z którymś z członków kapeli.
    — Proszę się odsunąć! — rozbrzmiał nagle łamanym angielskim głos, jednego z ratowników.
    Na scenę wbiegło dwóch sanitariuszy, którzy trzymając deskę oraz torbę ze sprzętem medycznym. Od razu zajęli się podłączeniem do tlenu nieprzytomnego muzyka, jednak co wręcz przeraziło, to krew, która nagle popłynęła z jego głowy, gdy jeden z mężczyzn w medycznym kombinezonie, zaczął powoli zakładać kołnierz ortopedyczny wokół jego szyi.
    — Co się stało? — zapytał jeden z nich, spoglądając na każdych obecnych i bardzo przejętych członków kapeli.
    — Nie wiemy — odezwał się główny gitarzysta kapeli, z bezradności rozkładając ramiona — Tak naprawdę nagle upadł, nie możemy wyjaśnić co się wcześniej działo — wyjaśnił.
    — Zabieramy go do pobliskiego szpitala — wyjaśnił gdy wraz z kolegą ułożył wciąż nieprzytomnego muzyka na noszach.
    W pośpiechu wynieśli go tuż za kulis, a wkrótce w słuchawkach każdego z członków rozbrzmiał głos głównego technika.
    — Kończcie występ, nie zrobicie nic bez niego — oznajmił.
    Wszyscy w pięcioro spojrzeli po sobie i to była całkowita prawda, nie zdołaliby sobie poradzić bez Mike, był on zbyt znaczącą osobą, której nie mogliby zastąpić. Dobrze jako gitarzystę czy pianistę mógłby go zastąpić jego osobisty technik, jednak Chester nie byłby w stanie pociągnąć wszelkich partii wokalnych.
    Wymienili się porozumiewawczymi spojrzeniami, a Bennington, zszedł z podwyższenia i podszedł do miejsca, gdzie ówcześnie porzucił swój mikrofon i chwycił go ze sceny, gdzie go wcześniej porzucił i oznajmił:
    — Muszę serdecznie was przeprosić oraz oznajmić, że musimy przełożyć występ. Sami byliście świadkami sytuacji, której nikt z nas się nie spodziewał. Serdecznie pragnę was przeprosić w imieniu swoim oraz reszty zespołu. O wznowieniu koncertu lub jego ewentualnym przełożeniu będziemy was informować na bieżąco na naszych social mediach, na chwilę obecną musimy zakończyć koncert — mówił do tłumu.
    Stojąc tam za sceną i obserwując, jak wynoszą Michaela z estrady, spojrzała na niego z nieukrywanym przejęciem oraz przerażeniem. Prosiła go, by zrezygnował z występu, jednak był zbyt dumny i uparty, by się na to zgodzić, widok jego wynoszonego przez ratowników zwyczajnie ją przeraził, a w głowie zaczęły pojawiać się bardzo niepokojące myśli i obawy. Prawdę mówiąc, tylko ona znała prawdę, ona oraz jego żona, która doprowadziła do tej sytuacji, nikt tak naprawdę nie wiedział, co się działo, a ona była jedyną osobą, która mogła cokolwiek powiedzieć. Sumienie jej podpowiadało, by ich zatrzymać i powiedzieć, co się działo przed występem z drugiej czuła, że może to się obojga Shinodów nie spodobać. Taylor, że w ogóle to widziała, Mike, że zdradziła prawdę, jednak tutaj już nie chodziło o tajemnice a o własne życie.
    Prędko pomknęła za znikającymi ratownikami.
    Wiedziała, że może pożałować tego ze to powie, jednak nie zamierzała mieć Michaela na sumieniu i pragnęła. by mu pomogli, wiedząc, co się stało. Biegła tak szybko jak tylko mogła dopiero przed stadionem. zawołała.
    — Przepraszam — krzyknęła do jednego z medyków.
    Z początku zdawał się nawet nie zwrócić na niego uwagi. Jednak prędko podbiegła wiedząc, że to jej ostatnia szansa wręcz przyśpieszyła i krzyknęła ponownie:
    — Przepraszam, muszę coś powiedzieć! — zawołała.
    Widziała jak jeden z mężczyzn dopiero teraz odwraca się w jej kierunku gdy wsunął wraz z kolegą noszą do środka i popatrzył a jej kierunku i odezwał się dość nieprzyjemnym tonem:
    — Nie możemy długo czekać, musimy zabrać pacjenta do szpitala…
    — Wiem, co może mu być — wydusiła w końcu, opierając dłonie na kolanach.
— Mów dziewczyno — ponaglił ją — Tu liczy się każda sekunda! — zbeształ ją za ociąganie.
    — Ma na imię Mike i pół godziny został uderzony i okaleczony. Na prawym boku ma ranę, która jest zakryta. Rana kłuta nożem, plus uderzył głową o ścianę, przy mnie miał zawroty głowy.
    — Czy jest coś jeszcze? Wyemitował?
    — Nie, ale był temu bliski — powiedziała, kręcąc głową — O niczym więcej nie wiem — dodała, nieco kłamiąc, jednak nie było to tak istotne dla sprawy.
    — Dziękuje, zajmiemy się pani przyjacielem — powiedział, wchodząc do karetki.
    Po chwili zatrzasnął za sobą drzwi, a wkrótce odjechali na sygnale tuż sprzed stadionu. Nie zamierzała mieć absolutnie żadnych wyrzutów sumienia odnośnie tego, że po części zdradziła, co się wydarzyło. Liczyła się z wściekłością ze strony Michaela jak i jego żony, jednak nie zamierzała milczeć w tak poważnej sprawie. To już nie były siniaki, które mogła zatuszować makijażem, a omdlenie na oczach części kapeli oraz tysięcy fanów, którzy widzieli, moment jak jeden z muzyków upada nieprzytomny przed keyboard to, mogło wstrząsnąć wieloma osobami w tym również ją. Wiedziała ze nie ma już na niego żadnego wpływu, nic takiego, jakiego go miała gdy z nim była, jednak myślała, że posłucha zdrowego rozsądku oraz także jej i zrezygnuje z występu zwłaszcza po dość silnym uderzeniu się w głowie, a raczej małej pomocy jego żony, która posłała go na ścianę.
    Nic ją bardziej nie wstrząsnęło niż to, miała ochotę ją dorwać i wyrwać jej wszystkie włosy, jakie tylko miała z głowy.
    Gardziła nią tak bardzo, za to, że śmiała okaleczać nie tylko własną córkę, ale męża. Jakim prawem pozwala sobie na to, by podnosić na nich rękę. Kto jej dał to cholerne prawo, kto w ogóle ośmiela się to robić, powinien mieć ręce ucięte, takie miała zdanie. Przemoc jest straszna i doprowadzająca nie jednokrotnie ofiary do wieloletnich traum, z którymi muszą żyć, to ich oprawców nie ma żadnego znaczenie.
    To istna patologia!
    W jednej chwili miała ochotę znaleźć ją i dorwać w swoje łapska.
    Stojąc jednak przed stadionem w miejscu, gdzie przed chwilą zniknęła karetka z Shinodą, coś nagle przykuło jej uwagę. Niespodziewanie zobaczyła sylwetkę kobiecą, która wyszła z miejsca, gdzie przed kilkoma minutami widziała rozgrywającą się na jej oczach tragedie. Popatrzyła w tamtym kierunku i przyjrzała się bliżej i zobaczyła w następnej chwili dość znajomą posturę kobiety, którą pragnęła dorwać.
    — Taylor! — wrzasnęła wściekle.
    Szybkim krokiem pognała w jej kierunku, widziała, jak przez chwile ona odwraca się w jej stronę i wręcz ignoruje na jej oczach, odchodząc z zupełnie innym kierunku, ale ona była zbyt zdeterminowana, by odpuścić. Ruszyła biegiem za oddalającą się w pośpiechu kobieta.
    — Stój ty suko! — wydarła się na nią.
    Nie zamierzała jej tak po prostu pozwolić odejść. Podbiegła za nią gdy widziała, jak za nią biegnie, zaczęła przed nią uciekać.
    — Ty tchórzliwa fretko! — grzmiała rozwścieczona — Wracaj tutaj!
    — Spieprzaj gówniaro ode mnie! — usłyszała jej głos w oddali.
    Przyśpieszyła, jeszcze bardziej w końcu chwyciła ją koniuszkami palców za ramię i zatrzymała się prędko, hamując tym samym ją. Odwróciła ją w swoją stronę i była już o krok, by jej nie uderzyć, ale dzięki swojej silnej woli nie zrobiła tego.
    — Ty szmato wiesz, do czego doprowadziłaś! — zagrzmiała wściekle.
    — O co ci małolato chodzi!? — albo udawała głupią, albo faktycznie grała perfekcyjnie rolę nic niewiedzącej.
    Zacisnęła, mocniej swoją wolną dłoń w pieść, jednak usilnie trzymając ją przy sobie, chociaż część jej samej pragnęła jej użyć przeciwko niej. Nie chciała jednak zniżać się do jej poziomu i załatwiać wszystko siłą, nigdy nie była fanką rozwiązywanie konfliktów argumentem zadawania ciosów a rozmowy.
    — Będziesz teraz odgrywała przede mną szopkę? — spytała sfrustrowana, puszczając jej ramię — Twojego męża właśnie zabrało pogotowie i obie doskonale wiemy, że trafi do szpitala z twojej winy! — wyrzuciła jej,
    — O czym ty dziec…
    — Taylor, nie nazywaj mnie nastolatkom, bo jestem kurwa dorosłą kobietą — weszła jej w słowo, zanim jakkolwiek zdążyła dokończyć swoją wcześniejszą myśl, która mogła bez problemu się domyśleć — Obie wiemy, że się nad nim pastwisz! Czy ty naprawdę myślałaś, że nie dopadną cię w końcu konsekwencje tego co robisz?
