Saturday, April 12, 2025

V 17 — WYNOŚ SIĘ

    Słyszała głos.
    Taki spokojny i cichy, a zarazem przepełniony sennością. Ton głosu, który był jej tak bliski, dobiegł ją jakby w oddali. Docierały do niej te pierwsze dźwięki i z każdą chwilą miała poczucie, że stają one się coraz głośniejsze, niemal wyraźniejsze co sprawiało, że pragnęła coraz bardziej podążać w tym kierunku.
    Ta barwa ją wiodła, za każdym razem gdy jej nie mogła usłyszeć, tak bardzo chciała ją znowu ją słyszeć.
    Dotyk.
    Tak znajomy i ciepły, a zarazem wydawał się tak bardzo jej odległy. Czuła jakby podążała we właściwym kierunku, jednak potrzebowała tego przewodnika, tego, który w końcu pomoże wyprowadzić ją z tego mglistego świata, w którym tkwiła od dłuższego czasu. Czuła się już nim potwornie zmęczona, chciała tam powrócić, jednak coś nie pozwalało jej tego zrobić, gdy próbowała się zbliżyć, czuła jakby niewidzialną ścianę, w którą mocno uderzała, jednak teraz, mimo że szła tą samą drogą, nie czuła, by coś ją zatrzymywało.
    Nie napotkała po raz kolejny ten kolejnej bariery, czy możliwe, że w końcu pozwolono jej się wyrwać z tych odmętów, z tej ogarniającej ją pustki i móc wrócić do rzeczywistości? Tkwienie tutaj było koszmarem, w którym co jakiś czas powracały do niej wspomnienia, których tak panicznie się bała. Siedząc skulona, widziała przed sobą niczym slajdy przewijającego się przed oczami tego demonicznego miejsca, tego co w nim przeżyła.
    Kuliła się ze strachu za każdym razem, jak to dostrzegała swój własny wizerunek, pokaleczonym przez psychopatę, widziała czarne krwiaki na swoim ciele. Miała ochotę płakać, ale nie mogła, widząc tego kata tuż nad sobą.
    Strach przenikał jej serce niczym ostry sztylet. Głupotą byłoby uznanie, że nie mogła się niczego lękać, widząc te straszne obrazy, które wyświetlały się na projektorze. To nie było normalne by wykazywała się odwagą gdy jaj ciałem wstrząsał dreszcz panicznych obaw.
    Gdyby mogła, zapewne uroniła kilka łez, lecz nic nie mogła wypłynąć spod jej oczu.
    Potrzebowała dłuższego czasu, by zrozumieć, że więzi ją jej własny umysł, z którego bezskutecznie starała się wyrwać, jednak teraz w końcu zaniknęła ta blokada i czy w końcu może się stąd wyrwać.
    Idąc tą ścieżką, słyszała pewne odgłosy:
    — Ona się budzi.
    Znała ten głos, wręcz puściła się biegiem, by w końcu wyrwać się z tej otaczającej ją przenikliwej mgły, by po krótkiej chwili dosłyszeć inny równie znaną jej barwę głosu, do której tak bardzo chciała się przedrzeć.
    — Nie sądzę, pewnie znowu dręczą ją koszmary — powiedział zasmuconym głosem.
    Gdy sen tych słów do niej dotarł, poczuła jeszcze większe pragnienie, by do niego się dostać. Nie zamierzała już pozostać bierną i gdy z każdą chwilą odgłosy, które ją otaczały, stawały się wyraźniejsze, wiedziała, że jest na dobrej drodze.
    Kurczowo ścisnęła dłoń, która wciąż ją trzymała, jakby dając znak, że tutaj jest, by dać im znak, że tutaj jest, że do nich wraca. Czuł jak ktoś delikatnie kciukiem, głaszcze wierzch jej ręki, po czym lekko je zaciska, jakby zrozumiał jej nieświadomy przekaz. To wystarczyło, by ją zmotywować, by nie zaprzestała podążać we właściwym kierunku.
    — Miałeś racje — dobiegł ją znowu ten sam ton głosu tym razem o wiele będący o wiele szczęśliwszym — Budzi się — dodał bardziej uradowany — Bella słyszysz mnie? — zapytał już ją bezpośrednio.
    — Daj jej chwilę — upomniał go drugi z mężczyzn — Potrzebuje chwili, by się przebudzić — zauważył słusznie.
    — Ale przynajmniej do nas wraca…
    Zebrała się na odwagę i powoli postarała się uchylić jedno z oczu, prędko jednak musiała je zmrużyć, gdy poraził ją dziwny poblask jasności. Czuła jakby coś tkwiło pod jej nosem, jednak mogła z czasem zrozumieć gdy docierały do jej nozdrzy podmuchy świeżego tlenu, że musiała mieć coś na wzór wąsów tlenowych. Odzyskiwała coraz bardziej świadomość, a ją dobiegł dźwięk pikających tuż nad nią urządzeń.
    Ponownie postarała się uchylić jedno z oczu, jednak niczego nie dostrzegła.
    Spróbowała znowu przymknąć i otworzyć na nowo, jednak jedyne co ujrzała to zamglone obrazy przed sobą. Serce w jej piersi zaczęło bić coraz mocniej, a ona czuła, jak panikuje, gdy ponownie bezskutecznie nie udała się próba dostrzeżenie obrazów wyraźnych konturów. Wszystko się rozmazywało.
    — Bella? — ktoś obok niej był, ale nie mogła go dostrzec.
    Nawet nie dostrzegła tego momentu gdy powoli spod jej powiek, zaczęły sączyć się łzy, jednak one ginęły w czymś, co było przyłożone do jej twarzy.
    — Co… co się dzieje? — wyszeptała cicho.
    — Julio, proszę, uspokój się — poprosił ten sam głos — To ja Ricardo, nie masz czego się bać — próbował ją uspokoić.
    Ona jednak nie zwróciła większej uwagi na jego słowa, bo ogarnęła ją przemożna chęć strachu i wręcz paniki gdy pojęła powagę sytuacji. Próbowała bezskutecznie coś ujrzeć, jednak rozmywało się to we mgle i zaczęła się tego bać, jak tylko mogła. To ją wręcz przerażało, wokół siebie słyszała różne dźwięki, odgłosy, rozmowy, ale nie mogła niczego wyraźnie zobaczyć.
    — Ja… ja niczego… nie widzę — powiedziała wręcz pełnym drżenia głosem.
    Mogła tylko ujrzeć, kontury postaci, które jednocześnie spojrzały na siebie, lecz nie mogli dojrzeć wręcz strachu, które pojawił się w ich oczach. Lekarze ostrzegali ich, że muszą się liczyć z tym, że gdy się przebudzi, dowiedzą się znacznie więcej w tym, czy jej wzrok był uszkodzony, czego się obawiano, teraz gdy słyszeli wprost z jej ust, że nie mogła dostrzec ich, mimo że byli zupełnie obok siebie, to sprawiło, że poczuli przenikliwe chłód, który ich przeszył, który nie zwiastował niczego dobrego.
    — Wezwij lekarzy — powiedział z powagą Ricardo.
