Saturday, April 5, 2025

V 15 — NIEPEWNOŚĆ JUTRA

    — Mam dla panów przykrą wieść — odezwał się dość poważny głosem starszy medyk.
    Przekazywanie takich druzgocących wieści najbliższej rodzinie zmarłych osób nie było przyjemnością w pracy żadne lekarza, jednak musieli informować ich o takich sytuacjach, było to o tyle przykre, że nie byli w stanie uratować młodej pacjentki, która miała jeszcze całe życie przed sobą.
    — Pani Julia zmarła… — zaczął, spoglądając na trojga zaszokowanych mężczyzn.
    — Pan sobie żartuje? — wymsknęło się z ust Anthony’ego.
    Mężczyzna jednak pokręcił w zaprzeczaniu głową całkowicie rozwiewając jakiekolwiek nadzieje, które mogły tlić się w sercach trojga mężczyzn. Milczący do tej pory Hiszpan, mimo że jego znajomość angielskiego była dość słaba, to jednak doskonale zrozumiał te dwa proste słowa:
    Ona nie żyje!
    Osunął się na pobliskie krzesło, czując, jak traci wręcz grunt pod nogami, skrywając swoją twarz w dłoniach. Nawet się już nie starał, nie próbował udawać, że ma nad tym wszystkim panowanie gdy prawda była zupełnie inna. Mimo że kolejne krople łez zaczęły powoli spływać po jego policzkach, już ich nie powstrzymywał i nawet nie chciał.
    Ta jedna wiadomość go zdruzgotała!
    Złamała go ostatecznie.
    Przez ostatnie dni pokładał wiarę. Liczył na to, że odjadą jego żonę i mimo że liczył się, że może trafić do szpitala, bo nie łudził się i wierzył, że przetrwa pod jarzmem szaleńca, bez uszczerbku na zdrowiu jednak nie sądził, że jednak gdy dowie się tego wieczoru, że jednak ją znaleźli i dowie się, że została zabrana do szpitala gdy do niego dotrze, dowie się po paru godzinach, że zmarła.
    To było dla niego zbyt wiele i po prostu wszelkie hamulce mu puściły, a jego ciałem wstrząsnął gwałtowny szloch. Nie był w stanie dopuścić do swojej świadomości, że musiał pożegnać się z najbliższemu mu sercu kobietą. Nie potrafił, nawet nie chciał dopuścić do siebie myśli, że tak miała zakończyć się ich wspólna historia, jej śmiercią.
    Sama ta myśl była dla niego tak bardzo druzgocąca, że czuł, jak kolejne łzy spływają z jego oczu. Nawet nie zwrócił uwagi na to, jak zareagowali na tę wieś przyjaciel czy brat jego żony. W tej chwili wszystko, co się wokół niego działo, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
    Jedyne co teraz czuł, to zupełną pustkę. Wszelkie jego emocje czy uczucia nagle umknęły, a w głowie słyszał tylko ten paskudny głosik, który w tej chwili go zadręczał ciągłymi słowami i wręcz cichym chichotem okrutnego losu, że odebrał mu ukochaną dziewczynę. Poczuł się tak jakby, została skradziona część jego własnej duszy. Odebrano mu coś tak istotnego i ważnego wraz z jej odejściem.
    Płakał, bo nie zamierzał udawać silnego mężczyzny w chwili gdy utracił swoją żoną, a jedyne czego teraz pragnął to swój wewnętrzny ból, emocjonalną udrękę, z którą w tej chwili musiał się mierzyć. Nie zamierzał tworzyć iluzji, bo kreowanie nierzeczywistego obrazu było w tej chwili po prostu nieodpowiednie i ponad jego siły.
    — Ona… — słowa zdawały się umknąć z ust piosenkarza.