    — A kto mi udowodni — zaczęła, krzyżując swoje dłonie pod swoimi piersiami — …że to ja zrobiłam? — spytała, spoglądając na nią tak przebiegłym wzrokiem.
    Czuła ze coś zamierza wymyślić, chociaż nie mogła przewidzieć co, jej spojrzenie było zbyt charakterystyczne, by się nie domyślić.
    — Taylor przestań się zgrywać dobrze — odezwała się rozwścieczona — Ilekroć się mi odgrażałaś i co zrobiłaś coś?
    Niespodziewanie jednak zobaczyła, jak podchodzi do niej znacząco blisko, wręcz naruszając jej przestrzeń osobistą i przeszła wokół niej gdy nagle rozbrzmiało jej cichy i bardzo przebiegły głos, przesączony jadowitością.
    — Kochanie, może faktycznie nic nie robię — przyznała cicho — Ale mogę w końcu sprawić, że każdy absolutnie wszyscy cię znienawidzą włącznie z twoim cholernym braciszkiem, który tak jak ty działa mi na nerwy, ale tak sprawę by i on również tobą gardził.
    — Radziłabym ci nie wtrącać nosa w nie swoje sprawy…
    — To ty maleńka nie wciskaj swojego wścibskiego noska w sprawy mojego męża, rodziny, bo w końcu jak mnie na tyle rozwścieczyszsprawie, że każdy tobą będzie pomiatać i gardzić — mówiła.
    — Nie strasz mnie, nie jestem tak lękliwa jak Mike — powiedziała, spoglądając na nią wyzywająco — Ostrzegam, jeszcze raz go tkniesz, a tego pożałujesz…
  
    Westchnęła cicho, gdy przypomniała sobie wydarzenia ostatniej nocy. Nie były to łatwe, wręcz ośmieliła, by się stwierdzić, że bardzo ciężkie. A to, co działo się na przestrzeni mienionej, godziny były dość kuriozalnymi zdarzeniami, a najbardziej ją chyba wstrząsnęło zachowanie Taylor.
    Dlaczego ją to tak zdumiało?
    Odpowiedź była jak najbardziej oczywista, to jak zaczęła odgrywać swoją kolejną wyuczoną rolę. Zatroskanej pieprzonej żony, która wręcz łkała głośno nad losem swojego nieprzytomnego męża. Patrząc na to, rozgrywające się przedstawienie wręcz hamowała się, by nie wybuchnąć. Gdy tylko zobaczyła ją gdy wchodzi zapłakana i roztrzęsiona do garderoby, gdzie była reszta zespołu i dziewczyny, chciała, by skończyła udawać. Przed resztą zgrywała kochającą żonę i matkę, by udowodnić im, że rzekomo się zmieniła, jednak prawda była taka, że stała się większym potworem niż była wcześniej. Nic ją tak bardzo nie wstrząsało jak to, bo wiedziała, że między zespołem i dziewczynami krążyły dość niepochlebne opinie na jej temat. Nie przepadali za nią, jednak starali się ją w pewien stopniu akceptować. Widziała to głównie po Bradzie, który znał ją jak najdłużej tak jak Michaela, że powrót jego przyjaciela do niej nie zadowalało go to, doskonale jednak wiedziała co myśli, że to związek z nią był dla niego jak najlepszy, bo nigdy nie widział bardziej szczęśliwego kumpla gdy był z nią, jednak nie był ignorantem i doskonale rozumiał ich sytuacje i co jej zrobił.
    W tym wypadku bardzo tępił jego zachowanie i wielokrotnie mówił, że stracił wspaniałą dziewczynę przez własną głupotę.
    Najwyraźniej los zdecydował inaczej.
    Jednak co właściwie stało się z Michael'm. Jedyną osobą, która prócz managera zespołu mógł się widzieć z nim była niestety Taylor, która oczywistym faktem będzie ponowne zmanipulowanie męża gdy tylko się przebudzili.
    A co wiedzieli na temat jego stanu, zdrowia co wydawało się najważniejsze i czemu zasłabł. Przeprowadzono kilka badań oraz tomografię mózgu i jak się okazało, miał wstrząśnienie mózgu a rana, którą zadała mu żona, okazała się powierzchniowa,jednak zaszyli go kilkoma szwami, teraz tak naprawdę czekali, bo muzyk nadal był nieprzytomny. I nic więcej nie wiedzieli, niezwykle skąpe informacje, które udało się wyłudzić Andy’emu od Taylor, która nie była zbytnio rozmowna, zapewne gdyby mogła, nic by nie powiedziała, jednak musiała, bądź co bądź, mimo że miał to być ich ostatni koncert, to jednak zależało im by wiedzieć, w jakim stanie jest Mike.
    — Ciociu? — nagle rozbrzmiał tuż obok niej głos Summer.
    Wyrwała się ze swoich przemyśleć i popatrzyła na małą dziewczynkę która leżała przytulona do jej boku. One jak i reszta w końcu mogli pójść odpocząć po prawie kilku godzinach w nocy spędzonych na nogach, jednak że wkrótce miał wstać dzień, ona nie miała chęci spać. Próbowała uśpić małą, jednak nie mogła zmrużyć oczka, wciąż przejmowała się stanem wujka, którego tak lubiła. Patrzyła na przejętą twarzyczkę, myśląc, jak bardzo to dziecko musi czuć się zlęknione i wystraszone. Przeszyła istny koszmar przy matce, która miała czelność krzywdzić własne dziecko, jednak po wczorajszej rozmowie już wiedziała, że ona była niechcianym dzieckiem nie zamierzała jednak nikomu o tym mówić a tym bardziej Summer.
    Mimo że matka praktycznie się nią nie interesowała i zdana była na wychowywanie się samej, co praktycznie sama doświadczyła, widziała w niej modrą i zaradną małą dziewczynkę, która była mocno empatyczna. Wciąż opowiadała jej jak lubiła się bawić z Mike gdy mamy nie było, jak się nią opiekował czy zajmował, zdradziła, że pragnęła mieć takiego tatusia, jak on a ją określiła mianem zastępczej matki, bo przez kilka tygodni okazała się bardziej opiekuńcza i empatyczna wobec nieznajomego dziecka niż przed pięć lat życia matki z własnym dzieckiem.
    Zastanawiało ją jedno, czemu, dlaczego ta kobieta nie oddała małej swoim rodzicom, chociażby skoro jej nie pragnęła i zajmowała się nią od niechcenia, bo musiała tak naprawdę.
    — Co się dzieje promyczku? — zagadnęła, spoglądając na zmęczoną pięciolatkę — Prosiłam, byś poszła spać, jesteś zmęczona — dodała, widząc jej pogrążone oczka.
    — A czy z wujkiem Mike będzie wszystko dobrze? — zapytała, spoglądając na nią ze smutkiem oraz nadzieją.
    Przejęcie, które dostrzegła w tych zielonych oczach, dużo bardziej pokazywało, że to bardziej Summer przeżywała zły stan przybranego wujka, niż jej własna matka. Taylor potrafiła udawać to prawda, jednak gdy się można przejrzeć bliżej jej spojrzeniu, można dostrzec w nich brak jakichkolwiek odczuć, panowała w nich zupełna pustka. Spojrzenie potrafi być zdradliwe jeśli bywa ono nieszczere.
    — Oczywiście, że tak słoneczko — zapewniła ją, chociaż sama nie była pewna co się z nim dzieje obecnie — Skąd ci takie myśli przyszły do głowy. Musi zostać parę dni w szpitalu, by pan doktor go zbadał i wyleczył — mówiła, starając się ją jakoś uspokoić.
    — Bo ja nie chcę by mamusia, go krzywdziła. Kocham go i nie chce, by płakał — powiedziała, spoglądając na nią ze smutkiem w oczach.
    Wdziała, jak nagle pojedyncza łezka spłynęła z jej oczkom, szybko jednak otarła kapiącą pojedynczą kropelkę słonej wody i mocniej ją przytuliła do siebie i pocałowała w czubek główki i powiedziała:
    — Zapewniam cię słoneczko, wszystko będzie dobrze. Wróci i będziesz mogła się z nim pobawić — powiedziała pewnie.
    Jednak co było najgorsze to niepewność w obecnej sytuacji i to ją wyniszczało, bo nie mogła nic więcej powiedzieć poza tak tandetnymi frazesami, które wiedziała, że nie do końca mogły uspokoić. Miała nadzieje, że jednak zdoła to zaspokoić ciekawość małej dziewczynki, która nagle głośno ziewnęła, a ona się uśmiechnęła z rozczuleniem, gdy położyła nagle główkę na jej piersi i lekko pochyliła głowę i zobaczyła, jak zamyka oczka.
    — Dobranoc księżniczko — powiedziała.
    — Dobranoc ciociu — mruknęła cicho.
    Leżała tak z nią przez dobrą chwilę, tak by móc się upewnić, że faktycznie mała zasnęła. Gdy tylko zobaczyła, że odpłynęła do swojej własnej krainy, gdzie nie musiała się martwić o swoje zmartwienia i problemy, które nie powinny jej nawet dotyczyć w tak młodym wieku, bo powinna się jedynie przejmować zabawą. Najgorsze jest gdy dzieci zamartwiają się sprawami dorosłymi, może się to wydawać, ale były one bardzo spostrzegawcze i bystry, wielokrotnie mogły zagiąć dorosłego. Jednak one chłoną świat, bo go poznają to rzecz oczywista, że są spragnione poznawania nowych rzeczy. Ruch jest nieodzownyelementem ich życia.