    Anthony bez słowa podszedł do panelu, gdzie mogli wezwać medyków czy pielęgniarki i wcisnął jeden z przycisków i ponownie zwrócił się w kierunku Julii, po której mogli dostrzec tylko po jednym z jej oczu przejmujące ją uczucia. Większość jej twarzy pokrywały opatrunki, które skrywały poważne rany po dość mocnym kwasie.
    — Señorita proszę, zachowaj spokój — prosił ją.
    — Ale… ale co się dzieje? — pytała głęboko wystraszonym głosem — Ja nie… ja nie widzę!
    Oboje jednocześnie zobaczyli, jak spod jej powieki popłynęły łzy i nie byli ani trochę zaskoczeni, że była tak bardzo przestraszona. Każdy w takiej sytuacji czułby się podobnie, gdyby okazało się, że nie mógł ujrzeć dobrze nawet najbliższych, wokół niej osób to nie było dosyć przyjemne uczucie.
    Medycy ostrzegali ich, że muszą się liczyć z tym, że jest duża możliwość tego, że wzrok dziewczyny będzie w jakimś stopniu uszkodzony. Większa część jej twarzy była poparzyła, a część tej kwasu mogła wedrzeć się pod rogówkę oka i mogła spodobać spustoszenie w jej spojrzeniu.
    — Sami chcielibyśmy to wiedzieć Julio — odezwał się jej wieloletni przyjaciel.
    — Tony? — dało się słyszeć zaskoczenie w jej głosie, gdy tylko go usłyszała.
    — Tak to ja, jestem tutaj tylko ja i Ricardo i nie nikt więcej — zapewnił ją.
    — Czy…?
    — Nie, nie ma go tutaj — zapewnił ją.
    Nie musiała nawet pytać, by wiedział, kogo ma na myśli. Zrozumiał to na tyle dobrze, że ideacja praktycznie była znikoma. Znali się zbyt dobrze by nie domyślić się co ta druga osoba myśl, w tym przypadku zrozumiał, o kogo jej chodzi, a raczej o pewnego zdrajcę, którego nie chciała oglądać, a on nie zamierzał go absolutnie do niej wpuszczać.
    Ona teraz będzie potrzebowała spokoju i ciszy, a nie kłócenia się z facetem, który tak bardzo ją zranił. Nie potrafił nazwać go już jej bratem, nie po tym gdy sam się jej wyparł. Może to wydawać się być drobiazgowe, jednak wystarczyło się domyśleć, by pojąć, że mimo że dopiero co wyrwała się ze śpiączki, nie miała chęci się z nim rozmawiać.
    — Nie…
    — Bella, oboje o tym wiemy i możesz być pewna, że go tutaj nie ma, teraz proszę, skup się na tym, by odpoczywać. Za krótki moment przyjdą…
    Nie był w stanie dokończyć swojej myśli, bo dało się słyszeć skrzypienie drzwi. Odwrócił się w tamtym kierunku i zobaczył lekarza prowadzącego Julie w asyście drugiego, a tuż za nimi można było zobaczyć dwie pielęgniarki, które miały pomóc.
    — Kiedy się przebudziła? — zapytał medyk, spoglądając na dwójkę mężczyzn.
    — Dosłownie przed dwoma minutami — odpowiedział Anthony.
    Starszy mężczyzna podszedł bliżej i zwrócił się bezpośrednio do nich, zanim przystąpił do badania pacjentki, która byłą dla nich dość ciężkich przypadkiem. W swojej karierze spotkał się z wieloma dość poważnymi przypadkami, jednak ta dziewczyna pomimo wielu obrażeń, jakie doświadczyła, wręcz cudem przeżyła te najgorsze dni, gdzie mogła zatrzymać się jej akcja serca. Śniła przez kilka tygodni jednak spodziewali się ze prędko się nie przebudzi teraz mogli zobaczyć ją wystraszoną tam, gdzie nie było opatrunków.
    — Ale… — zaczął powoli Tony.
    — Zapewniam panów, że nic waszej przyjaciółce i partnerce się nie stanie. Pragniemy ją przebadać. Czy…
    — Ja nie widzę! — nagle wyrwał się jej spanikowany głos.
    Dało się słyszeć ciche westchnięcie z ust Madisona i popatrzył znacząco na dwoje mężczyzn którzy trwali przy łóżku dość młodej dziewczyny.
    — Proszę panów o wyjście. Zostaniecie poproszeni powrotem już po wywiadzie z pacjentką — po czym zwrócił się do Hiszpana — Czy może zaczekać pan za drzwiami? — zapytał po hiszpańsku.
    — Czy jest to konieczne?
    — Zapewniam pana, że tak, muszę ją zbadać, a pana wezwę potem — zapewnił.
    Popatrzył po raz ostatni na Julie i przytaknął delikatnie, po czym zwrócił się do niej:
    — Za moment wrócę — zapewnił ją.
    Po krótkiej chwili wyczuła, jak poluźnił ich uścisk, a ona wręcz niechętnie to przyjęła.
    — Gdzie…?
    — Wrócę skarbie — uspokoił ją — Będę tuż za drzwiami…
    Wkrótce obaj mężczyźni pomimo niechęci opuścili sale, zostawiając dziewczynę samą z personalem.

    — Anthony do jasnej cholery! — po korytarzu rozniósł się bardzo rozwścieczony muzyka — Mam prawo się z nią zobaczyć!
    — Nawet nie próbuj używać tego argumentu — wszedł mu niepodziewanie w zdanie.
    Był już zupełnie zmęczony zachowaniem tego człowieka, od momentu gdy Julia przebudziła się, minęło kilka dni, oczywiście on nie informował go o tym. Nie miał, pojęcia jak się dowiedział, jednak nie dało się ukryć, że w ostatnim czasie wykazywał się namolnością i jeszcze większą upierdliwością, pragnąc się zobaczyć się z osobą, którą tak łatwo ocenił i sam wręcz wydał w ręce sprawiedliwości.
    I owszem to były jego uprzedzenia, jednak doskonale również wiedział, że jego przyjaciółka zwyczajnie nie chciała go widzieć. Rozmawiał z nią na ten temat i kategorycznie odmówiła wpuszczenia kogokolwiek prócz niego i swojego męża. Nadal miała ogromny żal do muzyka i można stwierdzić, że takie wydarzenia zmieniają postrzeganie i myślenie i tutaj owszem można było się zgodzić, jednak na chwilę obecną sama powiedziała, ze nie jest gotowa go zobaczyć.
    Ona sama nie czuła się dobrze, nie tylko fizycznie, ale również psychicznie. Wydarzenia mocno wpłynęły na jej umysł i nigdy nie widział jej tak bardzo przybitej wręcz przygnębionej jak obecnie. Nie chciał spekulować ani snuć domysłów, bo od tego są specjaliści, z którymi ma wkrótce porozmawiać na temat swojego stanu psychicznego jednak przeżycia z tamtego miejsca wywoływały u niej tramę i można to dostrzec.
    Zaczęła unikać dotyku nawet własnego męża, co było wręcz przypomnieniem tego, jaka była jako nastolatka, niezwykle cicha i skryta i wycofana teraz miał poczucie, że pomimo swojej dorosłości spogląda na tę samą dziewczynę co przed paroma laty i absolutnie nie zamierzał mówić, że było to złe, bo byłby zupełnym głupcem, zwłaszcza że domyślał się jaki koszmar tam musiała przejść.
