Monday, December 16, 2024

IV 16 (P.2) — MAŁA SUMMY

    — Pasażerowie prywatnego lotu są proszeni…
    Westchnęła cicho, gdy komunikat dobiegł końca, nie był on jednym z tych, na które musiała zwrócić uwagę. Ponownie opuściła głowę, by zerknąć na telefon, który trzymała przed sobą. Widziała, jak powoli gaśnie, jeden ruch palca sprawił, że ekran ponownie się rozjaśnił, a ona ujrzała, jak w tej samej chwili pojawia się kolejna wiadomość od jej partnera, z którym pisała od momentu gdy usiadła wraz z pozostałymi w poczekalni i wyczekując samolotu, który jeszcze nie przyleciał.
    Pragnęła wykorzystać, jak tylko mogła, te ostatnie godziny gdzie mogła bez żadnych utrudnień, rozmawiać nie będąc pozbawiona tak naprawdę zasięgu. I tak wiedziała, że na pokładzie jest Internet, jednak liczyła się z utrudnieniami w przesyłaniu i zdecydowanie była osobą, którą przestrzegała zasad bezpieczeństwa na pokładzie samolot i zawsze włączała tryb samolotowy w telefonie, a zazwyczaj na czas lotu znajdywała sobie inne zajęcie, którym mogła się zając przez te godziny, w którym tkwić będą zamknięci. Zwłaszcza że zbliżający się lot, który miał zabrać większość obsługi, jak i sprzętu zespołu wraz z członkami i ich bliskimi miał trwać naprawdę długo. Swój pierwszy koncert mieli rozpocząć na Wyspach Brytyjskich, a co za tym idzie od nich, do wyspiarskiego kraju to nie są dwie godziny lotu, a prawie piętnaście więc spędzą większość dnia właśnie tam wraz z przelotem w inną strefę czasową, jak u nich obecnie rozpoczynał się ponownie piękny słoneczny dzień, to na taki chłopski rozum powinni trafić na wieczór, jednak trafią tam popołudniem, jeśli się oczywiście nie myliła w obliczeniach.
    Nie zamierzała ukrywać, cieszyła się na tą podróż. Wiedziała także że nie musi za wiele się martwić o lokum, jedzenie czy przemieszczanie się między miastami, a jeśli chciała kupić sobie coś dla siebie, musiała jednak mieć nieco swoich oszczędności i mimo że miała jakieś pieniądze odłożone na koncie, które zabrała ze sobą i przemieniła głównie na euro, bo jednak to głównie trasa po starym kontynencie gdzie w wielu krajach obwiązywała ta waluta, a opłaciła rachunki z pieniędzy, które zostawić Ricardo to jednak nie były, nie wiadomo, jakie kwoty. Odkąd została zwolniona, mimo że szukała czegoś, to jednak nie miała jeszcze rozmów o pracę, żyła z oszczędności i ktoś mógłby zarzucić, że w tak ciężkiej sytuacji powinna zrezygnować i skupić się jedynie na pracy jednak czy zawsze kwestia kasy jest priorytetem. Poza tym ulegała namową zespołu więc przyjść do nich po paru dniach, by powiedzieć, że jednak rezygnuje, było nie na miejscu, a ona sama cieszyła się z tego, że będzie mogła pozwiedzać nieco starego kontynentu.
    Oczywiście rozmawiała na ten temat z Ricardo, który wprost jej powiedział, by jechała i się rozluźniła. Nie miał absolutnie nic przeciw temu, by wyjechała z przyjaciółmi. Poza tym oboje dawali przestrzeń i mieli do siebie zaufanie. I nawet nie starali się siebie kontrolować no bo po co mieli to robić? Ufali sobie i na tym budowali swój związek.
    Widząc jego kolejną wiadomość, uśmiechnęła się dyskretnie pod nosem, po czym prędko odpisała. Żałowała tylko jednego, że na liście miast gdzie kapela miała wystąpić, nie było San Sebastian, to mogła wpaść do niego. Mieli oczywiście koncert w Hiszpanii, ale to w stolicy kraju jednak nie zamierzała narzekać w żaden sposób.