    Gdy tak patrzyła na śpiącą w jej ramionach dziewczynkę, uśmiechnęła się delikatnie, pragnąc, by za kilka lat przytulać tak własne dziecko. Chciała założyć rodzinę, jednak kluczowym aspektem jest to, że nie pozwoli by musiało przeżywać to co ona. Pragnęła podarować swojemu potomkowi tego czego nigdy nie odczula jednak wydawało się to tak istotne, czyli miłość i poczucie bezpieczeństwa i chciała, by miało obojga rodziców, jednak to temat, który będzie mogła poruszyć z mężem za parę lat.
    Momentalnie przypomniała sobie o Ricardo, któremu obiecała oddzwonić. Mimo że próbował się z nią skontaktować, ona zrzucała każdy telefon. Delikatnie położyła małą księżniczkę na łóżku, starając się jej nie obudzić i gdy tylko się jej udało, okryła ją narzutką i pocałowała w czółko i zgarniając po drodze telefon z nocnej szafki, zerknęła przelotnie na cyfrowy zegar.
    Liczby wskazywały parę minut przed piątą rano. Było dość wcześnie, jedna nie sądziła, że zdąży już w ogóle zasnąć i po ciuchu przeszła przez pokój i wyszła na balkon, ostrożnie otwierając drzwi, by nie nahałasować i mimo że wiedziała, że mały promyczek ma dość mocny sen, wolała, jednak jej nie zbudzić skoro dopiero zasnęła.
    Wyszła na maleńki balkon, gdzie stał jedynie dwa fotele ze stolikiem szklanym i jakiś kwiat w doniczce i usiadła na jednym z nich. Trzymając przed sobą telefon, spojrzała na ekran wyświetlacza, gdzie ujrzała swoje zdjęcie oraz Ricardo i mimowolnie uśmiechnęła się na jego widok, tak bardzo była za nim stęskniona w widok ich obojga gdy dobrze się bawili pewnego dnia na plaży, niczym małe dzieci sprawił, że tęsknota za nim coraz bardziej wzrastała, jednak wiedziała, że wkrótce będą mogli się spotkać.
    Gdy była już w liście kontaktów i miała nacisnąć zieloną słuchawkę, by zadzwonić do niego, zawahała się przez moment. Popatrzyła ponownie na ekran, który wskazywał, że wkrótce wybije szósta rano i mimo że zapewne u niego będzie już około ósmej rano, to jednak pomyślała, że może być umówiony na jakieś spotkanie biznesowe.
    W końcu jednak po namyślę, nacisnęła ją, nie zamierzając się wahać. Przyłożyła telefon do ucha i wplotła swoje ręce w swoje już rozpuszczone włosy, które raczej były rozczochrane, a ona popatrzyła na rozciągający się widok przed nią, tyłu hotelu gdzie zazwyczaj była strefa zabaw czy kąpieliska i tutaj też to ujrzała.
    Czekała, dość dłuższą chwilę myśląc, że w ogóle jej nie obierze, jednak wkrótce usłyszała, jak podnosi słuchawkę, a ją dobiegł jego głos:
    — Najwyższa pora Bella — odezwał się na powitanie — Martwiłem się o ciebie — wyznał z wyraźną ulgą — Dzwoniłem, ale odrzucałaś moje telefonu — podkreślił.
    — Wiem Ricardo — przyznała szczerze — Nie miałam jednak wyboru, miałam tu dość delikatny młyn… — starała się jak najbardziej dookoła mówić.
    Nie chciała go zamartwiać tym, co tutaj się dzieje i w co tak naprawdę ona się w pakowała. Wiedziała, że nieco go oszukuje, ale mówiąc go teraz nie okłamuje gdy obiecała milczeć.
    — Mów…
    To jednak będzie długa rozmowa.

Sunday, December 29, 2024

IV 29 (P.2) — PRZERAŻAJĄCY MOMENT

    — Udało mi się zarezerwować wieczorny lot do Ameryki — usłyszała po drugiej stronie tak bardzo znajomy sobie głos.
    Nie starała się nawet hamować uśmiechu, który skradł się wprost na jej usta gdy tylko dobiegł ją głos ukochanego męża. Spotkali się to prawda, jednak zobaczenie go przez ten jeden dzień wzmocniło jej tęsknotę za nim. Z każdym dniem odczuwała jego brak coraz bardziej, bo raczej to naturalne, że odczuwała jego brak, on sam okazywał podobne odczucia.
    Wspomniał sam, że powoli udaje się mu dopiąć wszelkie naglącego go sprawy, które trzymały go w rodzinnym kraju, co niezwykle radowało chyba nie tylko jego, ale również i ją, bo myśl, że praktycznie będą mogli spotkać się tego samego dnia gdy ona wróci z trasy, która nie zamierzała ukrywać była dla niej bardzo męczące. Wcale nie umniejsza całej ekipie i chłopakom, którzy wykonują kawał dobrej roboty, zabawiając, tysięczną publiczność na stadionach czy halach widowiskowych, jednak ona odczuwała już znużenie sytuacją, w jakiej się znalazła.
    Najgorsze jest w tym wszystkim, to, że nie mogła nikomu o tym mówić, co jeszcze bardziej utrudniało i tak bardzo nieciekawą sytuacją. Musiała zachować wszystkie aspekty przemocowej relacji dla siebie jak i zatajać prawdę o tym, że dziecku działa się krzywda, jednak jedno co ją uspokajało, to że mała Summer po zakończeniu trasy trafi w odpowiedzialne ręce.
    Rozmawiała już z Haroldem, który wspomniał, że starają się o odebranie wnuczki własnej córce, a teraz tylko czekają na jej wyjazd. Wraz z żoną są zaangażowani w tę sprawę i nie dało się ukryć, że mężczyzna po pierwszym wstrząsie podjął najlepszą decyzję, jaką mógł zrobić i ubiegać się o bycie rodziną zastępczą dla jedynej wnuczki. Miała nadzieje, że teraz ona trafi w odpowiedzialne ręce i zapewnią jej prawidłową opiekę. Obiecała, że zaopiekuje się do końca trasy i nie pozwoli tknąć jej matce dziewczynki i mimo że sytuacja była niezwykle abstrakcyjna, to jednak woleli, by nie roztrząsać tej sprawy dla dobra małej i by zachowała dla siebie wszystko.
    To ją uspokajało, jednak wcale nie była spokojna o Mike.
    I może to zabrzmieć, jakby była hipokrytką, bo wciąż gada o tym jak go nienawidzi oraz nie chce mu pomagać, mimo że nadal to robi, to jednak kieruje się czystą ludzką troską i empatią względem niego. Może ją wiele z nim dzielić, jednak nie uważa, że powinien żyć w tak toksycznym związku. Jednak za kilka dni oni się rozstaną i będzie musiał wrócić z nią do wspólnego życia, a ona wróci do siebie i zajmie się własną egzystencją.
    — Byłabym bardzo zadowolony gdybym mógł porwać z lotniska tak piękną Señorita — odezwał się kokieteryjnym głosem.
    Nie potrafiła pohamować radości, która pojawiła się na jej ustach i mogła się wręcz założyć, że on miał podobny wyraz twarzy, jednak nie mogła go teraz zobaczyć, bo nie rozmawiali przez kamerkę video a normalnie. Oczami swojej wyobraźni zobaczyła jego dość przebiegły uśmiech, a w jego ciemnych oczach wręcz można było dostrzec ogień namiętności.
    — Czy ja dobrze nie kojarzę Señor, ale wydaje mi się, że pojmanie kogoś wbrew woli podlega karze — zasugerowała z nutką flirtu w głosie.
    — Kara? — dobiegł ją dość zamyślony głos męża — Czy bycie ukaranym jest to pojmanie oraz dominacja pewnej Belii, która mogłaby ze mną zrobić porządek? — spytał, nie kryjąc się ani przez moment ze swoimi seksualnymi fantazjami.
    — Mówisz, że chcesz mojej dominacji nad tobą? — odezwała się nagle.
    Spojrzała, jak nieopodal przewija się jeden z techników dźwięku zespołu, który wszedł do wnętrza hali, w której dziś miał zespół występować, trzymając w swoich dłoniach skrzynię, która była zamknięta, jednak spodziewała się, że tam była część ze sprzętów, które rozkładali od dłuższej chwili. Nie chcąc im przeszkadzać, stanęła na uboczu, by móc spokojnie porozmawiać z ukochanym, który zadzwonił chwile temu, a ona nie mogła oderwać się od rozmowy i nawet nie chciała. Wykorzystywała każdą chwilę, by móc z nim porozmawiać, bo jak nie ona była w podróży i nie mogła z nim gadać, to on był na spotkaniach, więc w ostatnich dniach rzadziej ze sobą gadali, musieli każdy moment an to wykorzystać. Nie mogła jednak doczekać się tego momentu gdy znowu będzie mogła się do niego przytulić i pocałować, poczuć ten kontakt fizyczny, a nie tylko rozmowy czy pisanie do siebie wiadomości i mimo że nie zamierzała w tej kwestii narzekać to jednak bywają momenty gdy czujesz się dobity brakiem tej bliskiej osoby przy sobie.