    Strach i liczne obawy były wręcz czymś, z czym musiała się zmagać w ostatnie dni prócz oczywistych zdrowotnych symptomów.
    — Proszę, zależy mi na tym — błagał.
    — Chester zrozum to w końcu, tym razem to nie ja decyduje — powiedział z głębokim westchnieniem — Ona nie chce cię widzieć! — powiedział po raz kolejny, starając mu się to wręcz wbić do głowy.
    — Kłamiesz! — stwierdził ostro — Nie opuszczę tego miejsca, dopóki sama mi tego nie powie.
    — Jak ja ci mam w końcu wytłumaczyć, że Julia wyraźnie podkreśliła. Ty i ta twoja ekipa nie macie się do niej zbliżać! Zamiast to uszanować i dać jej po prostu spokój, zwłaszcza że go naprawdę dużo potrzebuje, to przychodzisz tutaj i domagasz się widzenia z nią — mówił cierpliwie — Pomijając moje własne uprzedzenia w stosunku do ciebie, jednak teraz działał w jej imieniu, a ona po prostu nie chce widzieć twojego zakłamanego tyłka! — powiedział bardzo stanowczym głosem.
    Widział jak kręci głową, jakby w ogóle nie chciał mu wierzyć. Jednak o ile wcześniej powstrzymywał go, bo tak po prostu chciał i domyślał się, że młoda artystka nie zechce go widzieć to tym razem, miał jedynie jej potwierdzenie, że własny brat jest tutaj bardzo niemile widziany.
    — Chce to usłyszeć prosto od niej! — odezwał się twardo Rivera.
    Czując się zupełnie zrezygnowany jego nachalnością, zwrócił się do niego, mówiąc:
    — Zaczekaj tutaj — zaznaczył, podkreślając, że ma nigdzie nie iść — Pomówię z nią i zobaczę czy zapragnie się zobaczyć z takim zdradzieckim dupkiem — nie oszczędził sobie dość kąśliwej uwagi w jego kierunku.
    Wycofał się ostrożnie do sali, gdzie leżała jego wieloletnia przyjaciółka. Przymknął za sobą drzwi i podszedł bliżej łóżka i położył dłonie na jego oparciu i dopiero po krótkiej chwili zobaczył, jak Ricardo na moment przestaje mówić i zwraca się w jego stronę.
    — Co się dzieje? — spytał z powagą.
    — Julio — zwrócił się do leżącej na łóżku dziewczyny.
    Widziała, jak wiodła wzrokiem w jego kierunku. Po wstępnych badaniach udało się w małym stopniu przywrócić jej wzrok. Zastosowano pewną terapię, która pozwoliła jej znowu zobaczyć, jednak nie była ona na tyle skuteczna, by całkowicie wyleczyć jej uszkodzone spojrzenie, od tego momentu została zmuszona do noszenia okularów czy soczewek, które skorygują jej wzrok, o ile mogła normalnie, patrzeć to spojrzenie nie było już takie idealne jak przed wypadkiem.
    Oczywiście mocno przeżyła, tak znaczą utratę wzroku, to oczywiste jednak lekarze zapewnili ją, że po wprowadzeniu leczenia czy potem gdy zacznie nosić okulary, czy soczewki będzie mogła wieść całkiem normalne życie również dali jej nadzieje, że będzie mogła wrócić spowotem do jazdy samochodem, ale wciąż jest podawana terapii, która pomaga i są dobre rokowania.
    — Słucham? — zapytała z powagą i spokojem tak niepodobnym do niego.
    — On tutaj jest — oznajmił.
    Widział niesmak w spojrzeniu oczu dziewczyny, gdy zrozumiała sens jego słów, wyrzuciła po krótkiej chwili:
    — Prosiłam, cię byś go wyrzucił — rzuciła nieco ostrzejszym głosem.
    — Myślisz, że nie próbowałem? — zapytał, zwracając się do niej — Jest nieugięty, nie chce odejść — dodał.
    Niestety doskonale wiedziała, że bycie bardzo upartym, on jak i niestety również ona mieli po ich pieprzonym ojcu, więc zdawała sobie sprawę, że jednak próby wygonienia go z placówki na nic się nie zdadzą, pomimo że Anthony wykazywał się ogromną cierpliwością.
    Nie miała jednak absolutnie chęci się z nim widzieć, jednak zdawała sobie sprawę, że jednak musiała stawić mu czoła mimo swojej niechęci i powiedzieć mu prosto w twarz, że ma po prostu się wynosić. Niech Michaela sobie odwiedza jeśli to robi, jednak u niej miał się nie pokazywać.
    — Poproś go — zwróciła się do przyjaciela.
    — Ale… — zaczął powoli.
    — Niestety sama muszę się go pozbyć — jej głos, pomimo że mogło się wydawać spokojny i opanowany można było uznać, że nie przeżyła wiele.
    Było to jednak złudne przekonanie, ponieważ, ona w taki sposób dragowała każdą krzywdę. Rzadko płakała, krzyczała czy po prostu wykazywała się agresją. Ona często przeżywała to sama w sobie, chociaż nie jednokrotnie uroniła przy nich łzy, jednak wiedzieli, że ona potrzebuje tego.
    Widziała, jak przyjaciel wychodzi na moment, po czym znika za ścianką, która oddzielała, pokój od wejścia by po krótkiej chwili wrócił wraz z jej bratem. Zmierzyła go spojrzeniem i, prawdę mówiąc, nie dostrzegła w nim żadnej zmiany prócz tego, że wyglądał na jeszcze bardzo zmęczonego. Gdy tylko spojrzała w jego oczy, dostrzegła w nich wręcz przerażenie, jednak po raz pierwszy widział ją od czasu odnalezienia. Nie zdawał sobie sprawę o tak znaczących ranach na jej ciele. Widziała, jak otwiera usta gotów coś powiedzieć.
    — Julio… — zaczął.
    — Posłuchaj mnie Chester — przerwała mu jednak raptownie — Powiem to raz a wyraźnie — odezwała się wręcz bardziej groźnym głosem — Nie życzę sobie twoich odwiedzin, nie chce, byś mnie nękał, czy nachodził Ricardo i Anthony’ego!
    — Są dla ciebie ważniejsi?
    — Sam sobie zgotowałeś taki los Rivera — rzuciła wręcz ze wściekłością — Nigdy nie dałam ci powodu, byś się na mnie zwiódł. Gdy ja ratowałam twojego wieloletniego przyjaciela, ty wolałeś posądzić mnie o próbę zabójstwa. Prosiłam cię w więzieniu, byś mnie wysłuchał, przypomnij mi, co wtedy do mnie powiedziałeś — powiedziała z naciskiem.
    — Julio…
    — Mów! — niemal zagrzmiała.
    W sali nagle zapanowała chwila dość głębokiej i niezręcznej ciszy. Kiedyś byli bardzo oddanym sobie rodzeństwem, nie pozwolili, by ktokolwiek obrazić drugiego. Łącząca ich zażyłość była niezwykle silna. Stworzyli wieść, o której wielu mogło pozazdrościć, teraz dzieliła ich ogromna przepaść. Rów, który wręcz był wykopany przez niego, bo ona nie poczuwała się do tego, by czuć się winną zaistniałej sytuacji, gdy ona za jego plecami robiła tyle dobrego, a sam uznał ją za winną złego stanu przyjaciela.