    — Trzymaj — nagle tuż obok niej rozbrzmiał dość znajomy głos.
    Poderwała głowę i zobaczyła tuż przed sobą Brada, który wyciągnął ku niej dłoń, w której trzymał kubek i wręcz po krótkiej chwili dotarł do niej zapach kawy. Sięgnęła po nią i wzięła ją od niego i upiła łyk:
    — Mocna — mruknęła, krzywiąc, się czując, dość intensywny smak i zapach — Ale przyda się podwójna dawka kofeiny po nieprzespanej nocy — podkreśliła.
    — Sami ledwo przespaliśmy dwie godziny — wtrąciła się Anais, partnerka gitarzysty, która siedziała dwa siedzenia dalej, a między nie obie usiadł Delson — Pakowanie się na parę tygodni w podróż wymaga przygotowań i tak większość zrobił on — skinęła głową na swojego ukochanego.
    — Bo ma wprawę w pakowaniu — stwierdziła z rozbawieniem — Ile to tras zaliczyli w swojej karierze? — stwierdziła, spoglądając na mężczyznę z burzą lok włosów.
    — Nie zliczę — skomentował, upijając łyk kawy — To wchodzi potem już w nawyk i wiesz, co ci najbardziej jest potrzebne a co mniej. Tego nauczyły nas życie w ciągłej podróży — wyjaśnił.
    — I tak was podziwiam — rzekła pani Armando — Potraficie nadal przekraczać swoje granice wytrzymałości — powiedziała z uznaniem.
    — A ty lepsza nie jesteś, ile to zaliczyłaś nocnych treningów na torze, a potem przespałaś się parę godzin i rano jechałaś na uczelnie, a potem robota czekała?
    — Życie studenckie — westchnęła nagle siedząca przy nich kobieta — Aż milo się cofać do tych czasów a teraz stabilna praca, partner i snucie planów na przyszłość a wtedy życie na krawędzi.
    — Chciałabyś do tego wrócić? — wychyliła głowę w jej kierunku.
    — Z jednej strony podoba mi się obecne życie i naprawdę nie jest mi obecnie potrzebne nic więcej nawet ślub czy dzieci, ale musisz przyznać, że w okresie jakim ty jesteś, doskonale się bawisz. Pracujesz za dwoje, imprezujesz, bawisz się, poznajesz nowych znajomych, to jest naprawdę tak fajny okres w życiu, bo w takim wieku chcemy się tak naprawdę wyszumieć potem, z biegiem lat przychodzi stabilizacja i chęć ułożenia sobie życia. Ciebie też to czeka — powiedziała, spoglądając wprost w jej oczy.
    — Może i fakt, ale również nie da się zaprzeczyć, że nie napotykasz w życiu na trudności, z którymi musisz się mierzyć — zaznaczyła, a na myśl ponownie powróciły dla niej ostatnie trudne miesiące.
    — Szczególności dla ciebie — zauważył nagle Chester, który pojawił się wraz, z Alice tuż obok przesiadając się do nich.
    — Owszem, ale nie chce o tym myśleć — odparła, widząc spojrzenie oczu swojego brata.
    Doskonale wiedziała, co ma na myśl, po części o kilku kwestiach wiedział i z czym się musiała zmagać. Nie było jej łatwo, owszem, ale nie chciała tego roztrząsać, bo właśnie nie po to zdecydowała się na wyjazd, by oderwać myśli od tych zmartwień, by do nich teraz powracać.