    — Marzę o tym… — dobiegł ją jego podniecony szept — Nie ma nic bardziej kuszącego jak bycie pod taką pięknością…
    Niespodziewanie do jej uszu dotarł dość niepokojący dźwięk, jakby odgłos prędkich kroków a ona odwróciła się za siebie, gdzie dostrzegła postawione przyczepy ze sprzętem, ujrzała między nimi lukę, gdzie można było pójść dalej, a ona usłyszała dość głośne szmery, a po krótkiej chwili dość ostry męski głos, który krzyczał po angielsku, co bez problemu rozpoznała.
    — Mam tego dosyć, rozumiesz!? — grzmiał głos w oddali, a ona zamilkła.
    Nie powinno ją to interesować i bardziej wrócić i skupić się na rozmowie wraz z mężem, jednak nie byłoby dla niej to o tyle intrygujące, gdyby nie poznała tonu głosu swojego byłego narzeczonego, który wyglądał na poruszonego i bardzo rozwścieczonego, co od początku trasy się nie zdarzyło wręcz praktycznie w ogóle, nie wykazał się przejawem złości czy frustracji, a raczej zachowywał się tak, aby nie rozjuszyć swojej wybranki serca, jednak prawda była okrutna, potrafiła znaleźć jak durniejszy powód, by go ukarać, sprać na kwaśne jabłko, często będąc pod wpływem alkoholu i to były tylko jej domysły jednak uważała, że musi ona coś brać, bo zachowywała się dużo bardziej niż osoba niekontrolująca siebie, a taki wpływ ma zmieszanie pewnych substancji, jednak nie chciała o tym głośno mówić, czy nawet snuć domysłów, bo mimo że kontakt z narkotykami miała ponad dziesięć lat temu i w przebłysku wspomnień pamiętała swoje zachowanie z tamtych czasów, nie chciała, oskarżać nie mając, dowodów tak naprawdę opierając się na swoich przypuszczeniach, dlatego milczała i pozostawiła to tylko dla siebie.
    — Bella czy coś się dzieje? — usłyszała zatroskany głos Ricardo.
    Czuł się nieco zaniepokojony, że od dłuższej chwili, jego żona niespodziewanie zamilkła, pragnął się dowiedzieć czy coś się dzieje, bo mimo że słyszał jej oddech, to nic nie mówiła:
    — Zaczekaj chwilę — wymruczała cicho.
    Owszem może to głupie, że się przysłuchiwała rozmowie, bo to wprost nie kulturalne, ale tak naprawdę to oni pojawili się nagle i owszem mogli tam być, jednak jej ciekawość była raczej pokierowana troska o Mike i tak wydawało się to sprzecznością z jej wcześniejszymi słowami, jednak nie mogła nic poradzić. Gardziła każdą osobą, która dopuszczała się przemocy i współczuła osobom, które muszą tkwić w związkach, gdzie muszą być poddani woli własnego partnera.
    — Co się dzieje? — zapytał zaniepokojony.
    Zignorowała to pytanie, gdy nagle usłyszała sfrustrowanego Shinodę, który rozmawiał ze swoją żoną, a raczej się z nią kłócił i czyżby nastąpił dzień, gdy on z nią zerwał? To pytanie nagle nawiedziło jej umysł, gdy usłyszała, jak z wyrzutem mówi:
    — Pokazałaś mi, że się zmieniłaś. Uwierzyłem ci, dałem ci szansę mimo tego, coś mi zrobiła w przeszłości. Pokochałem cię, myślałem, że znowu wróciła ta dawna Taylor, którą kochałem w liceum, ale ty tylko pokazałaś mi sztuczny, obraz samej siebie. Krzywdziłaś nie tylko mnie, ale również własne dziecko… — słyszał nagle świt, brzmiał, jakby ktoś uderzył kogoś i chyba wiedziała kto.
    — Śmiesz się mi stawiać Michaelu? — zagrzmiał głos Taylor — Związałeś się ze mną i zgodziłeś się na to…
    — Cholera Taylor, czy dla ciebie znęcanie się nad własnym dzieckiem jest atrakcyjne? — krzyknął oburzony — Już ja pa licho, ale jak ci kurwa nie wstyd bić małą! — zawołał.
    Słysząc jak sytuacja zaczyna się robić coraz bardziej niebezpieczna zwróciła się do Ricardo.
    — Skarbie, zadzwonię potem — powiedziała.
    — Bella…!
    — Wyjaśnię ci wszystko potem Ricardo — zapewniła.
    Słyszała jego ciche westchnienie po drugiej stronie, po czym rozłączyła się i skryła telefon w kieszeni. Nawet nie drgnęła, nadal przysłuchując się tej dość głośnej wymianie zdań. Stała w pobliżu nie chcąc nawet znać o tym, że tutaj jest. Spodziewała się kolejnej awantury i owszem mogła w każdej chwili zainterweniować, ale wolała zaczekać, co się wydarzy.
    — Prawdę mówiąc nigdy jej nie chciałam — rzuciła to wręcz od niechcenia.
    — Co takiego? — spytał oszołomiony mężczyzna.
    Ona również nie ukrywała swojego zaskoczenia, chociaż z tyłu głowy pojawiła się jej myśl, czy bardziej pytanie widząc, jak ona traktuje własną córkę, czy kiedykolwiek była chciana, jednak okazuje się, że ona nigdy nie miała w sobie instynktu macierzyńskiego. Od początku jej dość chłodny stosunek do córki mógł niepokoić, jednak nie zwrócono na to uwagę, lecz prawda jednak okazała się okrutna. Koszmarem dla dziecka jest bycie tak naprawdę niechcianym na tym świecie i sama po części to przeżywała, bo o ile jej matka jej pragnęła to ojciec, pokazał, że nigdy jej nie chciał. Ukazał swoje obrzydzenie do niej, porzucając ją w jakimś obskurnym bidulu.
    — Była wpadką, jak ci mówiłam, nie znam jej ojca. Nigdy specjalnej jej nie chciałam, nie zdążyłam, usunąć cięży i rodzice zorientowali się o niej, kazali donosić i urodzić i zająć się małą, skoro potrafiłam się tak dobrze bawić w klubie to brać na siebie konsekwencje moich wyborów.
    — Jakie było podłoże? — odezwał się nagle Mike — Jakoś naszego dziecka nie miałaś sumienia usunąć.
    Zrobiła kilka kroków w przód, starając się jak najmniej zrobić hałasu i zajrzała między przyczepy gdzie zobaczyła parę która stanęła naprzeciwko siebie. Widziała odwróconą twarz Taylor w jej kierunku, a Michael stał odwrócony tyłem tak, że widziała jedynie tył jego głowy. Zobaczyła, jak na jej ustach nagle pojawi się bardzo obrzydliwy złośliwy uśmiech.
    — A skąd masz pewność, że to było nasze? — zapytała wrednie.
    Nagle zapadła głucha cisza, która została jedynie przerwana, hałasami dobiegających z pobliskiej hali i gwarem miasta. Słuchała tego, mimo że wcale nie powinna, jednak nie mogła odwrócić od nich uwagi i tak wiedziała, że powinna odejść, jednak coś mówiło, wręcz kazało jej zostać. Głosik z tyłu głowy zmuszał ja do zostania na miejscu więc stała i patrzyła, nie dając poznać, że ktoś ich za jeden z przyczep obserwuje i się przysłuchuje ich rozmowie, bo byli wręcz przekonani, że nikogo tutaj nie ma.
    — Mówiłaś…
    — Nie przyszło ci do głowy, że mogłam po prostu kłamać? Oszukiwałam cię przez ponad dwa lata związku, myślisz, że mogłabym nie zataić prawdy o tym, że nie ty możesz być ojcem. Sam dobrze wiesz, że sypiałam, z kilkoma na raz każdy mógłby potencjalnym ojcem, bo z tobą wręcz robiła to przez przymuszenie siebie do tego. Nie pociągałeś mnie, nie wiem, co ja w tobie w zasadzie widziałam jako nastolatka, chyba jedynie grajka z marzeniami, który nie była ani trochę pociągający.
    Słyszała wręcz świst powietrza, mimo że nie mogła zobaczyć twarzy Michaela, to mogła wyobrazić sobie jego zszokowaną minę. Doskonale wiedziała, jak bardzo źle zniósł wiadomość o tym, że ona usunęła ciąże. Znacząco to wpłynęło na jego życie. W końcu to praktycznie dzięki jej obecności wyszedł z dołka psychicznego, jaki wpadł. Nie potrafiła sobie wyobrazić, co teraz siedzi w jego głowie i mimo wszystko naprawdę poczuła wobec niego współczucie.
    Zwyczajny ludzki odruch, zwłaszcza że doskonale wiedziała, jak mu zależało na zostaniu ojcem i założenie rodziny. Zrujnowanie jego marzeń i cios, który go jeszcze bardziej dobił był chyba czymś, czego nie sądziła, że usłyszy tego wieczoru.
    — Nie pomogłoby ci nawet testy DNA ustalić prawdy. Dałeś się przekonać, że jest to twoje dziecko, gdy tak naprawdę nigdy nie było tej pewności — wprost z niego drwiła.
    — Oszukałaś mnie…!
    — Jesteś zbyt przewrażliwiony — powiedziała to takim, tonem jakby wszystko nie miało dla niej żadnego znaczenia.
    I nie byłaby absolutnie zaskoczona gdyby to nie było takie dalekie od prawdy. Widziała wręcz tę ironię, która wypisana była na jej twarzy, ten wręcz pełni satysfakcjonujący uśmiech, gdy spoglądała na mężczyznę, który stał przed nią. Nie przejęta zupełnie jego odczuciami, czy to jak bardzo go raniła, jednak nie można było być zaskoczonym, skoro dla niej przyjemnością było sprawienie jemu bólu fizycznego czy też, aby nie lubiła go dręczyć na tle emocjonalnym.