    — Gadaj! — wręcz syknęła na niego.
    — Jak mam ci uwierzyć — mruknął wręcz przez mocno zaciśnięte zęby — Dowody świadczą przeciwko tobie. Nie było nic, co mogło wybronić się z tej sytuacji, bo wszelkie zgromadzone rzeczy oraz zeznania nie przemawiały na twoją korzyść — sparafrazował swoje własne słowa, które pokierował tamtego pamiętnego dnia.
    — I?
    — Nie chce tego mówić — próbował się bronić.
    Ona jednak pozostała nieugięta. Mogła przejść wiele, jednak nie zapomniała krzywd jej wyrządzonych nieważne czy teraz tego teraz ktoś żałować, czy nie, a on nie był wyjątkiem od reszty.
    — Rivera! — jej ton głosu wręcz przeszył wszystkich na wskroś.
    Nigdy nie widzieli jej w tak zajadłym stanie. Widzieli ją wiele razy zdenerwowaną czy wkurzoną, a nawet wściekłą jednak by wykazywać się taką negatywnością, to jedynie ten skurwysyn mógł przebić zachowanie jej własnego brata.
    — Nie każ mi tego mówić! — błagał.
    Ona jednak pozostała nieustępliwa. Patrzyła na niego takim spojrzeniem, jakby pragnęła go tutaj na miejscu pozbawić życia. Widząc, że jednak nie zdoła ją ułagodzić, zwiesił delikatnie głowa i powiedział:
    — Wyrzekam się ciebie — te słowa wręcz nie chciały mu przejść przez gardło.
    — Czy ja muszę to tłumaczyć? — zapytała nagle — Nie chce cię tutaj widzieć Rivera! Nie chciałam tego nigdy mówić, ale sam powiedziałeś ojciec, miał racje w stosunku do ciebie, wracaj do swojego dawnego życia i po prostu zamknij ten rozdział nazywany mną — powiedziała.
    — Ale Julio…
    — Nie będę ci zakazywać widzenia z Michaela, a tutaj masz się nie pokazywać, bo jeśli znowu cię tutaj zobaczy albo Anthony czy Ricardo już nie będę ich hamować i spiorą ci twarz. A Tony wręcz jest chętny, by to zrobić — skinęła w stronę przyjaciela — Przykro mi, odzyskałeś mnie, ale również straciłeś. W taki sposób odpłaciłeś mi za to, że MIke nadal wtedy żył i uwierzyłeś rzeczywistemu sprawy. Co za hipokryzja — mruknęła pod koniec — Uważam naszą rozmowę za zakończona.
    Nie wyszedł jednak od razu, przez krótką chwilę stał tak i wpatrywał się w nią w chwili gdy ona odwróciła spojrzenie od niego. Widząc, jak Anthony podchodzi, zaczął się wycofywać.
    Stracił ukochaną siostrą z własnego błędu.






Sunday, April 6, 2025

V 16 — NIC NIE WIEDZIAŁA

    Prawie miesiąc.
    Od prawie czterech tygodni, pozostawała uśpiona, tkwiąc na pograniczu życia i śmierci. Tak można było podsumowania śniącą od dłuższego czasu młodą pacjentkę, która przeszła istny horror, a teraz będąc pod opieką jednych z lepszych specjalistów, pozostawała wciąż nieprzytomna.
    Czuł się zupełnie wykończony, nie zamierzał tego w żaden sposób ukrywać. Ostatnie tygodnie mocno dały się mu wyzanki, jak nie oczekiwanie na jakąkolwiek wieś od policji czy odnaleźli jego ukochaną, to teraz przesiadywał u jej boku, praktycznie dnie i noce nawet nie dbając o własne potrzeby.
    Nie miały one dla niego teraz takiego znaczenia, było to bardzo prozaiczne wręcz błahe w obliczu tego, że najbliższa mu sercu kobieta, leży od przeszło kilku tygodni, walcząc o życie, a on nie mógł zrobić zupełnie nic, by jej pomóc, by ją uratować. Mógł czekać i to było najbardziej frustrujące.
    Oczekiwanie.
    Jednak on był w tej sytuacji najmniej ważną osobą, bo jedyne co teraz się dla niego liczyło to ona. Młoda kobieta, która leżała wciąż bezwiednie na łóżku, podłączona do przeróżnych maszyn, które skrupulatnie monitorowały jej funkcje życiowe i tylko dzięki nim, mógł mieć jakąś cichą nadzieję, że pewnego dnia w końcu otworzy oczy.
    Przebudzi się z tego słodkiego snu, w którym tkwiła i ponownie będzie mógł ujrzeć, chociaż nikły blask w jej spojrzeniu. Nie pragnął wiele jedynie to, by w końcu się z tego przebudziła, bo jeśli to się zdarzy, rokowania będą lepsze, a teraz praktycznie to była walka, każdego dnia podejmowała batalie, walcząc o samą siebie, o to czy przetrwa go, czy zdoła przeżyć.
    Nigdy nie sądził, że znajdzie się w takiej sytuacji, jednak wiele osób by pomyślało, że melby w każdej chwili odejść.
    Zostawić ją!
    Nie brać tych zmartwień na siebie. Zwłaszcza że był młody i mógł nie przejmować się ledwie żywą żoną, jednak kim on wtedy był sam dla ciebie. Nie potrafiłby spojrzeć na siebie w lustrze, gdyby zdecydował się zachować jak ostatni tchórz i uciec byle dalej od niej. Nie po to przysięgał jej przed ołtarzem, że nie opuści jej, by teraz łamać tę obietnicę, jaką jej dał. Jednak jemu ani razu przez myśl, nie przeszło widmo porzucenia jej w szpitalu gdy tak naprawdę ona go w tej chwili najbardziej potrzebowała.
    Nie potrafił jej zostawić!
    Wiedział jedno, skrzywdziłby nie tylko ją i złamałby serce swojej żonie gdyby tuż po przebudzeniu nie zobaczyła go przy swoim łóżku, ale również siebie. On kochał ją do szaleństwa i liczył się z tym, że teraz jak i potem gdy zdoła się przebudzić, czeka ich wiele trudności, jednak był gotowy stawić czoła temu i pragnął ją wspierać i pomagać jak tylko mógł.
    Nie chciał tutaj być uszczypliwy czy kąśliwy w stosunku do jej brata i mimo że uważał, że zachował się haniebnie, to jednak nie zamierzał zgrywać, z siebie nie wiadomo jak cudownej osoby, dlatego, że przy niej trwał.
    Popatrzył z nieukrywanym smutkiem na dziewczynę, która od kilku tygodniu pozostawała wręcz w wegetatywnym stanie, zdana na opiekę lekarzy oraz pielęgniarek jednak wyniki badań z czasem zaczęły się polepszać. Nie było one jakieś wybitnie dobre, było jednak to małe zielone światełko, że może być lepiej.
    Właśnie, ale kiedy to się wydarzy?
    Tego nikt nie wiedział, nawet medycy, którzy się nią zajmowali, nie potrafili i nie chcieli określać momentu gdy w końcu się wyrwie z tego długiego snu, jednak jej ciało, organizm potrzebował czasu, by dojść do siebie i w jakiś stopniu się zregenerować, a to mogło potrwać naprawdę długo.