    Nie zauważył nawet gdy po jego policzku popłynęła jedna łza, która wręcz wyznaczyła drogę kolejnym słonym kropelkom wody, które spadły z jego oczu. Był w zupełnym szoku. Miał poczucie, jakby słowa lekarza docierały do niego za jakieś mgły. Słyszał go, w oddali jednak nie wiedział, gdzie jest, pomimo że stał nieopodal, przyglądając się trójce zszokowanych mężczyzn.
    Wciąż uparcie powtarzał sobie, że to się nie dzieje naprawdę. Próbował przekonywać siebie, że to był tylko jego kolejny koszmarny sen, że tkwi w swoich najgorszych omenach sennych, jednak wystarczyło, że się uszczypnął, by mógł zrozumieć, że to nie dzieje się w jego głowie, jak próbował siebie przekonywać, a dzieje się naprawdę.
    Utracił już matkę, a teraz tracił, właściwie już utracił siostrę!
    Miał poczucie, że na jego rodzinie tkwi jakieś przekleństwo, najpierw zmarła Sara teraz Julia, jednak momentalnie poczuł ogromną niesprawiedliwość, wiedząc ze to nie był jej czas. Nie powinna odchodzić, była zbyt młoda, by to zrobić.
    — Ale jak…? — usłyszał obok siebie zaszokowany głos Anthony’ego, który wręcz zbladł.
    Wystarczyło spojrzeć na niego kątem oka, by zobaczyć, jak jego skóra staje się bledsza z każdą chwilą, staje się biała jak kartka papieru. Jego spojrzenie było wbite w jakiś punkt na ścianie przed nim gdy odezwał się ponownie medyk i powiedział:
    — Nie będę panów okłamywał. Pani Julia była w bardzo poważnym stanie — zaczął swój monolog lekarz — Jej obrażenia były niezwykle rozległe, podczas transportu do szpitala, jej serce się zatrzymało, jednak dzięki szybkiej reakcji dało się przywrócić prawidłową akcję, jednak nadal jej stan był rozległy. Doświadczyła wielu obrażeń, zewnętrznych oraz wewnętrznych, mamy również podejrzenia, że została dotruwana jednak nie możemy mieć pewności, dopóki niewykonanymy sekcji zwłok.
    — Jak to podtruwana? — spytał zupełnie oszołomiony Rivera.
    — Nie będę kłamał, narządy nie pracowały prawidłowo, jednak również została oblana kwasem i to dość silnym…
    — Panie Madison — zawołała nagle kobiecy głos.
    Medyk momentalnie się odwrócił w tamtą stronę, a dwójka mężczyzn spojrzała, jak w ich stronę biegnie nieco starsza pielęgniarka i krzywy:
    — Szybko pani doktorze, pani Armando… — powiedziała pośpiesznie.
    Po krótkiej chwili oboje zniknęli za drzwiami, wiodącymi na odział intensywnej terapii.

    Oderwał na moment swoje spojrzenie od widoku, który rozciągał się za oknem jednej ze szpitalnej sali. Spoglądanie na widok ogarniętego w mroku nocy ogromnej metropolii, która rozjaśniła się blaskiem wielu ledów czy ulicznych lamp, było czymś, co go na moment mogło uspokoić, jednak nie potrafił tak długo stać i patrzeć a jego wzrok momentalnie powędrował na szpitale łóżko.
    Popatrzył z mocno zaciśniętym sercem w piersi, na widok który doprowadzał go niemal do łez. Od wydarzeń, które na moment sprawiły, że jego życie się zatrzymało, minęło kilka dość długich dni, podczas których nie było wcale łatwo, nie zamierzał ukrywać, było bardzo ciężko, bo stan zdrowia jego żony był niezwykle poważny jak nie krytyczny, bo w ten sposób można było określić.
    Sama myśl o wynikach badań doprowadzała go wręcz do szaleństwa i nienawiści i pragnienia pozbawienia kogoś życia. Nie był osobą, która życzyła komuś źle, jednak gdy lekarze w końcu przeprowadzili wszelkie badania i ocenili stan zdrowia jego ukochanej, miał ochotę pójść do więzienia i zastrzec tego skurwysyna w proch!