    — Ale w sumie masz racje Anais — zauważyła Alice — Jednak życie na studiach jednak to taka mini szkoła przetrwania, jak nie zakuwasz do kolokwium czy sesji do tworzenia projektów zaliczeniowych, to po szalone zakrapiane. Często dużą ilością alkoholu noce, ten okres jest połączeniem buntowniczości nastolatków z dojrzałością taki okres przejściowy…
    Nie przysłuchiwała się dalej temu co mówiła jej najbliższa sąsiadka. Nie dało się zaprzeczyć temu, że czuła dziwne zaniepokojenie i zupełnie tego nie rozumiała. Coraz bardziej odczuwała wrażenie jakby była przez kogoś obserwowana od dłuższej chwili, miała wręcz to poczucie nawet gdy pisała z Ricardo, gdy była skupiona na telefonie, że osoba, która z bezczelnością ją obserwowała, miała idealną okazję. Nie miała pojęcia czy tak się działo faktycznie, czy raczej fakt dziwnego niepokoju z racji, że zwyczajnie była niewyspana i jej umysł nie do końca był trzeźwy i myśl tak dobrze jak po przebudzeniu i porannej kawie.
    Wzruszyła lekko ramionami, dochodząc co wniosku, że to jej dziwne przeczucie jednak są związane z brakiem dostatecznej ilości snu, bo ostatnio praktycznie dwadzieścia cztery godziny temu i miała nadzieje, że zdoła się w samochodzie przespać. Przysunęła kubek do swoich ust i przymknęła oczy i upiła łyk dość mocnej kawy gdy nagle rozbrzmiał bardzo surowy kobiecy głos:
    — Dziecko czy ty możesz się uspokoić i przestać wierzgać? — ten dziwnie zdenerwowany i pełen jakieś dziwnej negatywnych emocji głos sprawił, że niemal natychmiast otworzyła oczy.
    Podążyła prędko za źródłem tej dość agresywnej uwagi, a wtedy jej wzrok spoczął na kobiecie, która siedziała trzy rzędy dalej, oraz małą dziewczynkę. Momentalnie zobaczyła na jej twarzyczce lęk i strach i mimo że powiedziała to nieco ciszej, usłyszała jej skruszony głos:
    — Przepraszam mamusiu.
    Zmrużyła powieki, wciąż zerkając w tamtą stronę. Tak naprawdę to zachowanie było dosyć dziwne, bo ta mała na oko pięcioletnia dziewczynka nie robiła nic złego. Siedziała grzecznie na siedzeniu między swoją matką a skrytym pod kapturem mężczyzną i nie musiała nawet przyglądać się, by wiedzieć kto, się tam skrywa. Na jej nieszczęście znała go bardzo dobrze. Jednak nie zamierzała zwracać na niego zbytniej uwagi. Jednak pewna myśl zaczęła ją coraz bardziej dręczyć i nie dawać spokoju.
    Nie zamierzała jednak siedzieć i się nad tym głowić i odwróciła się do Chestera z pytaniem:
    — Może wciskam nos w nie swoje sprawy, ale… — odezwała się, czym zwróciła uwagę starszego brata — Co to za dziecko? — zainteresowała się.
    Może nie powinna pytać, jednak ta kwestia nie dawała jej spokoju z bardzo prostego powodu. Kobietą, która prawdopodobnie była matka tej dziewczynki była nie, jaka Taylor Shinoda, czyli obecna żona jej byłego partnera i widząc to, nie zamierzała ukrywać swojego zdumienia czy zaskoczenia, bo doskonale pamiętała z właśnie jego opowieści, podejście tej kobiety do dzieci, co zrobiła z ciążą, która tak naprawdę była powodem zniszczenia po raz pierwszy ich związku.
    — Uspokoję cię mała, chociaż wiem, że Mike to dla ciebie temat zamknięty to nie jest jego dziecko — zapewnił ją Brad.
    — Ciężko, żeby było — skomentował kąśliwie piosenkarz — Skoro oni rozwiedli się z dziewięć lat temu, a ta mała ma najwyżej pięć lat — rzucił z ironią.
    — W takim razie…?
    — To jest córka Taylor — wyjaśnił główny gitarzysta — Tak naprawdę można powiedzieć sobie wprost. Wpadła i ją urodziła — dodał drwiąco.