    Po tym koszmarze, jaki przeszła, osoby z wieloletnim doświadczeniem, nawet profesorowie mówili, że to cud, że ona nadal jest po prostu żywa.
    Przeszył go wręcz nieprzyjemny dreszcz, gdy przypomniał sobie jedną z rozmów z lekarzem, który mógł z nim pomówić po hiszpańsku z racji, że znał go bardzo dobrze i mógł mu wyjaśnić całą sytuację. Julia była w naprawdę opłakanym stanie, po wielu przeprowadzonych badaniach nawet oni byli przerażeni, tym jak została wręcz wyniszczona.
    Wciąż czuł ten nieprzyjemny dreszcz, rozumiejąc, że część jej organów wewnętrznych było w naprawdę kiepskim stanie, początkowo zastosowano u niej dializy, by pobudzić pracę nerek, która jedna z nich nie pracowała, prawidłowo była obawa, że będzie potrzebny, przetrzep, jednak obyło się bez tego, bo udało się przywrócić jej funkcjonowanie.
    — Pana partnerka może okazać się osobą bezpłodną.
    W jego głowie zaczęły odbijać się słowa lekarza, który podczas badań dostrzegł znaczne uszkodzenia macicy oraz narządów rozrodczych. Podczas badań ginekologicznych, na które została, zabrana wykazały one, że przez wiele dni jak nie cały ten czas Julia była podawana wielokrotnym gwałtowną obfitujące w ogromną brutalność.
    Gdy to usłyszał, niemal miał ochotę się rozpłakać. Chyba nikt nie mógł sobie wyobrazić nawet części tego, co ona musiała tam znosić. Świadomość, o takich nadużyciach sprawiało, że miał ochotę znaleźć tego psychopatę i go rozszarpać. Usilnie pragnął poddać go najgorszym torturom, jakie mógłby wymyślić i patrzeć jak cierpi i błaga o skrócenie jego mąk. Nie zamierzał darować takiemu skurwysynowi, gdyby nie fakt, że był trzymany jednym z więzień o zaostrzonym rygorze i słusznie, że był trzymany w takiej placówce, jedyne czego pragnął to, by skazano go na wyrok śmierci. Nie zasługiwał na dożywocie czy ileś lat więzienia, ale na pozbawienie go życia.
    Psychopata, który zniszczył jego żonę!
    Tak mógł go określić, diabeł w ludzkiej skórze. Potwór, który śmie chodzić po tej ziemi.
    Nienawidził go!
    Można powiedzieć, że to tyle, że jej stan jest stabilny i mimo obrażeń wewnętrznych będzie lepiej z czasem. No jeśli jej narządy były w tak opłakanym stanie, zżerane przez truzinę który ten skurwysyn jej podawał, jest praktycznie, niczym to wystarczyło spojrzeć na jej ciało. Prawdę mówiąc, obecnie nie miała zupełnie nic na sobie, okrywały ją jedynie bandaże, które kryły pod sobą oparzenia drugiego i trzeciego stopnia, nie było miejsc, które były lekko poparzone. Znaczna część jej ciała pokrywały oparzenia.
    I mimo że nie mógł ich dostrzec, bo za każdym razem gdy zmieniono jej opatrunki, a robiono to niemal codziennie, bo sączące się ropa czy krew sprawiały, że każdego wieczoru przychodzi, były pielęgniarki, wyganiając go do domu i pragnęły zmienić jej bandaże. Szacunkowo mówią, że ponad sześćdziesiąt procent jej ciała była spalone przez kwas.
    Nie potrafił uronić łzy gdy myślał w jak kiepskim, była stanie, do jakiego wręcz została doprowadzona przez te kilka tygodni, w których tkwiła zamknięta w tej ohydnej piwnicy, zakłóca w kajdany i łańcuchy.
    Gdy pokazano mu zdjęcia z tamtego miejsca, jak nigdy poczuł się słabo, nie był człowiekiem, który mdlał z byle powodu jednak widok tego małego pomieszczenia, w którym była więziona wraz z byłym narzeczonym, był po prostu straszny i wręcz wywoływał chęć wymiotów.
    Nie potrafił sobie nawet wyobrazić, co musieli znosić, przebywając tam, brud, smród i wręcz swąd tak można było określić to miejsce w kilku prostych słowach i były idealnym zwieńczeniem opisaniem tego więzienia.
    Bo tak to była ich cela bez wyjścia ta piwnica, w której ich trzymali.
    Delikatnie pogładził jej dłoń, którą trzymał, jedyne co mógł słuchać to pikania tych cholernych maszyn i mimo że bywały momenty, że go drażniły, wiedział, że gdyby nie one jego Julii już dawno by tu nie było. Spoglądał wręcz z nieukrywanym smutkiem na nią i pragnął tak bardzo zabrać od niej, chociaż część tego bólu i cierpienia, z jakim musiała sobie radzić.
    Czasami bywały momenty jak poruszała się niespokojnie, jakby wiedziona złymi koszmarami, za każdym razem liczył wtedy, że się przebudzi, jednak nadal pozostawała, głęboko uśpiona w swoim własnym umyślę.
    — Obudź się Bella — prosił po raz kolejny.
    Wiedział, że proszenie jej by się obudziła to puste słowa, jednak jak mówiono że gdy będzie do niej mówić, gdy będzie słyszała znajome głosy, to może będzie mogła się przebudzić i dla jednych to mogły być jedynie puste słowa, lecz dla niego były one bardzo ważne.
    — Wiesz, jak bardzo mi ciebie brakuje — wyszeptał, lekko ściskając jej dłoń, którą wciąż trzymał — Cholernie za tobą tęsknię — mówił cicho.
    Spokój, jaki tutaj panował pozwalał się wyciszyć i zebrać myśli, jednak jedyne, o czym teraz myślał to, by ona w końcu się przebudziła, o nic więcej nie prosił i nie pragnął jak właśnie tego.
    — Jak ona się czuje? — usłyszał za sobą znajomy głos.
    Nawet nie musiał się odwracać, by wiedzieć kto, za nim stoi. Prócz niego tylko on mógł przebywać u Julii. Owszem dostęp do jej Sali szpitalnej prócz personelu miało tylko ich dwoje i było to jak najbardziej rozsądna rzecz, bo z czasem ciągłe nachodzenia ze strony jej starszego brata stały się uciążliwe.
    I ktoś mógłby zarzucić im, że nie pozwalają się zobaczyć mu z własną siostrą i powinni na bok odłożyć ten topór i skupić się na niej, jednak oboje doskonale sobie zdawali sprawę, że Julia na pewno nie miałaby chęci widzieć kogoś, kto ją tak mocno zawiódł. Już podczas rozprawy była mocno rozczarowana jego postępowaniem. Dało się dostrzec ich rozmowę tuż przed procesem, a potem gdy prawda wyszła na jaw, cóż chyba nie tak to powinno wyglądać.
    Oboje uważali, że zachowanie starszego Rivery było po prostu haniebne i dostaje właśnie to, czego pragnął. Odsunął się sam od bliskiej mu osoby i oboje uważali, że nie miał mieć do nich pretensji, bo doskonale wiedzieli, że ona tego by pragnęła.
