Sunday, January 12, 2025

IV 35 (P.2) — WYCIĄGNIĘTY Z CIENIA PRAWDY

    — No chyba to jest kurwa żart — powiedziała, próbując się wyrwać, jednak po chwili zdała sobie sprawę, że była dość mocno trzymana przez dwóch ochroniarzy — Puście mnie! — rzuciła do nich — Ja nic nie zrobiłam.
    — Zostajesz zatrzymana do przyjazdu policji — odezwał się jeden z nich.
    Po korytarzu rozniosło się głośniejsze zawodzenie Taylor, jednak przez jej lament dało się usłyszeć pewne słowa, które nie sądziła, że kiedykolwiek usłyszy
    — Jak mogłem ci ufać!
    Ten głos był zbyt charakterystyczny, by mogła go pomylić z kimkolwiek innym. Wręcz z mocno bijącym sercem popatrzyła w stronę zespołu, a raczej własnego brata, który patrzył na nią w pełni rozczarowanym spojrzeniem, wyglądał na osobę, która łzawa scena Taylor zrobiła wrażenie, jednak gdy tylko rzuciła, spojrzenie na resztę wyglądali na tak samo zasmuconych i zniesmaczonych gdy tylko patrzyli w jej kierunku.
    — Chyba jej nie wierzysz? — odezwała się, nawet nie zdając sobie sprawy gdy jej głos się zachwiał.
    Zapanowała dość głucha cisza.
    Tak nieprzyjemna, że wręcz można, było, jej znieś, przerywana jedynie lamentem Taylor.
    Spoglądała wprost w jego oczy, w których ujrzała coś, czego naprawdę się obawiała. Widziała niesmak, mieszający się z obrzydzeniem i czymś, co wręcz nie mogła zrozumieć. Jak w przeciągu kilku minut tak nagle diametralnie się zmienił. Jego niechęć wręcz była widoczna, a ona wręcz patrzyła w ciemne spojrzenie oczu własnego brata, w których dojrzała nienawiść.
    — Ufałem ci — powiedział z pretensją w głosie — A ty mnie zawiodłaś — podkreślił swój wyraźny niesmak.
    — Naprawdę jej wierzysz!? — zaczęła panikować.
    Nie wiedziała kiedy, łzy zaczęły spływać po jej policzkach, jednak nawet nie starała się ich hamować, to nie miało sensu. Słone krople ciekły z jej oczu, a ona poczuła, momentalnie jak jej serce łamie się na pół. Silny uścisk ramion dwojga ochroniarzy, którzy ją powstrzymywali, sprawiał, że nie mogła się wyrwać, o ile próbowała, każda jej próba okazała się być daremną próbą.
    Blokowano ją, bez możliwości oswobodzenia się.
    — Widziałem, jak to wyglądało! — wybuchł gniewem — Spójrz na siebie, jesteś cała w jego krwi! Jak mam to interpretować.
    — Może dlatego, jestem ubabrana w jego osoczu, dlatego, że starałam się go ratować! — krzyknęła spanikowana — Ta kretynka, sama doprowadzi go do śmierci! — wrzasnęła.
    — Ja! — odezwał się oburzony głos zrozpaczonej kobiety — Próbowałaś zabić mojego męża… — łkała — A teraz nie potrafisz się do tego przyznać.
    — Ty skończona idiotko! — wykrzyknęła w jej kierunku — Słyszałam waszą awanturę, czemu tak nagle się pojawiłaś. To ty mu wbiłaś nóż w plecy i wykazujesz się chęcią pozbawienia go życia, bo nikt normalny nie wyciąga noża z brzucha ofiary. To może mu zaszkodzić!
    — Dosyć.
    Niespodziewanie rozbrzmiał w małej przestrzeni korytarza głos głównego wokalisty. Ona spojrzała na niego i nigdy do tej pory nie widziała go tak bardzo rozgniewanego jak teraz, nawet sytuacja z ojcem go nie potrafiła tak zezłościć. Patrzyła w spojrzenie pełne nieokreślonej furii. A ona niemal bezgłośnie przełknęła gule, która nagle pojawiła się w jej sercu.
    Czy właśnie to tak miało wyglądać?
    Czy miała odpowiadać, za coś, czego zupełnie nie zrobiła? Oskarżona przez tak naprawdę widok, w którym starała się, jak mogła pomóc swojemu byłemu narzeczonemu, bo nie chciała, by umarł. Mogła nie darzyć go sympatią, wręcz nienawidzić, ale nie zamierzała, pozawalać by on umierał na jej oczach. Za swoją pieprzoną próbę pomocy miała niby pójść do więzienia.
    Jednak nie sądziła, że zawiedzie ją osoba, która powinna stać po jej stronie. Mężczyzna, którego uważała za osobę, która nigdy jej nie zawiedzie. Patrzyła w rozszalałe ze wściekłości spojrzenie, czując, jak łkając, coraz mocniej.
    To nie miało się tak skończyć!
    Przyszła tutaj tylko po ten cholerny aparat a została wmieszana w sytuacje, w której jej własny brat stanął przeciwko niej. Jak mogła nie czuć się zawiedziona w tej sytuacji? Tak zwyczajnie uwierzył kobiecie, którą pogardzał? I zamiast chociaż dać jej możliwość, by się wytłumaczyła, to w tej chwili ją bezwzględnie uciszał.
    Czy właśnie tak miała wyglądać ta ich definicja rodzinnej miłości? Braterskiego — siostrzanego przywiązania.
    — Widzieliśmy na własne oczy, jak wręcz na nim klęczałaś, jesteś ubabrana w jego krwi. Zamiast się przyznać, wolisz kłamać!
    — Ale ja niczego nie zrobiłam! — próbowała się jakoś bronić — Niby czemu miałabym to robić do cholery Chester? — pytała na głos.