    Spojrzała ponownie na tą dość małą rodzinę jednak pohamowała się przed dalszym komentowaniem, bo tak naprawdę nie zamierzała mówić prawdy, która dzieliła obojga małżonków oraz w tym przypadku i ona znała przerażającą prawdę. Pomimo jej ogromnej nienawiści do byłego narzeczonego, jaką w sobie żywiła. Nie zamierzała jednak być dosłownie handlarzem tych informacji i wręcz w perfidny i paskudny sposób wykorzystywać ich do swoich celów. Wiedziała, jak bardzo traumatyczne było to dla niego przeżyciem i mimo tego jak obecnie wiele ich dzieli i spotkała się przez pewien czas z nieprzyjemnościami z jego strony, to potrafiła wykazać się sumiennością i wciąż zachowywać tylko dla siebie z tym, czym podzielił się z nią Mike i potrafiła dochować sekretu gdy ją o to poprosił i ktoś by mógł powiedzieć, że skoro był dla niej tak wredny, opryskliwy niemal chamski powinna to powiedzieć, ale nie!
    Potrafiła wykazać się honorem i pomimo przykrości być wciąż powiernikiem jego tajemnicy. Kim by była gdyby w tak odrażający sposób wykorzystała to, że wie o tym, że Taylor usunęła ciąże, a on mocno to przeżył. Tak naprawdę sobie nie potrafiłaby wtedy spojrzeć w oczy gdyby coś takiego zrobiła.
    Dlatego na ironie Mike mógł być pewny i nie obawiać się, że coś wygada.
    I równie, że nie był to temat do rozmów, czy plotkowania.
    — Nic więcej nie wiemy — przyznał Chester w końcu — Praktycznie Adam dowiedział się nagle od Mike, że chce zabrać i Taylor i właśnie tą małą na trasę. Tak naprawdę nie wtrącaliśmy się w to, bo miał prawo, zabrać kogo chciał, a skoro uznał, że chce zabrać żonę i przybraną córkę…
    — Przybraną córkę? — powtórzyła jego słowa, odwracając się gwałtownie do niego — Przecież on nie ma dzieci — zauważyła.
    — Owszem młoda. Nie wiem ile w tym prawdy czy to tylko pogłoska, bo to usłyszałem tak naprawdę od osoby postronnej, ale pragnie zdecydować się na adopcje tej małej, pomijając kwestie, że wraz z małżonką deklarują się, że chcą swoje dziecko, to dla tej małej chce zostać ojczymem — stwierdził piosenkarz — Ale oboje zdajemy sobie sprawę — podkreślił, a ona wpatrzyła się w ciemne spojrzenie — Sama procedura trwa niezwykle długo. Również zależy fakt, kto jest wpisany jako ojciec w akcie urodzenia. Jeśli jest nieznany, sytuacja nieco się polepsza, ale nie sprawia ze procedura może się skrócić. W przypadku ciebie musiałem zmusić ojca, do zrzeknięcia się praw do ciebie, bym mógł cię adoptować.
    — Pewnie i tak stwierdził, że jesteś idiotą, który porywa się na adopcje jakieś podlotka — nie potrafiła się pohamować przed sarkazmem w swoim głosie.
    Doskonale oboje znali podejście tego faceta do niej i nie byłaby nawet zdziwona gdyby faktycznie tak było, że już na samym początku Chester napotkał utrudnienia w jego osobie.
    — Jakbyś przy tym była — odezwał się z lekkim rozbawieniem w głosie.
    Teraz sytuacja była dla niego niezwykle zabawna, jednak wtedy nie było mu wcale do śmiechu. Obiecał coś sam sobie i po części umierającej matce, że odzyska siostrą, jednak jego ojciec uznał to za niezwykle urażające jego dumę, że pragnie odzyskać niewartościowego śmiecia, jak to określił wtedy Julie. Naprawdę wstyd mu było, że ten człowiek tak wyraża się o własnym dziecku i tak jej nie uznał jednak to odrażające jak perfidnym człowiekiem był pełen wręcz nieskrywanej nienawiści do niewinnej dziewczynki, która niczemu nie zawiniła przed laty. Nie prosiła się na ten świat, a od dziecka musiała sobie radzić, z tym że jest po prostu odrzucona i pomimo swoich początkowych niechęci to zdecydował się na to, by ją adoptować po latach, nie żałuje swojej decyzji i ani jednego dnia gdy musiał użerać się z ośrodkiem adopcyjnym czy urzędnikami, by móc ją wreszcie zabrać do siebie i stać się dla niej rodziną.