    — Bez zmian — westchnął cicho.
    — Jej braciszek nie daje spokoju — wydusił w końcu Anthony.
    Odwrócił się w jego kierunku, gdy on podszedł do niego i podał mu kubek z gorącą kawą.
    — Znowu? — spytał.
    — Owszem — westchnął zrezygnowany mężczyzna — Nie potrafi zrozumieć, że nie jest tutaj mile widziany.
    — Nie sądzę by Julia, pragnęłaby go teraz widzieć — mówiąc to, ponownie spojrzał na nią.
    Wydawała się taka spokojna, widzieli jak wąsy, które wsunięto jej do ust i nosa pomagają jej oddychać. Początkowo miała założoną maskę tlenową, jednak z czasem zaczęła coraz lepiej oddychać i samodzielnie a obecnie tylko aparatura wspomagała ją. Jednak prawdę mówiąc, były trudności w założeniu jej na nią, ponieważ większość jej twarzy skryta była pod licznymi opatrunkami, jedno z oczu było skryte pod lepcem. I to go również martwiło.
    Mimo że obecnie badanie wzroku było wręcz niemożliwe, niepokoił się tym, że kwas, którym została oblana, mógł go uszkodzić i to był powód do zmartwień, mimo że starano się oczyścić je z niego, to jednak lekarze nie byli w stanie im powiedzieć, czy będzie normalnie widzieć, czy co najgorsze może utracić wzrok.
    — Pieprzony zwyrodnialec! — rzucił nagle ostrymi słowami Brown.
    Nie mógł patrzeć na widok jego wieloletniej przyjaciółki, nie czując wręcz chęci morderstwa na tym psychopacie. Pragnął tak usilnie złapać go i rozszarpać gołymi rękoma. Nie liczyłby by się dla niego wtedy konsekwencje, ale to by został zabity w najbardziej okrutny sposób.
    — Zrobił z niej swoją zabawkę — mruczał wręcz wściekły i niezadowolony.
    Bo taka była prawda, niestety chociaż brutalna, wiedział, że Clark to totalny szaleniec, który jedyne czego pragnął to zemsty, której dokonał. Udało mu się w końcu zrealizować swoje groźby i od początku uważał, że ten skurwysyn był złym wyborem dla jego niemal siostry, mimo że próbował ją ratować, nie mógł za wiele zdziałać, jedyne co mógł to pomagać.
    A teraz musiał spoglądać na oszpecone ciało, na wręcz martwą pozbawioną życia twarz tam, gdzie nie skrywały ją baraże i właśnie oczekiwać i to było najgorsze, bo nie mógł zrobić nic wiele.
    — A ją ostrzegałem…
    — Anthony nikt tego nie mógł przewidzieć — powiedział spokojnym tonem — Nawet ona.
    Jednak nie dało się ukryć, że ta sytuacja bardzo go gryzła. Owszem zgadzał się z tym, nikt nie mógł przewidzieć tych zdarzeń i do jakich wręcz bezludzki czynów posunie się ten skurwysyn, by ją dopaść jednak świadomość o tym, że policja, mimo że znała, prawdę o nim go nie szukała, doprowadzało go wręcz do szaleństwa.
    Od początku nie uważał Kenta za osobę godną zaufania czy miłości Julii. Czuł od niego jakaś dziwną aurę, która go otaczała. Próbował ją odwieść od w związku, z nim jednak nie udało mu się to, to ona musiała pojąć w końcu, w jakim toksycznym związku była. Czemu on taki był? Nie dało się tego wyjaśnić. Ona sama tego nie była w stanie powiedzieć, on po prostu był wyrachowany podły i zły, ale co za tym stoi, nikt nie mógł tego jasno powiedzieć.
    Teraz jednak nic nie mogli już zrobić, ten skurwysyn siedział za kratami i czekał na swój proces. Tym razem jednak policja nie zwlekała, do prokuratory dotarły już zebrane do tej pory materiały, a również została ukazana częściowy odpis karty pacjentów, by mieli wgląd, w jakim są stanie.
    Proces za kilka dni miał ruszyć, a Clark oraz Taylor Sanders byli oskarżeni o liczne okrucieństwa, szantaże i groźby oraz przetrzymywanie i próbę usiłowania zabójstwa Clark dodatkowo został postawione zarzuty licznych i brutalnych gwałtów. Z tego szybko się nie wywiną.
    I można było czuć satysfakcje, że w końcu odpowiedzą za swoje czynny, jednak nie mogli tego odczuć ze świadomością, w jakim stanie jest Julia. To wcale ich nie napawało optymizmem.
    Ale w jakim stanie był Michael?
    Z tego co się dowiedział, on również nie był w najlepszym stanie, mimo że nie został, pokrywany oraz nie wylano na niego kwasu to jednak ciągłe pastwienie się jego żony nad nim, oraz Clarka sprawiło, że był w również poważnym stanie. Nie wiedział zbyt wiele o jego stanie, jednak na chwilę obecną podobno przebudził się wczoraj i pierwsze, o co zapytał to o Julie, jednak nie mógł więcej powiedzieć o nim.
    Zapadła chwila ciszy, która przerywana była jedynie pikaniem komputera nad nimi, a Ricardo odstawił na stolik kubek z kawą i spoglądnął na Julie i pierwsze co ujrzał, to jak delikatnie marszczy część czoła, które nie było zakryte. To zupełnie skupiło jego uwagę.
    — Widziałeś to? — spytał cicho Anthony, dostrzegając małe poruszenie.
    — Owszem, ale pewnie znowu śnią się jej koszmary — uspokoił go.
    Jednak tym razem dostrzegł coś więcej, a raczej poczuł. Spojrzał na ich splecione dłonie i wtedy w oczy rzuciło mu, się jak zaciska delikatnie, swoje palce na jego dłoni. Tym razem to mu się nie przewidziało. Z każdą chwilą czuł, jak jej uścisk staje się pewniejszy i silniejszy a czoło jeszcze bardziej marszczy jednak niewiedziona przez koszmarne sny a…
    — Ona się budzi! — powiedział nagle Brown, widząc poruszenie swojej przyjaciółki.
    I rzeczywiście po dość dłuższej chwili dało się zauważyć, jak otwiera powieki, jednak na jej twarzy pojawiło się przerażenie:
    — Bella? — zapytałostrożnie.
    — Co… co się dzieje? — wykrztusiła.  

Saturday, April 5, 2025

V 15 — NIEPEWNOŚĆ JUTRA

    — Mam dla panów przykrą wieść — odezwał się dość poważny głosem starszy medyk.
    Przekazywanie takich druzgocących wieści najbliższej rodzinie zmarłych osób nie było przyjemnością w pracy żadne lekarza, jednak musieli informować ich o takich sytuacjach, było to o tyle przykre, że nie byli w stanie uratować młodej pacjentki, która miała jeszcze całe życie przed sobą.
    — Pani Julia zmarła… — zaczął, spoglądając na trojga zaszokowanych mężczyzn.
    — Pan sobie żartuje? — wymsknęło się z ust Anthony’ego.