    — No nie wiem, może z zazdrości! — rzuciła nagle roztrzęsiona Taylor, która wręcz została odsunięta od nieprzytomnego Mike, którym zajęło się dwóch medyków.
    — Co!? Co ty suko wygadujesz? — oburzyła się wściekle.
    — Byłaś zazdrosna, o mnie, o nas — mówiła.    
    — Kpisz!
    Ostatnio w ogóle, o czym mogła nawet pomyśleć to wykazywać się takimi Wania miniami względem nich. Bo już dawno zamknęła tamtej rozdział, żyła swoim życiem może i nie było ono idealne, jednak Michael był jej pieprzoną przeszłością, do której nie zamierzała wracać, to on powracał wciąż do niej.
    — Właśnie nie — odezwał się Brad — Dziwnie się zachowywałaś na trasie, byłaś znacząco blisko niego, mimo że mówiłaś, że to koniec między wami, a ciągle można było was zobaczyć razem. Nie jest to nieco podejrzane?
    — Brad czy ty naprawdę myślisz, że wróciłabym do kogoś, kto mnie kurwa zdradził? — wybuchła — Wrócić do byłego, którym gardzę! — rzuciła w ich kierunku.
    — Julio nie oszukuj nas dłużej. Byłaś o nich zazdrosna i najwyraźniej chciałaś to zrobić — odezwał się gitarzysta.
    — Czy wy nie słyszycie, co mówię!
    — Od kilku miesięcy, jestem w związku. Mam faceta, po co mi była zazdrość o tego skurwysynai jego pieprzoną żonę skoro w moim sercu jest inny i tak Ricardo to mój facet od dłuższego czasu, po co mi zazdrość o osoby, które mi zniszczyły związek i załamy serce? Pomyślcie o tym w końcu! — wybuchła na zespół.
    Nie mogła uwierzyć, że ta łza scenka zrobiła wrażenie na nich i tak po prostu, bez mrugnięcia okiem, uwierzyli właśnie jej! Kobiecie, o której nie wyrażali się zbyt dobrze, a tu nagle zapomnieli o wszystkim i dali wiarę jej, a nie jej, która nie miała żadnych podstaw, by to zrobić, w przeciwieństwie do Taylor.
    — To może nam Taylor wyjaśnisz, co każdej nocy robiłaś własnemu mężowi i córce? — zwróciła się do kobiety.
    — Co wy wygadujesz!? — rzuciła w jej kierunku, oburzona.
    — Przestań się zgrywać i powiedz im, z jaką lubością pod…
    Niespodziewanie na korytarzu pojawiało się dwóch sanitariuszy, którzy zostali wezwani chwile wcześniej i niemal od razu podbiegli do ofiary, by się nim zająć, a tuż za nimi zjawiło się dwójka policjantów.
    — Zamknij się! — rzuciła w jej kierunku i nagle wychylił się i oznajmiła — Aresztujcie ją, ona próbowała zabić mojego męża!
    — Spowolniona akcja serca! — rzucił w jeden z ratowników — Zabieramy go — mówił.
    Miła poczucie, że jej słowa dosłownie trafiają w ścianę, beton, który wręcz był nieprzenikniony. Mówiła do nich jednak oni jej nie słuchali, albo po prostu nie chcieli. Widziała kątem oka, jak pośpieszenie ratownicy wychodzą z Mike na noszach, a policja jeszcze na miejsce nie dotarła. Na samą myśl zadrżała.
    Z mocno bijącym sercem, powoli odwróciła się przez ramię, tyle ile mogła przez stojących z obu jej stron dwójkę silnych mężczyznach, którzy ją trzymali i niemal zamarła widząc podążających ku nim policjantom.
    — Ja nic nie zrobiłam! — broniła się nadal.
    Słyszała momentalnie szczęk kajdanek za swoimi plecami i czyjąś rękę na swoim ramieniu. Popatrzyła w bok, by spojrzeć na jednego z dość mocno umięśnionych policjantów, którzy przejęli ją od dwójki ochroniarzy
    — Nazwisko — rzucił do niej jeden z mundurowych.
    — Julia Bennington — odezwał się głos, którego najmniej się spodziewała.
    Odwróciła się do niego i popatrzyła na niego wręcz z bólem serca. Patrzyła w oczy człowieka, który przed laty dał jej nadzieje, a teraz niszczy bezbłędnie jej życie.
    — Uwierzyłeś jej — powiedziała drżącym głosem.
    — Julia Bennington? — zapytał jeden z funkcjonariuszy dość służbowym tonem.
    Nie odpowiedziała, tylko spojrzała na niego bez żadnego słowa, jednak wkrótce usłyszała formułkę, której naprawdę się obawiała:
    — Tak — odezwała się, jednak ani na moment nie oderwała spojrzenia od czasu swojego brata, który tak ją zawiódł.
    — Zostajesz zatrzymana pod zarzutem próby zabójstwa — powiedział jeden ze śledczych — idziemy!
    — Zabierzcie ją! — powiedział bez wyrazu — Ja już nie mam siostry…!

    — Jeszcze raz — odezwał się jeden z mężczyzn.
    Niemal nie warknęła poirytowana gdy po raz kolejny zostało jej zadane to samo pytanie, które słyszała już wielokrotnie. Czuła się już zmęczona, zła i wściekła. Momentalnie odebrano jej możliwość obrony. Siedziała na tych cholernym niewygodnym krześle. Wokół jej nadgarstków spoczywało cholerne żelastwo, którym jej ręce były przykute do blatu biurka.