    Dało się słyszeć, jej niespodziewane prychniecie i widział jak na jej usta, ciśnie się dość złośliwy komentarz, ale pohamowała się przed tym.
    — Ale to mnie dziwi — odezwał się Brad — Dobrze wiemy, o tym, że Mike pragnie dziecka, ale nagle decyduje się na adopcje dziecka byłej żony.
    — Obecnej — poprawiła go Anais.
    — Sam fakt jest zastanawiający — zignorował jej uwagę, bo doskonale o tym wiedział — Co mu strzeliło do głowy, przecież dobrze wiemy — zwrócił się do Chestera — Jak mocno przeżył rozstanie z nią i wpakuje się znowu w to samo — zastanawiał się na głos.
    — Pewnie mu się spodobało po tym jak się z nią przespał — skomentowała zgryźliwie Julia.
    Niespodziewanie poczuła kilka par oczu na sobie i usłyszała ciche westchnienia. Mogła oczywiście ugryźć się w język i nie komentować tego, bo ponownie jednak pokazała, jak w dalszym ciągu ma żal do niego o to co się wydarzyło. Mogła schować dumę do kieszeni i o tym zapomnieć, ale gdy widziała go wraz z tą kobietą, przypominało się jej, jak perfidnie ją oszukał i nie, nie wzbierała w niej chęć wylewania bólu w postaci łez, a raczej czuła same negatywne odczucia względem nich, ale to ignorowała, bo uznała ze nie są godni jej uwagi ani szargania jej nerwów.
    — Nie zapomnisz mu tego co? — odezwał się Delson.
    — A dziwisz się jej? — zapytała jego partnerka — Musi teraz oglądać, jak jej były prowadza się z francą, która zniszczyła jej związek. Może tego głośno nie mówi, ale ją to nadal boli.
    — Raczej wkurwia — zaznaczyła.
    Wkrótce rozbrzmiał komunikat, który oznajmiał, że właśnie na płycie lotniska pojawił się ich prywatny samolot, którym mieli lecieć. Odwróciła się w tamtą stronę i zobaczyła nieco mniejszy samolot od tych zwyczajnych. Po części rozumiała czemu, decydują się obecnie na dość kameralne lody, od których tak stroniła. Z uwagi na dość delikatny sprzęt a szczególności stanowisko Joe, teraz mogli sobie pozwalać na takie lody, jednak i tak w innych przypadkach latali liniami komercyjnymi. Jednak trzeba mieć na uwadze, że to sprzęt swoje kosztował i wymaga jednak odpowiednich warunków przewozowych czy przechowywania.
    Jednak zanim mogli jednak wejść na pokład musiał zostać rozpakowany z poprzedniej podróży, przygotowany i spakowany więc mieli jeszcze odrobinę czasu. Spojrzała w stronę dziewczynki, która wydawała się być już znudzona. Taylor siedziała z nosem w telefonie, nawet nie dając małej żadnej książeczki, a Mike nie ruszał się od dłuższej chwili, wyglądał, jakby mu się przysnęło. Znała go zbyt dobrze by móc się zorientować, kiedy spał, a kiedy nie. Szkoda było jej tej małej gdy siedziała na plastikowym krzesełku i machała nóżkami i rozglądała się wokół, próbując pewnie się czymś zająć. W końcu wykorzystała nieuwagę matki i zsunęła się ze stołka i zaczęła krążyć między siedzeniami, udając, że gra w klasy.