    Mężczyzna jednak pokręcił w zaprzeczaniu głową całkowicie rozwiewając jakiekolwiek nadzieje, które mogły tlić się w sercach trojga mężczyzn. Milczący do tej pory Hiszpan, mimo że jego znajomość angielskiego była dość słaba, to jednak doskonale zrozumiał te dwa proste słowa:
    Ona nie żyje!
    Osunął się na pobliskie krzesło, czując, jak traci wręcz grunt pod nogami, skrywając swoją twarz w dłoniach. Nawet się już nie starał, nie próbował udawać, że ma nad tym wszystkim panowanie gdy prawda była zupełnie inna. Mimo że kolejne krople łez zaczęły powoli spływać po jego policzkach, już ich nie powstrzymywał i nawet nie chciał.
    Ta jedna wiadomość go zdruzgotała!
    Złamała go ostatecznie.
    Przez ostatnie dni pokładał wiarę. Liczył na to, że odjadą jego żonę i mimo że liczył się, że może trafić do szpitala, bo nie łudził się i wierzył, że przetrwa pod jarzmem szaleńca, bez uszczerbku na zdrowiu jednak nie sądził, że jednak gdy dowie się tego wieczoru, że jednak ją znaleźli i dowie się, że została zabrana do szpitala gdy do niego dotrze, dowie się po paru godzinach, że zmarła.
    To było dla niego zbyt wiele i po prostu wszelkie hamulce mu puściły, a jego ciałem wstrząsnął gwałtowny szloch. Nie był w stanie dopuścić do swojej świadomości, że musiał pożegnać się z najbliższemu mu sercu kobietą. Nie potrafił, nawet nie chciał dopuścić do siebie myśli, że tak miała zakończyć się ich wspólna historia, jej śmiercią.
    Sama ta myśl była dla niego tak bardzo druzgocąca, że czuł, jak kolejne łzy spływają z jego oczu. Nawet nie zwrócił uwagi na to, jak zareagowali na tę wieś przyjaciel czy brat jego żony. W tej chwili wszystko, co się wokół niego działo, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
    Jedyne co teraz czuł, to zupełną pustkę. Wszelkie jego emocje czy uczucia nagle umknęły, a w głowie słyszał tylko ten paskudny głosik, który w tej chwili go zadręczał ciągłymi słowami i wręcz cichym chichotem okrutnego losu, że odebrał mu ukochaną dziewczynę. Poczuł się tak jakby, została skradziona część jego własnej duszy. Odebrano mu coś tak istotnego i ważnego wraz z jej odejściem.
    Płakał, bo nie zamierzał udawać silnego mężczyzny w chwili gdy utracił swoją żoną, a jedyne czego teraz pragnął to swój wewnętrzny ból, emocjonalną udrękę, z którą w tej chwili musiał się mierzyć. Nie zamierzał tworzyć iluzji, bo kreowanie nierzeczywistego obrazu było w tej chwili po prostu nieodpowiednie i ponad jego siły.
    — Ona… — słowa zdawały się umknąć z ust piosenkarza.
    Nie zauważył nawet gdy po jego policzku popłynęła jedna łza, która wręcz wyznaczyła drogę kolejnym słonym kropelkom wody, które spadły z jego oczu. Był w zupełnym szoku. Miał poczucie, jakby słowa lekarza docierały do niego za jakieś mgły. Słyszał go, w oddali jednak nie wiedział, gdzie jest, pomimo że stał nieopodal, przyglądając się trójce zszokowanych mężczyzn.
    Wciąż uparcie powtarzał sobie, że to się nie dzieje naprawdę. Próbował przekonywać siebie, że to był tylko jego kolejny koszmarny sen, że tkwi w swoich najgorszych omenach sennych, jednak wystarczyło, że się uszczypnął, by mógł zrozumieć, że to nie dzieje się w jego głowie, jak próbował siebie przekonywać, a dzieje się naprawdę.
    Utracił już matkę, a teraz tracił, właściwie już utracił siostrę!
    Miał poczucie, że na jego rodzinie tkwi jakieś przekleństwo, najpierw zmarła Sara teraz Julia, jednak momentalnie poczuł ogromną niesprawiedliwość, wiedząc ze to nie był jej czas. Nie powinna odchodzić, była zbyt młoda, by to zrobić.
    — Ale jak…? — usłyszał obok siebie zaszokowany głos Anthony’ego, który wręcz zbladł.
    Wystarczyło spojrzeć na niego kątem oka, by zobaczyć, jak jego skóra staje się bledsza z każdą chwilą, staje się biała jak kartka papieru. Jego spojrzenie było wbite w jakiś punkt na ścianie przed nim gdy odezwał się ponownie medyk i powiedział:
    — Nie będę panów okłamywał. Pani Julia była w bardzo poważnym stanie — zaczął swój monolog lekarz — Jej obrażenia były niezwykle rozległe, podczas transportu do szpitala, jej serce się zatrzymało, jednak dzięki szybkiej reakcji dało się przywrócić prawidłową akcję, jednak nadal jej stan był rozległy. Doświadczyła wielu obrażeń, zewnętrznych oraz wewnętrznych, mamy również podejrzenia, że została dotruwana jednak nie możemy mieć pewności, dopóki niewykonanymy sekcji zwłok.
    — Jak to podtruwana? — spytał zupełnie oszołomiony Rivera.
    — Nie będę kłamał, narządy nie pracowały prawidłowo, jednak również została oblana kwasem i to dość silnym…
    — Panie Madison — zawołała nagle kobiecy głos.
    Medyk momentalnie się odwrócił w tamtą stronę, a dwójka mężczyzn spojrzała, jak w ich stronę biegnie nieco starsza pielęgniarka i krzywy:
    — Szybko pani doktorze, pani Armando… — powiedziała pośpiesznie.
    Po krótkiej chwili oboje zniknęli za drzwiami, wiodącymi na odział intensywnej terapii.

    Oderwał na moment swoje spojrzenie od widoku, który rozciągał się za oknem jednej ze szpitalnej sali. Spoglądanie na widok ogarniętego w mroku nocy ogromnej metropolii, która rozjaśniła się blaskiem wielu ledów czy ulicznych lamp, było czymś, co go na moment mogło uspokoić, jednak nie potrafił tak długo stać i patrzeć a jego wzrok momentalnie powędrował na szpitale łóżko.
    Popatrzył z mocno zaciśniętym sercem w piersi, na widok który doprowadzał go niemal do łez. Od wydarzeń, które na moment sprawiły, że jego życie się zatrzymało, minęło kilka dość długich dni, podczas których nie było wcale łatwo, nie zamierzał ukrywać, było bardzo ciężko, bo stan zdrowia jego żony był niezwykle poważny jak nie krytyczny, bo w ten sposób można było określić.
    Sama myśl o wynikach badań doprowadzała go wręcz do szaleństwa i nienawiści i pragnienia pozbawienia kogoś życia. Nie był osobą, która życzyła komuś źle, jednak gdy lekarze w końcu przeprowadzili wszelkie badania i ocenili stan zdrowia jego ukochanej, miał ochotę pójść do więzienia i zastrzec tego skurwysyna w proch!
    Pragnął, jednak przed śmiercią zapewnić mu tak ogromne cierpienie by odchodząc, z tego świata doskonale zapamiętał sobie, dlaczego musiał, znieś taki ból, nim został pozbawiony życia.