    Nie mogła uwierzyć, że to tak się skończyło. Jeśli uważała wcześniej, że jej życie nie może bardziej się skąp likować, niż wcześniej uważała. Musiała od razu zmienić zdanie, nie mogło być gorzej. Siedziała w nieco przyciemnionym pustym pokoju naprzeciw dwojga funkcjonariuszy policji, którzy bezwzględnie od paru godzin ją przesłuchiwali, próbując z niej wyciągnąć jakieś informacje.
    Jednak ona nie miała sobie nic do zarzucenia. Nie zrobiła niczego złego, za co powinna tutaj siedzieć i odpowiadać. Tak naprawdę odpowiadała, za próbę ratowania czyjegoś życia, teraz została jedną z podejrzanych osób praktycznie tylko ona, bo nikogo poza nią nikt nie podejrzewał. Od razu wysunięto oskarżenie w kierunku jej, bez dania jej możliwości obrony. Doskonale jednak wiedziała, że nie ma do czego się przyznać, bo była po prostu nie winna, a osoba, która była wręcz pewna, że to zrobiła, odgrywała szopkę pod tytułem zatroskanej żony, która tak bardzo się martwi o ukochanego męża. Jakim trzeba być obrzydliwym człowiekiem, by tak uważać?
    To ona przez miesiące go katuje i bije. Ostatecznie doprowadza do dwóch prób praktycznie zabicia go i przy obu była tego świadkiem na swoje pieprzone nieszczęście, jednak w tym przypadku oskarżono ją bez żadnych dowodów.
    Jaki ten świat bywa niesprawiedliwy i chory, że takie rzeczy się dzieją.
    Jednak nic bardziej ją nie zawiodło, niż postępowanie własnego brata, który tak po prostu uwierzył tej cholernej suce, zamiast jej. Jak to w ogóle wygląda. Czuła jak jej serce się mocniej ściska z żalu do niego. Zaufała mu przed laty, a teraz momentalnie cała ta ufność i lata wspólnej pracy poszły na marne przez pewną podłą manipulatorkę.
    — Znowu będziecie mnie maglować? — odezwała się już nieco sfrustrowana.
    Była już wymęczona tym, jedyne, o czym tak naprawdę myślała, to by po prostu wyrwać się stąd i wrócić do swojego męża i znaleźć się jak najdalej tego miejsca. Przez myśl przeszło jej by po prostu się wynieś z tego kraju i wrócić z nim do Hiszpanii i tam zacząć nowe życie, bo tutaj już nic dobrego ją nie czeka, a na studia może się przenieś do Europy, jednak miała dziwne przeświadczenie, że z jej planów nie pozostanie zupełnie nic.
    — Pytam po raz kolejny, co sprowadziło cię do studia Waner Bros w trakcie gdy doszło do wypadku? — pytał jeden z nich.
    — Mój pieprzony brat — powiedziała wściekle!
    Nie mogła zachować spokoju na myśl o nim. W jednej chwili zawiodła się na nim tak bardzo jak na tym skurwysynie Johnie, który był dawcą cholernych plemników. Jednak co się dziwić niedaleko pada jabłko od jabłoni. Czuła niepohamowana wściekłość do niego. Praktycznie gdyby nie on, zapewne nie siedziałaby w pokoju, przesłuchań będąca oskarżona o próbę usiłowania zabójstwa co wręcz brzmiało abstrakcyjnie.
    Zamilkła na moment jednak od razu zobaczyła dość nieustępliwe spojrzenie dwojga komisarzy, który oczekiwali od niej sprecyzowanych wyjaśnień gdy jej ciałem wstrząsnął zawód i ból, mieszający się z pogardą w kierunku wydawać się mogło najbliższej jej osoby, ale czy teraz mogła to tak powiedzieć?
    — Mówiłam wam — odezwała się, zniecierpliwiona i zniechęcona — Ten kretyn mój brat — powiedziała, nie potrafiąc się pohamować przed złośliwościami — Zadzwonił do mnie godzinę wcześniej, prosząc mnie bym, odebrała swój aparat — westchnęła, delikatnie poruszając splecionymi w kajdany dłońmi, dało się usłyszeć, jak łańcuch zadzwoniły, a ona popatrzyła na nie z nieukrywanym obrzydzeniem i niechętnie spojrzała na policjantów, którzy siedzieli tuż przed nią — Zawieruszył się on, na trasie, w której brałam udział wraz z nim i jego kolegami z zespołu. Miałam odebrać tylko zagubioną przeze mnie rzecz. Weszłam w nie odpowiedniej chwili na korytarz — mówiła cierpko.
    — To nie tłumaczy, że znaleziono panią przy poszkodowanym w kałuży jego krwi. Zebraliśmy nóż, który znaleźliśmy i oddaliśmy do laboratorium jeśli okaże się, że są na nim twoje odciski palców, masz przejebane!
    — A może, zamiast mnie straszyć — odezwała się niezadowolona — Przejrzycie ten pieprzony monitoring! Nie udawajmy i nie oszukujmy się, takie miejsce mają kamery, czemu ich do cholery nie sprawdzicie i zobaczycie, kto jest, rzeczywistym sprawdzą. Nie odpowiem za coś, do czego się nie przyczyniłam!
    — Uważasz, że mógłby ktoś inny to zrobić? — odezwał się do tej pory milczący mężczyzna, który stanął za ramieniem siedzącego naprzeciw niej kolegi i spojrzał na nią z nikłym zainteresowaniem.
    — A owszem — powiedziała z drwiącym uśmiechem — Już raz trafił przez nią do szpitala, wielokrotnie byłam świadkiem, jak go prała. Motyw zapewne miała, słyszałam wielokrotnie ich kłótnie.
    — O kim mówisz?
    — Jak to o kim? — odezwała się dość zaskoczona — O żonie poszkodowanego. Taylor Shinoda, albo raczej Smith. Deklarują się, że przejęła jego nazwisko, ale to ona miała motyw, by ukarać męża, jakby to trywialnie nie brzmiało — mówiła.