    — I mówisz to z taką obojętnością!? — rozgrzmiał niespodziewanie jego głos.
    — Bywa… — widziała, jak wzrusza ramionami, patrząc na niego wyzbyta z emocji.
    Słuchając tego tak naprawdę, mogła tylko współczuć swojemu byłemu mimo wszystko, co o nim mówi, jednak miała ludzkie odruchy i rozumiała, że on był bardzo wrażliwym człowiekiem. Często mówi się, że to kobiety są skłonniejsze do przeżywania emocji i owszem tak jest, jednak w ich związku mogła śmiało powiedzieć, że właśnie to on był osobą będąca bardziej skłonna czy poddana własnym uczuciom i wcale to nie sprawiało, że był mało męski, dla niej było to niezwykle atrakcyjne. Zazwyczaj to ona była tą silniejszą osobę w związku i nie jednokrotnie musiała być jego otuchą czy osobą, która bierze na siebie ciężar pewnych spraw i absolutnie jej to nie przeszkadzało.
    Nie spodziewała się jednak tego co usłyszy potem:
    — Zrywam z tobą!
    — Co takiego? — to był krzyk, który wręcz ranił uszy.
    Spoglądała jak na twarzy kobiety, pojawia się prawdziwa wściekłość i rozdrażnienie. Widziała, jak w jednej chwili unosi dłoń i w ułamku sekundy uderza stojącego przed nią męża w twarz, słyszała jego cichy jęk, jednak jak zawsze by zareagowała, to teraz coś jej podpowiedziało, by zostać w ukryciu i się nie wychylać.
    — Chyba się przesłyszałam Michaelu — zagrzmiała swoim gburowatym i szydercy głosem.
    — Nie… — wymruczał dość słabo — Mam dosyć, życia w tak toksycznej relacji, być twoim pieprzonym podnóżkiem! — bronił się — Przez ciebie się stoczyłem! Muszę błagać o pomoc moją byłą, bo twoich licznych szaleństwach, bo nie potrafisz pohamować się przed tym, by nie bić mnie. Wstyd mi chodzić to Julii i błagać by mi pomogła, bo ty sobie zrobiłaś ze mnie worek treningowy! — mówił pełen żalu.
    Nie dostrzegła momentu, zdążyła jedynie mrugnąć gdy rozbrzmiał nagle głośne uderzenie, a niespodziewanie z jej oczu zniknął, słyszała głośny upadek i mimo że mógł być zagłuszony, ona doskonale go usłyszała. Patrzyła wręcz z nieukrywanym przerażeniem, na to jak kobieta unosi nogę i kopię leżącego to było chyba najgorsze, co mogła zobaczyć, rozpacz bólu, bo czymś wręcz nie do zniesienia, jednak to nie był koniec. Ona stała tam jakby zesztywniała, czując się dokładnie tak, jak widziała jedną z najbardziej przerażających rzeczy, jakie doświadczyła, gdy widziała jak Clark, zabija swoją byłą dziewczynę.
    Pobłysk ostrza w świetle zapalonych lamp, był czymś, co wybudziło ją z nagłego transu, a gdy dobiegł ją wręcz przerażający wrzask Mike'a, nie mogła tak tego zostawić, usłyszała pełen jadowitości głos Taylor gdy wycedziła:
    — Jeszcze raz mi się stawisz, a obiecuje, twoja była padnie martwa! — odezwała się to tonem, który miał zlęknąć.
    Nie mogła już dłużej tutaj trwać. Widziała, jak na jej oczach Taylor odchodzi, zostawiając okaleczonego męża samego, a ona przeszła za przyczepy, za którą się ówcześnie skryli i zobaczyła najbardziej przerażający ją widok. Patrzyła na leżącego na asfaldzie Shinodę, który zwijał się z bólu, kurczowo trzymając się za zranione miejsce. Widziała, jak odwrócił się na bok, a na jego twarzy widziała grymas ogromnego cierpienia.
    — Mike! — odezwała się wystraszona.
    Nie zamierzała ukrywać swojego lęku gdy zobaczyła coś, co wręcz ją przeraziło. Naprawdę obserwując z boku istny dramat, mimo że starała się zachować spokój i być twarda to patrzenie jak ktoś krzywdzi kiedyś bliską jej osobę, było czymś, czego nie oczekiwała. Tutaj nie chodziło, że poczuła znowu do niego sympatię czy znowu pokochała, bo to wręcz było absurdalne. Kierowała ją jedynie troska o niego, bo świadomą byłą a w jakiej sytuacji się znalazł.
    — Julio… — wyjąkał słabo — Ja…
    — Dlatego cię cholera ostrzegałam — mruknęła cicho.
    Chwyciła go pod ramiona i pomogła mu usiąść, opierając się o oponę przyczepy. Odsunęła lekko, ale stanowczo jego dłonie z poranionego miejsca i zobaczyła jego koszulkę przesiąknięta krwią. Delikatnie zaczęła ją odsuwać, a ona widziała ranę, którą, z której wpływała krew.
    — Błagam, nie dzwoń na pogotowie — zaczął, widząc jej minę.
    Była gotowa się odezwać i oznajmić, że wzywa karetkę, jednak widziała grymas na jego twarzy gdy próbował się, bezskutecznie podnieś i uprzedził ją, zanim mogła cokolwiek powiedzieć.
    — Mike czy ty naprawdę jesteś poważny!? — spytała oniemiała.
    — Mamy występ…
    — Ważniejsze jest twoje zdrowie niż wyjście na scenę — weszła mu w słowo — I jak uważasz, mam się po prostu nie wtrącać? Opatrzeć ci ranę i po prostu cię puścić? — nie dowierzała
    — Julio, wiem, jak to wygląda… — wymruczał cicho — Ale nie mogę odpuścić, tego wyjścia — próbował ją przekonywać — Proszę pomóc mi się uporać z tą raną a…
    — Mike powinneś trafić do szpitala, a nie udzielać występu!
    Zapomniała jednak, ze Shinoda był niezwykle upartym człowiekiem i doskonale rozumiała ten mechanizm. Patrząc, jak powoli próbuje wstać, wiedziała, że jego zachowanie jest klasyczną próbą zatuszowania ran czy zdarzeń, które się wydarzyły, by udawać, że wszystko jest dobrze. A ona naprawdę nie wiedziała, czy coś złego mu się nie stało. Czy uderzenie wcześnie nie sprawiły jakieś wewnętrznego krwotoku, jednak on był uparty?
    Patrzyła jak mocniej ściska zęby gdy wstał i otrzymując się ściany, przyczepy spojrzał na nią:
    — Wiem, co myślisz, ale…
    — Po prostu jesteś głupi, nie ręczę, co będzie na scenie — powiedziała.
    Wstała z mocno zaciętą miną i mimo że absolutnie nie podobało się jej, co zamierzał zrobić, nie mogła na niego tak naprawdę wpłynąć, a on był dorosłym człowiekiem, który podejmował decyzje o sobie. Wiedziała, że robi głupstwo, ale nie wiedziała, jak go już pohamować.
    Niechętnie, ale pomogła mu dojść do łazienki, gdzie opatrzyła go, coś ją podkusiło i trzymała wciąż przy sobie mały zestaw z apteczki w razie takich sytuacji. Delikatnie odkaziła ranę i mimo że nadal z niej ciekła czerwona substancja, wyjęła plaster ze swojej nerki, gdzie trzymała wszystkie najpotężniejsze rzeczy. Widziała jak w jednej chwili nagle Mike, zachwiał się niebezpiecznie. Poderwała na niego spojrzenie i zapytała:
    — Co się dzieje? — zapytała gdy rozerwała bandaż już kolejny.
    — Nic — powiedział, starając się zabrzmieć jak najbardziej natułanie.
    — Michael! Odmawiam, tego byś wychodził na scenę. Nie proszę jako twoja była, ale jako dawna kumpela, dla własnego zdrowia i życia, proszę, pozwól mi, zadzwonić na pogo…
    — Nie! — odezwał się spanikowanym głosem — Tylko nie pogotowie.
    — Nie rozumiem, czemu jej tak bronisz? Czemu dalej z nią jesteś — odezwała się, podnosząc się gdy dokończyła swój opatrunek.
    — Ty nic nie rozumiesz — wymruczał.
    Po tych słowach bez słowa powędrował w stronę wyjścia, a ona zawołała za nim:
    — To mi wytłumacz — krzyknęła sfrustrowana.
    Jednak nie otrzymała żadnej odpowiedzi na dręczące ją pytania. Westchnęła cicho i wyrzuciła papierki do kosza i podeszła do umywalki, by obmyć ręce i spojrzała, na swoje odbicie w talii lustra i tak naprawdę zaczęła tracić do niego siły. Naprawdę nie życzyła mu teraz źle, ale sam się teraz narażał i było to niezwykle frustrujące, że ona czuła się, jakby miała związane ręce i nie mogła zupełnie nic zrobić, bo tak było.
    Mogła przyglądać się temu wszystkiemu z boku, było to irytujące i denerwujące jednocześnie. Jednak tak naprawdę to życie Michaela a ona była tylko biernym obserwatorem. Wytarła dłonie w ręcznik, który wyrzuciła i wyszła z łazienki i wolnym krokiem powędrowała w stronę garderoby, jednak już w oddali widziała, jak zespół wychodzi i nie wiele myśląc, powędrowała za nimi.