    — Chce, by cierpiał! — wyrzucił z siebie, gdy niespokojnie chodził po korytarzu, czując się zupełnie oszołomiony po wieściach od lekarza prowadzącego.
    Nie potrafił usiedzieć na miejscu, nie po tym czego się dowiedział, a raczej nie poznał wyników badań, które były… po prostu straszne. Żaden z nich nie był teraz zaskoczony, że trzykrotnie walczono o życie bliskiej ich sercu kobiety to, co przeszła w tamtym miejscu wręcz było nie do opisania i w jak poważnym stanie była.
    — Zasługuje na tę niepróżną karę śmierci! — wysyczał wściekle Anthony, pragnąc jedynie znaleźć tego skurwysyna i udusić go gołymi rękami.
    Nie miało dla niego znaczenie konsekwencje jego czynów, pragnął go zabić po tym gdy dowiedział się, do jakiego stanu doprowadził Julie. Liczne gwałty, nadużycia, pobicia, złamane żebra, a to dopiero początek długiej listy tortur, które musiała znosić, nie chciał nawet myśleć, jak ona musiała się czuć.
    Wyniki badań nie kłamały, a gdy przypomniał sobie słowa lekarza:
    — Pani Julia z takimi obrażeniami z medycznego punktu widzenia nie powinna żyć.
    Te słowa sprawiły, że pragnął potraktować go tak samo, a nie gorzej gdy pojął, że doprowadził Julie na stan ruiny. Jej ciało zostało w znacznym stopniu poparzone i nie były to pierwszego stopnia, były one głównie trzeciego, a w nielicznych momentach określono je drugiego stopnia. Szacunkowo określono ze sześćdziesiąt procent jej ciała, została poważnie uszkodzona przez iście jadowity kwas. Z wyników laboratoryjnych z zebranych próbek na miejscu zdarzenia okazało się, że było to kwas siarkowy, czyli jedna z najniebezpieczniejszych substancji na świecie. To było wręcz przerażające, jednak nie tylko ucierpiała wewnętrznie, bo również jej organy wewnętrzne były uszkodzone dopiero po paru godzinach, przesłuchiwań wspólniczki tego skurwysyna okazywało się, że Julia był podawana trucizna, która wyliczała jej organizm.
    Trzy tygodnie!
    Przez tak długi czas była wręcz torturowana w najbardziej obrzydliwy i okrutny sposób, znosząc to wszystko. Jednak nie mogli za wiele się dowiedzieć, prócz badań oraz metod leczenia, które stosowali lekarze, starali się, jak mogli zastosować wszelkie metody leczenia, by utrzymać Julie przy życiu, jednak tak naprawdę i oni zdawali sobie sprawę ze każda minuta może być jej ostatnią.
    — Mam nadzieje — wysyczał wściekle Anthony — Że zastosują wobec tego diabła karę śmierci! — wyrzucił, nie ukrywając swojej furii.
    — A ona obowiązuje…?
    — W kilku stanach nadal jest ona legalna — wszedł mu w słowo Anthony — W Kalifornii oraz Arizonie skąd ten… — urwał na moment — One są nadal legalne, ale rzadko stosowane. Nie wykonuje się jednak często ich na wzgląd na ich kosztowność, ale on zasługuje na najgorszą karę, powinien zdechnąć!

    W tym zupełnie popierał Anthony’ego, ten skurwysyn zasługiwał na najgorszy wymiar kary. Jego żona od kilku dni pozostawała w stanie śpiączki. Lekarze nie pragnęli jej wybudzać, bo wiedzieli, że może się skończyć to śmiercią. Na chwilę obecną pozostawała w stanie uśpienia, by jak najbardziej organizm doszedł do siebie. Wciąż była podawana wielu zabiegom czy nawet dializom, które miały pomóc wspomóc pracę nerek, które również były uszkodzone. Prawdę mówiąc, trzeba zapytać, jaka część jej ciała nie została uszkodzona, to byłoby trafniejsze pytanie.
    Wolnym krokiem podszedł do niej i usiadł na jednym tam pozostawionym krześle. Widok, mimo że mógł przerażać, on nie odczuwał niczego takiego. Spoglądanie na jej twarz, którą w znacznym stopniu pokrywały bana darze, było czymś po prostu smutnym, jednak nieodrażającym. Liczył się z tym że jeśli uda, się jej znieś następne dni, jak tygodnie będzie to bardzo ciężki dla niej oraz ich okres, jednak nie zamierzał się wycofywać.
    Taka sytuacja nie sprawi, że zdecyduje się od niej odejść wręcz uciec, tym bardziej to spotęgowało jego pragnienie, by zostać przy jej boku i się nią zaopiekować. Obiecywał przy niej trwać przed ołtarzem, jednak wydawać się mogło, że to puste obietnice jednak nic bardziej mylnego. Wiedział, że będzie jego potrzebować, jego wsparcia i otuchy a co ważne poczucia bezpieczeństwa i miłości. Jednak wiedział, że to daleka droga do tego, na razie jedyne co mógł to przesiadywać u jej boku i mieć nadzieje, że gdy tylko się przebudzi, poczuje się o nieco lepiej.
    Uchwycił delikatnie jej dłoń, a z jego ust popłynęły ciche słowa:
    — Nigdy nie stracę wiary Señorita — wyszeptał cicho — Wrócisz do mnie — zapewniał.
    Jednak jedyne co mógł słuchać do dźwięku aparatu, który pokazywał pracę jej najważniejszych organów a on czuł się nieco spokojnie gdy widział, że jej serce nadal pracuje. Obawiał się tak bardzo momentu gdy ujrzy jak ta pieprzona kreska powoli staje się prosta, to był jego największy koszmar, o którym nawet nie chciał myśleć.
    — Znowu tutaj Rivera!
    Moment gdy Anthony po raz kolejny zobaczył w oddali podążającego ku nim muzyka był chwilą gdy wręcz poderwał się momentalnie na nogi, siedząc, pod odziałem intensywnej, terapii gdzie leżała od kilku dni Julia.
    Ricardo, słysząc pewien hałas, spoglądnął w bok i zobaczył, jak przyjaciel jego żony wstaje i on również zobaczył idącego ku nim starszego brata Julii, który od kilku dni kręcił się obok.
    — Owszem — powiedział ostrym głosem Chesterem — Kiedy ty w końcu pojmiesz, że mam prawo…
    — Straciłeś tę możliwość, w chwili gdy się jej wyrzekłeś! — wszedł mu niespodziewanie w słowo Anthony.
    — Nadal zamierzasz mi to wypominać? — wściekł się — Ile razy mam za to przepraszać?
    Momentalnie dało się usłyszeć wręcz drwiący śmiech wieloletniego przyjaciela pacjentki i mimo że nie czuł powodu, by się śmiać, to jednak nie potrafił pohamować się przed skomentowaniem hipokryzji starszego Rivery. Czuł się po prostu wściekły, że po tym wszystkim ma jeszcze czelność tutaj przychodzić i śmiać, interesować się nią. Po tym wszystkim, co zrobił. I tak można było mu to zapomnieć, przymknąć na to oko, jednak nie umiał zapomnieć mu tego i znając Julie gdyby tylko była przytomna, zapewne pragnęłaby go wyrzucić.
    — Owszem, bo w godzinie chwili pokazałaś, na co się stać.