    — To są tylko spekulacje, dlaczego własna żona miałaby mieć motyw? — zastanawiał się na głos pierwszy ze śledczych.
    — A czy ja panu panie aspirancie nie powiedziałam przed momentem czegoś dość kluczowego? — mówiąc to, pochyliła się ku niemu, by na niego spojrzeć — Związek tych państwa nie był idealny, na jaki się kreują. Początkowo może tak było, jednak z czasem się wiele zmieniło, sam Mike mi się do tego przyznał, po tym gdy po raz kolejny mu dupę ratowałam przed szaleństwem tej wariatki.
    — Co ci jeszcze mówił? — nalegał na dalsze wyjaśnienia porucznik.
    — Widziałam wiele, żeby uznać, że to nie ja powinnam tu siedzieć Kłótnia a Taylor — powiedziała, broniąc siebie — Poza tym, jakbym miała motyw?
    — Jego żona sugeruje, że byłaś zazdrosna.
    — Bo nie miała żadnej innej argumentacji — streściła jego słowa — Najbardziej żałosny powód to bycie zazdrosnym. Nie mam powodu. Od kilku miesięcy jestem mężatkom szczęśliwie zakochaną i po co mi wracać do faceta, który mnie zdradził? Jaki to w ogóle miałaby sens. To właśnie z tą szmatą się przespał i nie potrafił przyznać do prawdy. Dowiedziałam się o tym i go zostawiłam. Zajęłam się własnym życiem, a potem poznałam obecnego męża.
    Widziała, jak mężczyźni przez moment spoglądają na siebie i miała, chociaż cień nadziei, że jej, chociaż odrobinę uwierzyli. Merytorykę Smith wydawała się bardzo pogmatwana, sama krzywdziła Michaela, słyszała na własne uszy, że to właśnie się z nim sprzeczała na tym korytarzu, jednak wolała oskarżyć ją. Ponownie na jej nieszczęście pojawiła się w niewłaściwym miejscu i czasie.
    — Prawdę mówiąc, słyszałam, jak oni się kłócili gdy szłam do studia. Początkowo nie zwróciłam na to uwagi, jednak ich krzyki były zbyt wyraźne, a nie mam problemu w rozpoznaniu wrzasków Mike czy jego żony — odezwała się nagle.
    Widziała, jak momentalnie sprowadziła na siebie spojrzenia obojga funkcjonariuszy, którzy spojrzeli na nią z zainteresowaniem. Nie zamierzała tego w żaden sposób ukrywać, bo nie miała nawet ku temu powodu. Jeśli postawiono ją w takiej sytuacji, to nie zamierzała nadal milczeć, by Mike za przeproszeniem tyłek ratować, jak właśnie przez niego wylądowała na komisariacie policji, będąc podejrzana o próbę jego morderstwa.
    Koniec z jej ochroną!
    — Mów! — ponaglił ją jeden ze śledczych.
    Wzdychając cicho, znowu zaczęła wyjaśniać:
    — Mówiłam to wam już kilkakrotnie — odezwała się — Wyszłam z windy, bo szłam do studia. Tłumaczyłam wam, miałam spotkać się z moim bratem, ale nie zdążyłam dotrzeć na miejsce. Gdy szłam, słyszałam kłótnie. Michael był wściekły, na swoją małżonkę. Zapewne skumplowały się na nim wydarzenia z ostatnich dni i w ponownie chciał z nią zerwać, z czego ona nie była zupełnie zadowolona. Nie widziałam, tego, ale słyszałam, jak ta się wściekła. Nie dostrzegłam momentu gdy pchnęła go nożem w brzuch, ale słyszałam jego jęki — wyjaśniła całą sytuację, której była świadkiem — Zamiast mnie tutaj trzymać, powinniście się zainteresować jego żoną. I tak na nagraniach wyjdzie, że to ona zrobiła. Zatrzymaliście niewłaściwą osobę.
    — To jeszcze ustalimy, na chwile obecną jesteś jedyną podejrzaną w tej sprawie — odezwał się porucznik — Wszystko sprawdzimy, jednak na chwile obecną jesteś zatrzymana.
    — Co takiego? — wybuchła nagle.
    Poderwała się na równe nogi, jednak łańcuchy, którymi była skuta uniemożliwiały, jej więcej ruchu. Napotkała opór, a ona przeklęła pod nosem, by spojrzeć na kajdanki na swoich rękach.
    — To jest chyba żart! — odezwała się wprost oburzona.
    — Absolutnie nie! — zagrzmiał drugi — Jesteś zatrzymana do wyjaśnienia sprawy.
    Tak pozbawiono ją wolności!

Saturday, January 11, 2025

IV 34 (P.2) — BLASK OSTRZA

    — Ja wiedziałam, że ty jesteś zakręcona, ale żeby do tego stopnia — śmiał się w głos Chestera, z którym rozmawiała od dłuższej chwili.
    — Znowu zebrało ci się na żarty? — spytała z powagą.
    Zapewne w normalnych okolicznościach uznała, by to za dość śmieszne, jednak w ostatnim czasie jej humor kompletnie wyparował. Nie można było jednak być zdziwionym, dlaczego nie była aż tak skłonna do bycia żartownisiem.
    Z każdym dniem miała wrażenie, że jej problemy coraz bardziej się mnożą, jeśli uważała, na początku roku, że nic nie mogło spotkać ją gorsze, niż wypadek na motocyklu oraz tak naprawdę przestój funkcjonariuszy, który prowadzili tę sprawę, bo nie mogli zupełnie znaleźć tropu, kto mógłby przeciąć hamulce w jej ścigaczu. Do tej pory nie wiedziała, kto pragnął albo zwyczajnie czyhał na jej śmierć, już utrata strony nie była dla niej tak dotkliwa, jak ten niespodziewana wywrotka a wszystko przez przecięte linki. Hamulce zwiodły w najbardziej potrzebnej chwili.