    Nie wiedziała, czemu tam idzie, czy może pragnęła mieć oko na tego uparciucha, czy po prostu się bała o niego. Patrzyła jak po raz ostatni przed występem tradycyjnie stają w kółku i rozmawiając i mimo że nie przysługiwała się, to wiedziała, że to dla nich normalne, dla nich to było okazanie sobie wsparcia tuż przed kolejnym występem, robili to od lat i miło się to oglądało, jednak ona skupiła swoją uwagę na Michaelu, który przybierał dobrą minę do złej gry. Zobaczył, jak spogląda na niego, jednak ją zignorował i po chwili zaczęli po kolei wychodzić na scenę zaczynając od Roba i Joe, potem wyszedł Brad z Dave a na końcu jak zawsze Mike i Chester. Ona stanęła obok Jima, który popatrzył na nią i delikatnie się uśmiechnął. Odwzajemniła ten gest, a ona popatrzyła na początek koncertu.
    To był moment chwila, która się wydarzyła gdy nagle coś huknęło i można było pomyśleć, że coś spadło, jednak chwile potem na schodach pojawił się Rob, który krzyknął:
    — Dzwońcie po pogotowie! — zawołała.
    A w jej głowie pojawiły się przerażające myśli.

Saturday, December 28, 2024

IV 28 (P.2) — NIGDY NIE WCHODŻ JEJ W DROGĘ

    — Co jest? — odezwała się nieco przestraszona.
    Poczuła w jednej chwili, jak ktoś chwycił ją nieoczekiwanie na przegub i mocniej szarpnął, niemal zmuszając ją do tego, by poszła tuż za nim. Nie spostrzegła, z początku kto to był, bo to był dosłownie moment gdy została nagle porwana w bok. Jednak gdy tylko spojrzała przed siebie, ujrzała chyba osobę, której najmniej się spodziewała.
    — Michael? — spytała, gdy w końcu się zatrzymał.
    Stanęli w jakiś zagłębieniu, widniały tu tylko jedna para drzwi, która wiodła do pokoju dla pracowników sprzątających. Popatrzyła na niego zaskoczona, bo tak naprawdę nie rozumiała, czemu tak nagle zaciągnął ją w jakieś ustronniejsze miejsce jak widać pragnąć, być z dala od wszystkich innych, którzy krzątali się po korytarzach stadionu, na którym mieli dziś wystąpić.
    Zupełnie nic nie rozumiała z jego zachowania. To było tak nieoczekiwane i niespodziewane, że nie miała pojęcia, co go skłoniło do tego, by najwyraźniej zostać z nią sam na sam. Nie mieli ze sobą za wiele do powiedzenia, po ostatniej ich rozmowie gdy wyprosiła go o numer do teściów, nie zamienili ze sobą ani jednego słowa, jednak nie minęło zbyt wiele czasu, bo praktycznie dzień.
    — Musimy pogadać — powiedział pośpiesznie.
    Patrzyła, jak rozgląda się wokół, mimo że starał się jak najbardziej ukryć swoje obawy, to w jego spojrzeniu dało się zauważyć niepokój. Strach był głębokim uczuciem, który mu towarzyszył od wielu tygodni i jeśli starałby się to zatuszować, to jednak nie mógł tego zrobić, a może po prostu to ona widziała, że był przejęty obawami.
    Nie mogła jednak mu się dziwić, żył w relacji, która napawała takimi negatywnymi emocjami i, mimo że starała się go przekonać, by w końcu zakończył ten związek, co mogła więcej zrobić?
    Nic!
    Mogła jedynie prosić i sugerować, jednak musiał podjąć tę decyzję sam i nie chodziło tutaj o to, że jej na nim w jakiś sposób zależało, ale bardziej się martwiła. Zdawała sobie sprawę, że przebywanie dłużej w takiej reakcji może skończyć się dla niego jakąś tragedią, mimo że nie starała się dopuszczać tego do swojej myśli, to jednak wiedziała, że ludzie, którzy skłoni byli do sprawiania komuś cierpienia, w końcu przestanie być dla niech wystarczające to co robią im obecnie i zapragnął więcej i mimo że teraz zupełnie nic ich nie łączyło, a raczej dzieliło, to mimo tego, nie chciała, by stało mu się coś złego.
    Nie zasługiwał na życie w takim związku, nikt nie powinien być w tak przywiązującej relacji ofiarę do oprawcy.
    Nie mogła jednak już za wiele zdziałać.
    — Ale o czym? — zapytała — Raczej nie mamy za wiele sobie do powiedzenia — dodała, jakby spodziewając się, że będzie chciał mówić o ich prywatnych sprawach.
    Widziała jednak momentalnie jak kręci pośpiesznie głową, po czym powiedział:
    — Nie chodzi mi o nas Julio — przyznał szczerze — Wiem, że to pojęcie już jest przeszłością — mówiąc to, widziała, jak wręcz przygryza delikatnie policzek, jakby wręcz nie chciał tego mówić.
    Nie dało się ukryć, że jednak była to prawda. Nie ważne co mógł teraz czuć czy myśleć, ich wspólna historia się już dawno zakończyła. Owszem widywali się teraz, ale na wzgląd, że podróżowali razem z innymi a w Los Angeles, prawie się nie widywali, z wyjątkiem przyjęć u któregoś z członków zespołu.
    Nie było mu to łatwo mówić, wręcz przychodziło z ogromnym trudem i ciężarem. Naprawdę wiele by dał, by ich dawne życie wróciło. Powrócić do poprzednich lat gdy wiedział, że jego związek nie jest pomyłką a miał przy boku najbardziej wartościową dziewczynę, jaką mógł mieć, nie tyle bystrą czy inteligentną, czy ambitną, ile co chyba ważne rozumiejąca jego potrzeby, ta, która odwzajemniała jego uczucia. Potrafiła go pocieszyć gdy miał słabsze dni. Nie było istotne, że była nieco młodsza, odnalazł w niej tę jedyną, z którą pragnął spędzić życie, jednak wiedział, że sam zawalił na całej linii.
    Tak naprawdę jego wymysły i paranoiczne myśli i obawy były powodem rozpadu związku, który pragnął sfinalizować. Stracił ją, a teraz mógł pluć sobie tylko w brodę.
    Dlatego z takim trudem przychodziło mu powiedzenie tych słów.
    — Mam na myśli Summer — wyjaśnił w końcu motywy swojego działania.
    Czuła jak jej ramiona nagle opadły, a ona z cichym westchnieniem powiedziała:
    — Co chcesz wiedzieć? — zapytała.
    — Rozmawiałaś z nimi?
    To nie był wcale łatwa dyskusja i przede wszystkim nieodpowiednia przez telefon, ale nie miała zbytniego wyboru. Musiała poinformować ich o działaniach ich córki względem wnuczki i nie mogło to dłuższej czekać. Zależało jej na tym, by ktoś mógł zareagować i pomóc małej księżniczce, która skradła jej serce. Początkowo Harold nie mógł uwierzyć w to co mówiła i o oskarżeniach które wysunęła w kierunku Taylor, jednak absolutnie sobie z tej sytuacji nie żartowała nawet, by nie śmiała, bo była to zbyt poważna rzecz. Obawiała się przez moment, że mógłby w to jej nie uwierzyć, jednak gdy mężczyzna o wszystkim się dowiedział, nie mógł, wyjść z szoku i oszołomienia jednak nie zamierzał pozostawiać tej sprawy biernie.
    — Owszem — przyznała szczerze.
    — I?
    — Powiedziałam mu prawdę. Chyba spodziewasz się, jaka była jego reakcja? — spojrzała wprost na niego.
    Widziała, jak przytaknął delikatnie głową, a jego mina stanowczo zrzedła jednak była nadal bardzo poważna.
    — Opowiedziałam mu, że jego własna córka znęca się nad wnuczką. Dostarczyłam mu także zdjęć, jakie zrobiłam małej i mogę cię zapewnić, były to zdjęcia i gdy je zobaczył, no nie dało się ukryć, że nim wstrząsnęło to co się dowiedział. Obiecał mi, że wezmę sprawę we własne ręce — mówiła — Poprosił mnie, bym do końca trasy zajęła się małą i przyjadą po nią na lotnisko odebrać gdy wrócimy z trasy. Zamierza odebrać Taylor, Summer, którą obiecał wziąć z żoną pod opiekę. Na razie nic nie wiem, wspomniał, że będzie się ze mną kontaktował w razie czego gdy coś uda mu się załatwić. Powiem jedno, twoja żona ma po prostu przechlapane.
    — Wiem… — mruknął cicho do siebie.
    Spojrzała na niego i już chciała coś powiedzieć gdy się nagle odezwał:
    — Julio, absolutnie nie zamierzam jej bronić. Starałem się robić wszystko, by nie tykała małej i jej nie biła i nie zamierzam ją usprawiedliwiać, nie mam jeszcze tak skopanego kręgosłupa moralnego, by stawać za nią murem gdy wiem i widziałem byłem świadkiem tego jak krzywdzi swoją córkę.
    — Przynajmniej w tym przypadku nie zachowałeś się jak palant — stwierdziła z lekką ironią.
    — Julio…
    — Przestań! — powiedziała gwałtownie gdy widząc, jego minę zaczęła, spodziewać się, co chce mówić — Wybrałeś swoje życie, a ja już nie zamierzam się mieszać. Naprawdę dziwie się, że jeszcze nikt się z nich nie połapał.
    — Twój makijaż dużo daje — powiedział cicho.