    Gdy widziała, co się dzieje to pomimo jej szczerej nienawiści do matki i opiekuna, małej to jej było jej szkoda, bo wiadomo, że każdy nudzi się, czekając na lot, a dzieci jeszcze bardziej. Tak naprawdę ona sama nie miała za wiele do zaoferowania prócz kredek, ołówków i szkicownika, które miała w podróżnej torbie przy sobie, bo zawsze lubiła malować podczas lotu a z racji, że czekał, ją tak długi lot zabrała to ze sobą.
    W końcu wezwano, by mogli wsiąść do samolotu. Dość spora grupa dorosłych oraz jedno dziecko wstało w fotelu. Chwyciła torbę, która zwiesiła na ramieniu i tuż za Rob’m i Susan przeszła przez rękaw. Niespodziewnie gdy tak szła, poczuła się dość dziwnie, tak jakby ktoś ją obserwował. Wystarczyło, lekko się odwrócił, by zorientować się, że tuż za nią idzie Mike wraz z żoną, a tuż przed nimi szła pięciolatka, której się przyglądała chwile temu.
    Weszła na pokład, a powitała ich jedna ze stu stewardess, która miała obsługiwać ich lot i powitała każdego z nich. Rozejrzała się i ujrzała pojedyncze fotele, między którymi był mały stolik. Było tu kilka miejsc i większa część była już zajęta. Widząc wolne dwa miejsca naprzeciw Chestera i Anais po prostu je zajęła. Wsunęła torbę do schowka i niemal od razu zapięła pasy, uprzedzając jeszcze na hali Ricardo, że kończy, bo wchodzi na pokład. Nie chciała go zostawiać tak bez odzewu. Oparła głowę na oparciu i miała już zamkną oczy gdy zobaczyła jak mała dziewczynka kręci się i szuka miejsca. Aż dziwne było, że nie było widać za nią Taylor. Odruchowo spojrzała w stronę brata i jego dziewczyny, który wydali się też zdziwieni. Wkrótce jednak mała niepewnie podeszła do jednego wolnego miejsca, które na ironię losu było tuż naprzeciw niej.
    — Mogę tu usiąść? — zapytała wystraszona i bardzo niepewnie, wskazując na jedyny wolny fotel.
    — Oczywiście — skinęła głową, a potem widziała, jak mała wdrapuje się na siedzenie.
    Obserwowała ją i widziała, jak przez chwile męczy się z psami i może nie powinna się interesować, ale widząc, jak sobie nie daje rady. Odpięła swoje i podeszła bliżej niej i zmniejszyła pas, dostosują ją go do małej dziewczynki i wkrótce zapięła go pewnie i mocniej ścisnęła.
    — Wygodnie? — zapytała, a w jej głosie można było wyczuć nutkę troski i ciepła.
    — T… tak — odpowiedziała cicho.
    — Gdyby było za mocno, to mów zawsze zmienię — zauważyła — Gdy będziemy startować, musisz być przypięta i być ci wygodnie — mówiła.
    Na samo wspomnienie o stracie zobaczyła, jak pięciolatka zlękła się jeszcze bardziej co momentalnie sprawiło, że w jej głowie pojawił się sygnał ostrzegawczy. Ona wyglądała, jakby to był jej pierwszy lot, co ją wręcz zdumiało, to jej matka nie zadbała, by z nią usiąść i zadbać by mała dobrze się poczuła w samolocie. Przelotnie zerknęła po kabinie i widziała, jak siedzi dwa siedzenia dalej naprzeciw Michaela, który ani na moment nie zdjął kaptura i nadal się pod nim krył. Westchnęła cicho i spojrzała ponownie w zielonkawe oczy dziewczynki.
    — Pierwszy raz lecisz? — zapytała ciepłym tonem.
    Widziała jak delikatnie skinęła głową zlękniona, po czym powiedziała:
    — Tak, boję się — przyznała drącym głosem.
    Może nie powinna, ale zdecydowała się jednak małą uspokoić przed lotem.
    — Wiesz, ja też pierwszy raz się bałam — powiedziała, chociaż ona nigdy nie poczuła jakiegoś strachu przed lotem.
    — Naprawdę? — zainteresowała się — Teraz się pani nie boi? — pytała.