    Musiała uznać, że to, co wtedy się wydarzyło, było zaledwie przedsmakiem, tego co działo się teraz. Czuła się jakby była w zupełnej kropce, praktycznie na jej oczach, jej do tej pory stabilne i w miarę poukładane życie zaczęło się walić, a ona nie mogła zrobić zupełnie niczego, by zatrzymać ten powolny proces destrukcyjny, dlatego wręcz było oczywistością, że nie była skłonna do żartowania w takiej ciężkiej sytuacji.
    Prawdę mówiąc, nie zdołała uratować własnego mieszkania. Poszło ono na zupełne straty i chociaż odczuwała cholerny żal, że straciła coś, na co pracowała tak długo, to nie mogła dogadać się z urzędnikami czy bankowcami, by pomogli wyjaśnić jej sprawę, która dla niej była wyraźnie niepokojąca i jakby to brzydko ująć śmierdząca.
    Najwyraźniej dla nich jednak liczyło się to by ją zgnoić i dopieprzyć jej jeszcze bardziej niż przynajmniej na jej błaganie sprawdzić, czy coś w systemie było nie tak, bo jakoś nie mogła uwierzyć, że była tak ogromną dłużniczką. Niby z czego miałby powstać to zadłużenie gdy jej nie było przez kilka tygodni w kraju.
    — Mów, o co ci chodzi! — ponagliła własnego brata.
    — Młoda? — zapytał, a ona wyczuła w jego tonie głosu zaniepokojenie — Dzieje się coś?
    — Nie!
    Od razu zaprzeczyła, naprawdę nie miała chęci mieszać kolejnej osoby we własne problemy i tak wystarczająco, że Ricardo siedział wraz z nią w tym całym szambie, jakie nagle się stworzyło, nie chciała dręczyć kolejnej osoby, a zarazem ukazywać swojej słabości i prosić o pomoc skoro wie, że umie sobie dać radę.
    Mimo że czuła się zupełnie bezradna w tej sytuacji i tak naprawdę jedyne co teraz mogła zrobić a właściwie oboje mogli zdziałać, to poszukać innego mieszkania, bo siedzenie w hotelu jest na dłuższą metę bardzo uciążliwe, a ona musiała w końcu, zaczął szukać pracy.
    Z tego wszystko, jedyne co jej pozostało to studia, jednak obawiała się, lękała kolejnego semestru, bo zdawała sobie sprawę z tego, jakie wysokie były czesne i pokrycie ich wcześniej nie stanowiło dla niej problemu teraz bez pracy, mieszkania, jak miałaby jeszcze i opłacić studia.
    Nie chciała żebrać o pieniądze od Ricardo i jedyne co mogła zrobić, to zaciągnąć kredyt studencki, by je opłacić, ale właśnie z jej nagłym długiem, który powstał z niczego, zapewne wcale jej nie zechcą go udzielić i tak naprawdę trafiała do punktu wyjścia.
    Czemu tak uważała?
    To było nader proste, gdy przyjechała do Los Angeles, nie miała nic prócz walizki starych ubrań, nikłej nadziei i wiary, nie posiadała, praktycznie nic to przez lata życia tutaj wszystkiego się dorobiła swoim samozaparciem, ambicją i pragnieniem udowodnienia sobie, że jeśli podarowano jej możliwości. Wyjścia z biedy to zrobi to i sprawi, by sama z siebie była dumna i tak było, jednak teraz wszystko, na co zapracowała nagle padło w gruzy.
    — Gapo zapomniałaś dokumentów aparatu — wyjaśnił.
    — Dobra zaraz przyjadę po niego — powiedziała z westchnieniem — Jesteś w domu?
    — Nie w studiu, kończymy wszystkie formalności związane z trasą, jak coś mam go przy sobie więc przyjdź do Warner Bros — wyjaśnił.
    — Dobra będę za czterdzieści minut — odezwała się z westchnieniem.
    — Do zobaczenia mała — usłyszała jego dość radosny głos.
    Rozłączyła się i tak naprawdę mogła jedynie mu pozazdrościć, że nie musi zmagać się z takimi problemami, z jakimi się obecnie mierzyła wraz z ukochanym mężem, którego aktualnie nie było.
    Oboje zdecydowali, że postara się on wynająć samochód na siebie. Może i miał trudności w komunikacji, jednak miał przy sobie telefon z aplikacją tłumacza więc mógł sobie bardziej się postarać. Miał po niego pojechać i po drodze zahaczyć o jakąś restauracje, by kupić coś do jedzenia.
    Przez tak naprawdę stres i nerwy, które doświadczyła na przestrzeni ostatnich dni, wręcz nie była chętna do jedzenia, jednak mimo tego jadła, nie miała jednak takiego apetytu na to. Noce też miała niespokojne, bo rozmyślając wciąż o swojej sytuacji, nie potrafiła zmrużyć oczu, tak naprawdę spała przez parę godzin myśląc, co zrobić z tym wszystkim.
    Nie mogła ukryć tego, że czuła się jak ta prawie piętnastoletnia Julia, która nagle dowiaduje się, że ma brata. Rodzinę, o której nic nie wiedziała. Postawiono przed nią dość ciężki wybór w tak młodym wieku. Musiała zdecydować czy chce zatrzymać się u Chestera, czy nie, jednak i dla niego również była to niezbyt ciekawa sytuacja. Oboje jednak podjęli decyzje, którą uznali za właściwą i czy żałowali?