    — Nie byłby on potrzeby gdybyś ją zostawił — rzuciła ozięble — Masz wybór, ale z niego nie korzystasz. Ale nie będę cię umoralniała, bo to nie ma sensu. Szczerze to czekam. aż zakończy się ta trasa, a ja będę mogła być z dala od ciebie!
    Poczuł ukłucie w sercu gdy jej sowa do niego dotarły. Wiedział, że ma u niej bardzo przewalone, mimo tego, co robiła w ostatnim czasie, nie mógł liczyć na polepszenie stosunków, przypominała mu o tym za każdym razem, a on nawianie tracił wtedy nadzieje, że będzie lepiej, że w końcu odpuści jednak nie.
    Spuścił spojrzenie na jej przedramię, na którym ujrzał tatuaż, który dostrzegł u niej na początku trasy, a nie pamiętał, by miała go na urodzinach brata. Wizerunek wilka zlewał się z tłem, na którym można było dostrzec motor oraz postać motocyklisty. Nie miał pojęcia, co mógł oznaczać, jednak doskonale wiedział, że Julia uwielbiała się tatuować i nie było jej to obce już gdy byli razem miała już kilka wizerunków na sobie i wiele w planach jak widać, realizowała go, jednak on rzucał się w oczy, bo ciągnął się od nadgarstka po łokieć. Całe jej przedramię było zakryte jednak, co się dziwić skoro jej brat również był miłośnikiem tatuaży.
    Nie dostrzegł momentu, w którym ona w ciszy odeszła i zostawiła go.
    Nie zamierzał ukrywać, nie cierpiał być samotny, a to uczucie mu ostatnio dość często towarzyszyło, może to brzmieć nieco ironicznie, patrząc na to, że ciągle z kimś był, bo w końcu występował, jednak tak poczucie samotności go dobijało szczególnie gdy zostawał sam, a Taylor zniknęła na całą noc. Wracała, często nad ranem będąc zupełnie pijana, a on musiał po raz kolejny mierzyć się z jej szaleństwem i furią z byle błahostki.
    Nie cierpiał własnego życia.
    Coraz bardziej nim gardził. Wiedział, że musi coś w nim zmienić, jak wciąż powtarzała Julia, ale zwyczajnie się bał. Wydawać się mogło, że tak nie wiele musiał zrobić, by w końcu się wyrwać, jednak sytuacja była o tyle skomplikowana, że chociażby chciał to zrobić, wiedział, że zagrozi to Julii.
    Niemal drżał na myśl o pewnym wspomnieniu, które tak bardzo pragnął zapomnieć. Spotkania, którego nie oczekiwał. Nie chciał jednak jego pamiętać.
    Otrząsnął się z zamyślenia tylko po to, by pójść w ślady byłej dziewczyny, a potem powędrował powolnym krokiem w stronę garderoby, niemal błagając w myślach, by nie natknąć się na własną żonę. Nie chciał znowu się z nią mierzyć. Myśl o tym, że znowu go skatuje, go przerażała. Drążą na samą myśl, co mogło, by się stać dlatego, wręcz przyśpieszył kroku, by jak najprędzej tam dojść.
    Po praktycznie minucie stanął na progu garderoby, która wręcz była pełna, zaczynając, od pojedynczych osób z ekipy technicznej aż po członków kapeli oraz ich partnerki. Jednak gdy rozejrzał się, nigdzie nie zobaczył własnej żony, co odrobinkę go zadowoliło.
    Słysząc bardzo dziecięcy głos, spojrzał a w tamtym kierunku i zobaczył niezwykle uroczy widok, na który nie potrafił pohamować uśmiechu. Patrzył jak Summer wręcz skręca się na kolanach Julii pod wpływem jej łaskotek. Było to widok, jaki wręcz radował jego serce i odczuł żałość sam do siebie. Pragnął takiego widoku w przyszłości, jednak chciał, by dzieckiem, jaki mogła się ona, zajmować było ich potomkiem. Niestety było to już jedynie jego snem, który się nie ziści.
    Nie dało się jednak oprzeć pokusie, że Julia naprawdę miała podejście do dzieci i byłaby idealną matką w przyszłości. I mimo że wiedział doskonale, o tym, że nie planowała ich wcześniej niż około trzydziestki, bo jak sama powtarzała, pragnęła skupić się na studiach oraz pracy to jednak widząc ją każdego dnia jak, z troską zajmuje się tą małą księżniczką, nie potrafił, sobie jej nie wyobrażać w już nierealistycznym obrazie jej jako jego żony, oraz wspólnej rodziny.
    Stracił szansę na związek z idealną dziewczyną, bo był zbyt dumny, by przyznać, że zjebał.
    Wydawać się mogło, że nic nie mogło zakłócić tego spokoju. Chłopacy ćwiczyli przed występem, słyszał, jak Chester śpiewa, jak zawsze, Julia wraz z dziewczynami zajmują się pięciolatką.
    Nic nie mogło zakłócić tych przygotowań, tak się tylko mogło wydawać.
    Do czasu.
    — Gdzie jest ta pieprzona gówniara!?
    Zamarł, czuł jak momentalnie, sztywnieje na całym ciele, a przed jego oczami pojawiły się przerażające wyobrażenia rozwścieczonej do granic możliwości małżonki. Zdążył zrobić jedynie krok w tył, gdy zobaczył ją, jak wtargnęła niespodziewanie do garderoby, zwracając uwagę niemal wszystkich, którzy tam byli.
    — Gdzie ona jest!? — rozniósł się jej pełen złości głos.
    Spojrzał kątem oka, jak zlękniona Summer, nagle przylgnęła do Julii. Nie był zaskoczony jego odruchem. Zawsze szukała gdzieś miejsca, by się ukryć. Widział nie jedno i doskonale wiedział, jak reagowała na jakichkolwiek stres związany z wrzaskami jej matki.
    Zrozumiał również jedną bardzo istotną rzecz, początkowy obraz Taylor był mylny, który miał sprawić, by jej uwierzył ponownie, jednak widząc, jak traktuje własne dziecko, pojął, że największym jego błędów mógłby fakt, że mieliby razem dziecko. Nie potrafił ją zobaczyć w role matki własnego dziecka. Czy w takim razie mógł tak po prostu zapomnieć, że usunęła ciąże z nim? Tutaj zaczął nabierać wątpliwości.
    — Zostaw ją! — zagrzmiał nagle.
    — Nie wtrącaj się Mike! — zagłuszyła się.
    Czuła jak mała wtula się w nią jeszcze bardziej jeśli to w ogóle było możliwe. Mogła, poczuć jak jej ciało drży na dźwięk krzyków jej matki. Przygarnęła ją bliżej do siebie, nie zamierzała pozwolić, by tknęła małą. Stanęła przed nią, a ona spoglądała w oczy rozszalała od frustracji i wręcz furii. To był moment gdy odrzuciła siedzącą na jej kolanach Summer i pchnęła ją w bok. Zlękniona dziewczynka wylądowała na kolanach siedzącej przy nich Susan, która niemal od razu przyciągnęła ją do siebie.
    Niespodziewanie poczuła dość mocne szarpnięcie za skraj swojej koszulki i ani na moment nie drgnęła w żaden sposób wystraszona gdy widziała nad sobą wręcz huragan w postaci panny Smith. Czuła jak wręcz poderwała ją do góry, jednak momentalnie zobaczyła za plecami kobiety swojego brata.
    Nie wyglądał na zbytnio zadowolonego, jednak nie było to nic zaskakującego. Ona poza Alice była najważniejszą osobą w jego życiu i nie zamierzał pozwalać tknąć nikomu. Mimo że wiedział, że sobie doskonale poradzi, to jednak bronił jej, mimo że była już dorosła. Można było usłyszeć jego głośniejsze chrząknięcie, którym chciał zwrócić uwagę Taylor na siebie.
    — Mamy do pogadania smarkulo…! — wycedziła jej prosto w twarz.
    — Taylor, radziłabym ci mnie puścić — powiedziała dość spokojnym głosem, widząc, spoglądając na stojącego za jej plecami muzyka.
    — Nie! Muszę z tobą gówniaro porozmawiać…
    — Taylor — odezwał się nagle starszy Bennington.
    Dopiero wtedy się odwróciła i spotkała się z bardzo rozgniewanym spojrzeniem ciemnych oczu, które wręcz wpatrywały się w nią wzrokiem, który mógłby ją wyeliminować. Patrzyła na niego z bardzo zawziętą miną ani na moment nie wpuszczając jej ze swojego spoistego uścisku.
    — Grzecznie ci radzę — odezwał się, bardzo groźnym głosem — Puścić moją siostrzyczkę — dodał stanowczo — Albo to ja zaraz potraktuje cię tak jak ty ją. Zostaw ją! — powiedział dobitnie.
    — Nie! — powiedziała hardo — Ta szmat…
    Nie była w stanie nic więcej powiedzieć, bo niemal natychmiast Bennington chwycił ją za bark i odciągnął od niej. Czuła jak szarpnięciem puszcza jej bluzkę a on pociągnął ją w stronę Michaela i powiedział:
    — Trzymaj swoją żonę przy sobie — rzucił ostrym głosem — Nie będę się powtarzał, głupotą było zabieranie jej na trasę — powiedział, obdarzając ją nienawistnym spojrzeniem — Nie dość, że musi zajmować się twoim dzieckiem — wytknął jej — To jeszcze śmiesz zakłócać jej przestrzeń osobistą, wyzywać ją przy mnie! Nigdy nie będę tolerować tego, by pomiatać w mojej obecności Julią! — dodał — Trzymaj od niej swoje cholerne łapska z dala albo w końcu sprawę, że wylecisz i nawet Mike mnie przed tym nie powstrzyma, bo ze wszystkich tutaj to ty robisz tutaj największe kłopoty i dymy — rzucił do niej — Twoja córka potrafi się zachować, jak na pięciolatkę to jest wyjątkowa spokojna, a największe burdy są akurat z tobą.