    Pragnął, jednak przed śmiercią zapewnić mu tak ogromne cierpienie by odchodząc, z tego świata doskonale zapamiętał sobie, dlaczego musiał, znieś taki ból, nim został pozbawiony życia.
    — Chce, by cierpiał! — wyrzucił z siebie, gdy niespokojnie chodził po korytarzu, czując się zupełnie oszołomiony po wieściach od lekarza prowadzącego.
    Nie potrafił usiedzieć na miejscu, nie po tym czego się dowiedział, a raczej nie poznał wyników badań, które były… po prostu straszne. Żaden z nich nie był teraz zaskoczony, że trzykrotnie walczono o życie bliskiej ich sercu kobiety to, co przeszła w tamtym miejscu wręcz było nie do opisania i w jak poważnym stanie była.
    — Zasługuje na tę niepróżną karę śmierci! — wysyczał wściekle Anthony, pragnąc jedynie znaleźć tego skurwysyna i udusić go gołymi rękami.
    Nie miało dla niego znaczenie konsekwencje jego czynów, pragnął go zabić po tym gdy dowiedział się, do jakiego stanu doprowadził Julie. Liczne gwałty, nadużycia, pobicia, złamane żebra, a to dopiero początek długiej listy tortur, które musiała znosić, nie chciał nawet myśleć, jak ona musiała się czuć.
    Wyniki badań nie kłamały, a gdy przypomniał sobie słowa lekarza:
    — Pani Julia z takimi obrażeniami z medycznego punktu widzenia nie powinna żyć.
    Te słowa sprawiły, że pragnął potraktować go tak samo, a nie gorzej gdy pojął, że doprowadził Julie na stan ruiny. Jej ciało zostało w znacznym stopniu poparzone i nie były to pierwszego stopnia, były one głównie trzeciego, a w nielicznych momentach określono je drugiego stopnia. Szacunkowo określono ze sześćdziesiąt procent jej ciała, została poważnie uszkodzona przez iście jadowity kwas. Z wyników laboratoryjnych z zebranych próbek na miejscu zdarzenia okazało się, że było to kwas siarkowy, czyli jedna z najniebezpieczniejszych substancji na świecie. To było wręcz przerażające, jednak nie tylko ucierpiała wewnętrznie, bo również jej organy wewnętrzne były uszkodzone dopiero po paru godzinach, przesłuchiwań wspólniczki tego skurwysyna okazywało się, że Julia był podawana trucizna, która wyliczała jej organizm.
    Trzy tygodnie!
    Przez tak długi czas była wręcz torturowana w najbardziej obrzydliwy i okrutny sposób, znosząc to wszystko. Jednak nie mogli za wiele się dowiedzieć, prócz badań oraz metod leczenia, które stosowali lekarze, starali się, jak mogli zastosować wszelkie metody leczenia, by utrzymać Julie przy życiu, jednak tak naprawdę i oni zdawali sobie sprawę ze każda minuta może być jej ostatnią.
    — Mam nadzieje — wysyczał wściekle Anthony — Że zastosują wobec tego diabła karę śmierci! — wyrzucił, nie ukrywając swojej furii.
    — A ona obowiązuje…?
    — W kilku stanach nadal jest ona legalna — wszedł mu w słowo Anthony — W Kalifornii oraz Arizonie skąd ten… — urwał na moment — One są nadal legalne, ale rzadko stosowane. Nie wykonuje się jednak często ich na wzgląd na ich kosztowność, ale on zasługuje na najgorszą karę, powinien zdechnąć!