    Raczej nie mogła powiedzieć, że nie, a raczej, uznali ją za jedna z lepszych, które ich połączyły. Nawet teraz gdy byli dorośli, nadal byli ze sobą związani, zapewne gdyby się wyprowadziła to kontakt, byłby nieco słabszy, ale nie możliwy, bo tak samo nadal, pomimo że z Tonym widywała się rzadko, nadal był jej bliskim przyjacielem i potrafiła z nim gadać gdy tylko znalazła czas czy do niego jeździć. Ale nie chciała stąd wyjeżdżać, mimo że poznała plusy i minusy życia w tym mieście i dość wysoki stan życia oraz ogrom bezdomności to jednak to te osoby z ulic motywowały ją, by sięgać poza swoje wyżyny, by nie trafić w to miejsce gdzie oni.
    Westchnęła cicho, opierając głowę na swojej zgiętej dłoni i oparła je o biodro i przerzucając telefon w drugiej ręce, tak naprawdę czekała na powrót swojego męża, który powinien pojawić się w każdej chwili.
    — W co ja się wpakowałam? — wymruczała.
    W końcu dobiegł ją szczęk otwierający się drzwi, a ona poderwała głowę, by wkrótce z przedpokoju wyszedł mężczyzna, który trzymał w jednej dłoni siatkę z logo jakieś lokalnej knajpy z kurczakami oraz kluczki.
    — Zdobyłem — powiedział, unosząc pilot oraz klucz do stacyjki na metalowym okręgu — Udało mi się wynająć go na dwa tygodnie, do tego czasu, musimy coś znaleźć.
    — Będziemy o tym myśleć — zapewniła go — Jednak ja nie będę mogła go wziąć na siebie…
    — Bella przestań się tym zadręczać. Pomyśl raczej, czy nie jest możliwość wniesienia gdzieś tej sprawy wyżej, bo jednak jest to dziwne, że z lata na dzień obciążyli cię takim kredytem i ani bank, ani komornik nie chcą ci pomóc i wyjaśnić tej sytuacji. Mieszkanie i samochód i tak biorę na siebie, a ty zastanów się nad tym, co można w tej sprawie jeszcze zdziałać.
    Popatrzyła na niego i nie potrafiła ukryć uśmiechu, który pojawił się na jej ustach. Nie zamierzała zaprzeczać temu, że gdyby nie jego obecność, ogromne wsparcie, jakie jej okazywał już dawno, by się podłamała i zrezygnowała z tego wszystkiego, a dzięki właśnie miała sile i motywacje, by dalej brnąć w to, mimo że widziała, jak wygląda obecnie jej życie, a raczej ich.
    — Mówiłam ci Señor, że cię kocham? — zwróciła się do niego, a kącik jej ust poderwał się do góry.
    — Ostatnio rzadko to mówisz — powiedział, odwzajemniając jej szczery gest — Ale rozumiem twoje strapienie i nie wymuszam tego na tobie — rzekł.
    Jeszcze bardziej go kochała za to, naprawdę nie mogła trafić na lepszego faceta niż on. Mimo że podjęli decyzje o ślubie, dość gwałtownie to uważała, że nie mogła trafić na kogoś wyjątkowego od niego. Był jej ostoją oraz opoką w tym trudnym czasie.
    — I mam też jedzenie Bella — powiedział, podnosząc pojemniki z posiłkami.
    — Chętnie coś zjem, ale później, bo okazało się, że w rzeczach dziewczyny mojego brata znalazł się mój aparat i on akurat go ma więc muszę po niego jechać. Zaczekasz na mnie? — spytała.
    Wstała i podeszła do niego, momentalnie poczuła, jak jedną dłonią obejmuje ją w pasie, ówcześnie kładąc na stoliku reklamówkę z ich obiadem i pocałował dość czule, na co nie potrafiła pohamować delikatnego uśmiechu, który pojawił się w kącikach jej ustach. Odwzajemniła go i wręcz pogłębiła i mogłoby się wydawać, że pewnie wywiązało się między nimi coś, więcej, jednak ona wykorzystała jego chwilą nieuwagę i chwyciła kluczyki do samochodu.
    — Sprytna cwaniara — skomentował, gdy tylko odsunął się od jej ust.
    — Postaram się wrócić jak najprędzej. Model? — spytała.
    — Biały Fort z najnowszego roku — powiedział — Stoi niedaleko wejścia do hotelu — wyjaśnić.
    — Kocham cię — rzuciła.
    — Ja ciebie też Señorita! — zawołał za nią — Poczekam z obiadem na ciebie — dorzucił.
    Nie mogła być bardziej wdzięczna za tego faceta niż teraz. Naprawdę jak bardzo jej pomagał w ostatnim czasie i był wręcz takim filarem, który pomagał jej się trzymać stabilnie by nie upaść, było wręcz nieocenione i wspaniale. Każdego dnia pokazywał jej, jak bardzo ją kocha, gestami, wsparciem, motywacją do działania, mogłaby tak wyliczać długo. Trafiła na prawdziwy diament, który należał tylko do niej.
    Miała nadzieje, że uda się jej prędko to załatwić i spodziewała się, że chłopacy zapragną ją zatrzymać, bo oczywiście nigdy nie mogła wyjść ze studia, od nich bez pogawędki oczywiście jak byli sami i nie mieli ważnego spotkania z drugim z producentów, bo jak zwykle Mike stał się producentem kolejnego ich albumu.
    Wychodząc z windy, weszła na hol hotelu, gdzie się zatrzymali przed paroma dniami, by móc w końcu odpocząć i wytchnąć po ciężkiej podróży i też zawirowaniach związanych z mieszkaniem, które nie dawały jej spokoju, jednak nie chciała na razie o tym rozmyślać, po prostu skupiła się na obecnych przeżyciach.