    — Śmiesz mi grozić?
    — Nie Taylor ja ci nie groźże ja, cię uprzedzam. Nikt tutaj cię nie chce. Jeszcze jedna taka akcja a wylecisz z trasy kolejnym lotem. Niech tylko się dowiem, że nawet zbliżyłaś się do Julii, a twój kolejny lot będzie do Stanów. Zrozumieliśmy się!? — zagrzmiał, spoglądając na nią z niechęcią.
    Nie odpowiedziała od razu, jednak po jej minie można było zobaczyć, że wcale nie jest z tego zadowolona. Jednak po dłuższej chwili w końcu wyrzuciła:
    — Oboje jesteście tego warci, tak samo patologiczni. Ty i ta twoja gówniara nazywana siostrą — wyrzuciła mu i miała zamiar już odjeść, jednak zwróciła się w jej kierunku — My sobie jeszcze pogadamy! — odgrażała się.
    — Won Taylor! — rozbrzmiał nagle głos Brada — Chester ma racje, jesteś tutaj, najbardziej wkurwiająca osobą. Nie wiem gdzie Mike miał oczy gdy znowu za ciebie wyszedł. Widać, że wcale się nie zmieniłaś!
    — Śmiecie mnie oskarżać, a nie znacie tej małej podstępnej…
    — Taylor! — syknął w jej kierunku Mike — Odpuść — powiedział nieco ciszej, tak by tylko ona usłyszała.
    — Z tobą mój drogi mężu sobie pogadam w pokoju!
    I ku zadowoleniu ich wszystkich wyszła z garderoby tak prędko jak się pojawiła. Jednak dało się wyczuć dość napiętą atmosferę, która zapanowała, jednak w końcu gitarzysta zwrócić się w stronę przyjaciółki zespołu z intrygującym go pytaniem:
    — Co ona właściwie od ciebie chce? — spytał wprost.
    Wzruszyła bezradnie ramionami, bo sama nie miała pojęcia, o co jej może chodzić. Wyglądała jakby, coś mocno ją poruszyło. Nie wiedziała, co to może być. Jedyne co przychodziło jej tak naprawdę do głowy, co mogło sprowokować ją do takiego, wybuchu było, to, że zadzwonili do niej rodzice w sprawie Summer. Nie wspomniała im, by do czasu powrotu zachowali plany dla siebie, jednak widząc jej frustracje i wręcz wkurzenie mogła się domyślić, że mogło o to chodzić. Jednak nie zamierzała o tym mówić, bo wtedy wszyscy dowiedzieli się o tym, że mają do czynienia z matką, która znęca się nad dzieckiem.
    Chciała jednak uniknąć dodatkowego stresu małej, bo i tak cała ta podróż była dla niej bardzo stresującym przeżyciem, mimo że mogła wiele pozwiedzać, dla takich dzieci jednak długie podróże bywają męczące i dało się to już zauważyć po niej.
    — Dobrze wiesz, że i tak nie mamy zbytnio dobrych relacji — rzuciła do mężczyzny.
    — Nie przeczę, ale czemu się tak na ciebie wkurzyła to mnie, zastanawia. Mike…?
    Odwrócił się niespodziewanie w kierunku, gdzie dosłownie przed chwilą stał jeden z wokalistów, jednak ku ich zaskoczeniu jego tam nie było, a ona już w myślach wzdychała na myśl, że znowu ta suka go pobija. Nie chciała naprawdę mieć złych myśli, ale czuła, że faktycznie tak mogło być.
    — Gdzie on jest? — spytał Brad, rozglądając się po garderobie.
    Jednak nikt nie miał pojęcia kiedy wyszedł i mogli jedynie bezradnie rozłożyć ramiona. — Za chwile wychodzimy, a on znika — powiedział z niedowierzaniem.
    — Pójdę go poszukać — zaoferowała.
Wstała niemal od razu i przeszła przez całą garderobę i wyszła na korytarz, gdzie krzątali się już pracownicy i rozejrzała się gdy nagle natrafiła na Jima, który pojawił się nagle w zasięgu jej spojrzenia.
    — Szukasz czegoś Julio? — spytał starszy mężczyzna, podchodząc do niej.
    — Pewnie Jim — odparła spokojnie — Nie widziałeś gdzieś naszego drogiego małżeństwa?
    Widziała, jak technik przez moment się zastanawia, po czym pokręcił przecząco głową:
    — Nie wiem, jednak Mike musi się pojawić…
    — Wiem — uspokoiła go — Znajdę go i sprowadzę, a ty idź przygotowywać resztę.
    — Bardziej przejmujesz się nim, niż ta jego żona — stwierdził.
    Nie odpowiedziała na tę uwagę, bez słowa go minęła i poszła wzdłuż jednego z głównych korytarzy, rozglądając się dookoła, szukając jakichś oznak. Nasłuchiwała jakichkolwiek dźwięków, jednak było to trudne utrudnione przez występ zespołu, który poprzedzał wejście kapeli na scenę. Miała nadzieje szybko znaleźć Mike’a.
    — Ta twoja była dzwoniła do moich rodziców…! — rozbrzmiał nagle dość głośny krzyk.
    Po czym dobiegł ją cichy jęk bólu. Zacisnęła mocniej, dłonie w pieść, czuła jak wręcz wbiła sobie paznokcie w skórkę gdy słyszała kolejnych odgłosów jęków bólu i stłumionego wrzasku.
    Wyszła za róg i widok, jaki tam została, chyba raczej nie powinien ją dziwić. Patrzyła jak w tej samej chwili Taylor, z dość mocnym impetem uderza pięścią w brzuch Michaela, który momentalnie jęknął i skrzywił się z bólu.
    Podeszła do niej bez słowa, jednak na jej twarzy można było zobaczyć zawziętą minę. Zaszła ją od tyłu i wręcz momentalnie pociągnęła za włosy. Nie zamierzała się z nią obchodzić delikatnie, widziała jak przez moment, wymachuje rękami, a po chwili spojrzała na nią kątem oka i rzuciła wściekle:
    — Ty pieprzona gówniaro, zabije cię! — odgrażała się.
    To był moment, jak odwróciła się w jej uścisku i gdyby nie to, że instynkt podpowiedział jej, by się uchylić, to zapewne teraz miałaby, podbite oko jednak widziała, jak startuje do niej z pięściami, a ona wycofała się o dwa kroki.
    — Co nagle taka tchórzliwa? — spytala gdy tylko zobaczyła, jak się odsuwa.
    — Nie — stwierdziła spokojnie — Tylko zastanawiam się, jak trzeba być głupim, by bić własnego męża na korytarzu, gdzie wiele osób chodzi, jest zamontowany monitoring i startujesz do mnie. Czy ty naprawdę jesteś poważna? Kobieto każdy może cię zobaczyć jak tłuczesz tego biedaka. Widać, że brak ci samo kontroli w obijaniu mu mordy — rzuciła oschle.
    Momentalnie zamarła jakby chyba pojęła, co narobiła. Nie mogła zrozumieć, jak musiała być przesiąknięta gniewem i frustracją, by nie zwrócić uwag, że krzywdzi własnego małżonkaw miejscu dość publicznym, bo przechodzą tutaj ludzie techniczni czy pracownicy stadionu, którzy pomagali przy organizacji zaplecza.
    — Kurwa — wysyczała — Policzę się z wami obojami, ale potem tam, gdzie nie będzie kamer — rzuciła.
    Widziała, jak prędkim krokiem odchodzi, a ona podeszła do Michaela który stał wręcz spięty w pół i delikatnie położyła mu dłoń na ramieniu.
    — I po co za nią szedłeś — spytała.
    Chwyciła go za podbródek i uniosła jego twarz i spojrzała na podbite oko.
    — Mike za chwile wychodzicie, a ty znowu masz pół twarzy w sińcu — westchnęła cicho.
    — Nie wiem, co mnie naszło — powiedział, kuląc się z bólu — Myślałem, że ją uspokoję.
    — A myślisz, że dlaczego się zdenerwowała?
    — Nie wiem, ale się domyślam.
    — Właśnie zapomniałam ich uprzedzić, by nic nie mówili — westchnęła — Chodź, zapudruje ci to oko — dodała.
    Pomogła mu dojść do pobliskiej łazienki, gdzie oparł się o umywalkę i spojrzał na swoje obicie i niemal nie jęknął gdy zobaczył swoją pokiereszowaną twarz. Ona w tym czasie wyjęła z nerki, którą wręcz nosiła wciąż przy sobie swój własny podkład i puder, który praktycznie był dla niego tak naprawdę.
    — Oprzyj się — powiedziała spokojnie.
    Oparł się o krawędź umywalki i delikatnie zaczęła nakładać mu palcami podkład. Czemu nikt jeszcze nie połapał się, że jest mężatką, odpowiedź była prosta. Pierścionek i obrączkę nosiła rzadko, praktycznie zawsze kryła ją w torebce. Nie chciała, by dowiedzieli się teraz, że ma męża dlatego, gdy za każdym razem opatrywała twarz Michaelowi, nie mógł się w tym połapać, bo nie miała na palcach tych obrączek, a nazwiskiem na trasie posługiwała się wciąż swoim panieńskim nie po mężu.
    W ciszy go przygotowała, nie widząc, co się wydarzy za parę dni.