    — A może mi mała księżniczka powiedzieć, jak ma na imię? — zagadnęła nagle.
    — Summer — powiedziała grzecznie.
    — A może Summy będzie lepsze, takie małe słoneczko — powiedziała z uśmiechem.
    Widziała, jak mała nagle się rozpromieniła, co doskonale pokazało, że idzie w dobrym kierunku.
    — A ja mam na imię Julia — przestawiła się.
    — Jakie ładne imię — zachwyciła się — A mogę mówić ciociu? — spytała nagle.
    — Pewnie, że tak…
    — Proszę już usiąść na miejscu, zaraz startujemy.
    Nagle podeszła do niej jedna z kobiet z obsługi upominając ją, że nie jest na miejscu. Owszem, ale chciała przed startem uspokoić wystraszone dziecko.
    — Minutkę proszę, chce małą uspokoić — powiedziała do kobiety.
    — Pierwszy lot córki?
    — To nie moje dziecko — odparła spokojnie.
    Wkrótce wraz ze stewardessą udało się ją uspokoić małą. Zapewniając ją, że tam u góry będzie mieć bardzo ładne widoczki z góry, co zaciekawiło małą Summer, która w końcu tuląc misia, który dostała od kobiety, z pokładu siedziała spokojnie, a ona mogła usiąść naprzeciw i ją obserwować.
    Wkrótce dało się wyczuć, jak samolot pędzi po płycie lotnika, a po chwili wznosi się do góry, ona ani na moment nie spuściła wzroku z małej, której twarz napięła się gdy tylko poczuła, jak maszyna odrywa się od ziemi. Obawiała się, że może krzyczeć, jednak po tym gdy w końcu wnieśli się w powietrze strach ustąpił gdy zerknęła w okno obok i zobaczyła widok, który ją zachwycił.
    — Jak ładnie…
    Lot trwał w najlepsze, praktycznie większość jej bliskich przysnęła na swoich siedzeniach, tylko nie ona. Mimo że miała ochotę spać, jeszcze przed wypiciem kawy teraz miała mniejszą ochotę, bo była po prostu pobudzona. Siedziała spokojnie skupiona na swoim szkicowniku, gdy mała, która usadowiła się, przed nią spoglądała za okno, obserwując widok, który towarzyszył im w dole. Pomimo początkowego strachu teraz była wniebowzięta, gdy widziała, jak wszystko jest malutkie. Ona skupiła się na obrazie, który tworzyła a tak naprawdę na autoportrecie Alice, która zasnęła na swojej poduszce, a ona miała wręcz idealną okazję, by ją namalować.
    Była tak bardzo skupiona na rysunku, że nie dostrzegła momentu jak mała w końcu zeszła z fotela i podeszła bliżej niej i niespodziewanie zajrzała za jej ramię. Mogli już swobodnie chodzić po samolocie co wykorzystali po tym gdy mogli się ruszyć, by potem zapaść w sen.
    — Ale ciocia ładnie maluje — odezwał się nagle podekscytowany dziewczęcy głos.
    Drgnęła wystraszona i spojrzała na małą, która przyglądała się jej.
    — Jakiegoś tutaj podglądacza tutaj widzę — rzekła wesoło, delikatnie robiąc pstryczek w nos małej.
    Momentalnie zobaczyła, jak jej policzki się zarumieniły ze zawstydzenia i wydusiła:
    — Przepraszam, nie powinnam — rzekła przepraszająco.
    Widziała, jak chciała już odejść, ale szybko rzuciła propozycje:
    — A co powiesz na to, byśmy razem porysowały? — zapytała, odwracając kartkę na czystą.
    Widziała jak Summer momentalnie podnosi podekscytowana główkę i podchodzi do niej. Prędko chwyciła ją za ramiona i usadziła na swoich kolanach, ówcześnie okładając szkicownik na stolik przed nimi.
    Nie miała pojęcia, że przez cały czas była uważnie obserwowane przez parę czujnych ciemnych oczu.

No comments:

Post a Comment