    Zaczęła chodzić po parkingu i szukać samochodu i nie myśląc, wiele kliknęła pilota i wkrótce zobaczyła podświetlane, światła jednej z maszyn i podążyła w tamtym kierunku. Wsiadła do dość przestronnego samochodu, jednak nie rozwodziła się nad jego wyglądem, jednak wsunęła kluczyki do stacyjki i odpaliła silnik.
    Wyjechała z miejsca i przejeżdżając przez ogromny parking, wjechała na jedną, z ulic ówcześnie jednak wklepała sobie w nawigacji, by prowadziło ją wprost do głównego studia, gdzie pracował zespół, jak nie przesiadywali u Mike czy u siebie w ich domowych pracowniach.
    Jechała w najgorszym tłoku, co ją niesamowicie sfrustrowało, bo droga, która miała, zająć czterdzieści minut już pokazywała, że zajmie godzinę. Od razu pomyślała, że mogła po prostu mu powiedzieć, że odbierze ten aparat kiedy indziej niestety już była w trasie.
    Stanie w korku w godzinie szczytu to było klasyk dla tego miasta.
    Udało się jej wyjechać z jednego z dość długiego sznurów samochodów, a nawigacja nie pokazywała jej już takich utrudnień aż do budynku wytwórni. W przeciągu dwudziestu minut w końcu dotarła na miejsce i zaparkowała na jednym z wolnych miejsc w pobliżu wejścia.
    Wyszła stamtąd, tak naprawdę mając przy sobie jedynie kluczyki, z tego wszystkiego zupełnie zapomniała o tym, żeby zabrać ze sobą telefon. Machnęła na to ręką, widząc ze wkrótce i tak wróci do hotelu, a ona miała jedynie załatwienia jedną krótką sprawę.
    Nie rozglądając się, po prostu weszła, do znajomego już budynku, w którym wielokrotnie już była i podążyła w stronę wind, które wiodły na górne pięta. Zatrzymała się przy jednej z nich i nacisnęła na guzik. Czekała dość długo, zapewne zjeżdżała z ostatniego pietra, gdy w końcu zobaczyła, jak drzwi się rozsuwają, ujrzała wychodzącą grupkę osób. Skinęła im na powitanie i weszła do środka i od razu nacisnęła na numerek, gdzie znajdowało się studio, które zajmował zespół.
    Wkrótce metalowe wejście się zamknęło, a ona poczuła lekkie szarpnięcie i wkrótce czuła jak jedzie do góry. Oparła się ramieniem o ścianę z cichym westchnieniem i czekała, aż dojedzie na miejsce. Naprawdę nie miała nastroju tutaj przyjeżdżać i nie to, że nie lubiła odwiedzać kapeli, ale ostatnio jedyne, o czym myślała i miała w głowie to jej zmartwienia i nie chciała martwić zwłaszcza Chestera ze coś się dzieje w jej życiu i tak na trasie musiała udawać i go okłamywać, a tego naprawdę nie lubiła.
    Uśmiechnęła się z lekką, ironią jak to wyglądała, tak naprawdę oszukiwała, go kryjąc jego kumpla i swojego była. To wyglądała tak dziwacznie i było tak pokręcone, że nie mogła pojąć, w którym momencie wdała się w taką sytuację. Ale to już minęło i miała nadzieje, że w końcu będzie mogła skupić się na swoim życiu i by mogła go poukładać.
    Będąc tak zamyśloną, jedynie kątem oka dostrzegła, jak znowu metalowe drzwi się rozsuwają, a ona ujrzała znajome piętro. Wyszła tam, nawet nie rozglądając się po ścianach, jednak gdy im bardziej się zbliżała, mimo że była zupełnie pochłonięta swoimi przemyśleniami do jej umysłu, przedzierały się jakieś dziwne hałasy. Nie zwróciła na to najmniejszej uwagi, bo zapewne to jacyś pracownicy.
    — Mam tego dosyć! — krzyczał męski bardzo rozwścieczony głos — Stawiasz mi wciąż reguły, których mam się trzymać, traktujesz mnie jak worek treningowy. Mówiłem to na trasie, ale mnie nie słuchałaś!
    Idąc głębiej, słyszała coraz bardziej podniesione głosy:
    — Nie pogrywaj ze mną Michael! — rozbrzmiał kobiecy bardzo gniewny głos — Przymknęłam oko na twój wybryk. Nie oczekuje od ciebie sprzeciwu, a pokory!
    — Co ty wygadujesz Taylor! Zmieniłaś moje życie w istne piekło i nadal to robisz. Powiedziałem, że mam tego serdecznie dość! — krzyczał — Powiem to po raz kolejny, bo mam wrażenie, że pierwszy raz do ciebie nie dotarło. Zrywam z tobą! Masz się, wynieś...
    Głośny jęk przedarł się przez korytarz, którym właśnie szła, to sprawiło, że zatrzymała się w jednej chwili i poczuła dość niepokojący dreszcz, który przebiegł przez jej ciało gdy rozbrzmiał ten sam dość dziwnie znajomy kobiecy ton głosu.
    — To cię w końcu nauczy, że mi się nie odmawia!
    — Coś… coś ty zrobiła? — wyjechał dość słaby męski głos.
    — To moje nauczka kochanie…
    Nie zamierzała tak po prostu stać i słuchać tego i wręcz zaczęła iść w tamtym kierunku. Słyszała dość głośny jęk oraz odgłos jej kroków kogoś speszył.
    — Cholera… — słyszała ciche przekleństwo.