    W tym zupełnie popierał Anthony’ego, ten skurwysyn zasługiwał na najgorszy wymiar kary. Jego żona od kilku dni pozostawała w stanie śpiączki. Lekarze nie pragnęli jej wybudzać, bo wiedzieli, że może się skończyć to śmiercią. Na chwilę obecną pozostawała w stanie uśpienia, by jak najbardziej organizm doszedł do siebie. Wciąż była podawana wielu zabiegom czy nawet dializom, które miały pomóc wspomóc pracę nerek, które również były uszkodzone. Prawdę mówiąc, trzeba zapytać, jaka część jej ciała nie została uszkodzona, to byłoby trafniejsze pytanie.
    Wolnym krokiem podszedł do niej i usiadł na jednym tam pozostawionym krześle. Widok, mimo że mógł przerażać, on nie odczuwał niczego takiego. Spoglądanie na jej twarz, którą w znacznym stopniu pokrywały bana darze, było czymś po prostu smutnym, jednak nieodrażającym. Liczył się z tym że jeśli uda, się jej znieś następne dni, jak tygodnie będzie to bardzo ciężki dla niej oraz ich okres, jednak nie zamierzał się wycofywać.
    Taka sytuacja nie sprawi, że zdecyduje się od niej odejść wręcz uciec, tym bardziej to spotęgowało jego pragnienie, by zostać przy jej boku i się nią zaopiekować. Obiecywał przy niej trwać przed ołtarzem, jednak wydawać się mogło, że to puste obietnice jednak nic bardziej mylnego. Wiedział, że będzie jego potrzebować, jego wsparcia i otuchy a co ważne poczucia bezpieczeństwa i miłości. Jednak wiedział, że to daleka droga do tego, na razie jedyne co mógł to przesiadywać u jej boku i mieć nadzieje, że gdy tylko się przebudzi, poczuje się o nieco lepiej.
    Uchwycił delikatnie jej dłoń, a z jego ust popłynęły ciche słowa:
    — Nigdy nie stracę wiary Señorita — wyszeptał cicho — Wrócisz do mnie — zapewniał.
    Jednak jedyne co mógł słuchać do dźwięku aparatu, który pokazywał pracę jej najważniejszych organów a on czuł się nieco spokojnie gdy widział, że jej serce nadal pracuje. Obawiał się tak bardzo momentu gdy ujrzy jak ta pieprzona kreska powoli staje się prosta, to był jego największy koszmar, o którym nawet nie chciał myśleć.
    — Znowu tutaj Rivera!
    Moment gdy Anthony po raz kolejny zobaczył w oddali podążającego ku nim muzyka był chwilą gdy wręcz poderwał się momentalnie na nogi, siedząc, pod odziałem intensywnej, terapii gdzie leżała od kilku dni Julia.
    Ricardo, słysząc pewien hałas, spoglądnął w bok i zobaczył, jak przyjaciel jego żony wstaje i on również zobaczył idącego ku nim starszego brata Julii, który od kilku dni kręcił się obok.
    — Owszem — powiedział ostrym głosem Chesterem — Kiedy ty w końcu pojmiesz, że mam prawo…
    — Straciłeś tę możliwość, w chwili gdy się jej wyrzekłeś! — wszedł mu niespodziewanie w słowo Anthony.
    — Nadal zamierzasz mi to wypominać? — wściekł się — Ile razy mam za to przepraszać?
    Momentalnie dało się usłyszeć wręcz drwiący śmiech wieloletniego przyjaciela pacjentki i mimo że nie czuł powodu, by się śmiać, to jednak nie potrafił pohamować się przed skomentowaniem hipokryzji starszego Rivery. Czuł się po prostu wściekły, że po tym wszystkim ma jeszcze czelność tutaj przychodzić i śmiać, interesować się nią. Po tym wszystkim, co zrobił. I tak można było mu to zapomnieć, przymknąć na to oko, jednak nie umiał zapomnieć mu tego i znając Julie gdyby tylko była przytomna, zapewne pragnęłaby go wyrzucić.
    — Owszem, bo w godzinie chwili pokazałaś, na co się stać.

No comments:

Post a Comment