    Coraz bardziej odczuwała poczucie, że znała ten głos zbyt dobrze, słyszała, jak ktoś wręcz truchtem uciekał, gdy ona w końcu wyszła za rogu i niemal wręcz stanęła jak wryta. Widok, jaki tam zastał, niemal zmroził, ją tak samo, jak widok jej byłego, który osuwał się na deski parkietu estrady przed tygodniem. Jednak to, co ujrzała, było jeszcze bardziej przerażające. Widziała na własne oczy jak prawie półprzytomny Michael, zjeżdża po ścianie i co jeszcze bardziej nią wstrząsnęło, to widok, ostrego narzędzia, który został wbity w jego brzuch. Osunął się na jej oczach na ziemie, praktycznie widziała w oddali, jak zamyka oczy, tracąc kontakt z rzeczywistością, jednak dostrzegła w jego spojrzeniu jakby dziwny cień, tak jakby ją przez moment zauważył.
    — Mike! — krzyknęła, a w jej głosie dało się wręcz wyczuć panikę.
    Podbiegła prędko do niego, tak naprawdę nie wiele się zastanawiając a jeśli miała być szczera, w ogóle w tej sytuacji nie myślała. Ogarnęło ją przerażenie i panika, która wstrząsnęła jej ciałem.
    — Mike! — wręcz prędko uklękła przy nim.
    Nawet nie zdawała sobie sprawy, że klęczała w kałuży, jego krwi nie wiedziała, co przez chwile zrobić, czuła się zagubiona, jednak nie mogła panikować, lecz ratować życie i naprawdę nieważne było teraz, kim był dla niej, liczyła się każda minuta.
    Niemal od razu sprawdziła jego puls, który z każdą chwilą coraz bardziej słabnął. Dotknęła rękojeści noża, jak mogła wnioskować i przez moment chciała go wyciągnąć, jednak po chwili pomimo emocji, zdołała w końcu zdać sobie sprawę, że jeśli to zrobi, to tym bardziej zrobi, spowoduje większy krwotok.
    To był impuls gdy wręcz zdjęła z siebie bluzę Ricardo, którą miała na sobie i ostrożnie jak tylko mogła, zabezpieczyła nóż, który tkwił w jego ciele. Jednak z każdą chwilą mężczyzna tracił swój oddech, co jeszcze bardziej ją niepokoiło. Liczyła się jednak tutaj każda cholerna sekunda, a zdawała sobie sprawę, że w studiach jej nie usłyszą, bo pomieszczenia są wygłoszone a na korytarzu brak żywej duszy, musiała radzić sobie sama.
    Gdy tylko udało się jakoś zabezpieczyć jego ranę i unieruchomić ostrze, wręcz zaczerwionymi od krwi dłońmi zaczęła go restytuować. W takich sytuacjach czasami działa się pod wpływem emocji, jednak w tym przypadku musiała zachować ten pieprzony spokój, mimo że wewnątrz cała się trzasnęła ze strachu jednak zrobiła to co uczono na każdym kursie pierwszej pomocy.
    Tak naprawdę była tutaj tylko ona i była jedyną osobą, która mogła mu pomóc. Momentalnie jednak pomyślała kto, był tak skrajnie głupi, by atakować go, tutaj jednak nie musiała się zastanawiać.
    Tchórzliwa fretka nagle uciekła.
    Nie dostrzegła jednak momentu gdy na korytarzu pojawił się ktoś, kto za moment zniszczy jej życie diametralnie. Była zbyt zajęta ratowaniem czyjegoś życia, by zwrócić uwagę na to, jak za rogu wyłania się pewna kobieta i pomimo lekkiego uśmieszku dość niczego jej mimika nagle się zmieniła, a po całym korytarzu nagle rozbrzmiał jej głośny pisk i krzyk:
    — Mike!
    Niemal ją zmroziło, gdy do jej uszu dotarł jej głośny wrzask. Odwróciła się przez ramię gdy dostrzegła, jak biegnie w jej kierunku zupełnie zapłakana i roztrzęsiona, a z jej gardła przedarł się kolejny głośny krzyk:
    — Zostaw go! Morderczyni! — jej głośne krzyki sprawiły, że momentalnie na korytarzu pojawił się jedne z ochroniarzy.
    Nawet nie dostrzegła jak w momencie gdy ponownie uciskała na klatkę piersiową Michaela ze studia, wychodzi reszta zespołu, która była zupełnie zaszokowana, to działo się dosłownie w przeciągu kilku sekund gdy wręcz została brutalnie odepchnięta od rannego i nieprzytomnego mężczyzny, a jego nieprzytomnego ciała dopadła jego zapłakana i roztrzęsiona żona, która zaczęła, go wołać by się obudził.
    — Zabiłaś go! — wrzuciła w jej kierunku.
    Widziała, jak w następnej chwili przytula go do swojej piersi, a ona wręcz nie mogła otrząsnąć się z szoku, co tutaj się dzieje.
    — Zabierzcie ją! — wołała do kogoś, kto stał za nią — Ona zabiła mi męża!
    — Co!? — spytała oszołomiona.
    W następnej chwili wręcz poczuła dwoje silnych ramion, które poderwało ją z ziemi i zatrzasnęło w silnym ucisku gdy druga para rąk skuli jej nadgarstki. Nie mogła wyjść z oszołomienia, co tutaj się wydarzyło.
    — Co ty Taylor odpierdalasz? — wyrzuciła z pretensją w głosie.
    Kobieta cały czas wręcz idealnie łkała i rozpaczała nad losem wciąż nieprzytomnego męża, którego delikatnie poderwała z ziemi a z rany, która do tej pory była zabezpieczona, zaczęło spływać więcej krwi.
    — Zabiłaś go! — wprost lamentowała.
    — Nie! — powiedziała w swojej obronie — Ja go ratowałam! — powiedziała.
    — Nie kłam! — płakała jej rywalka — Widziałam to, zabiłaś go, a teraz jeszcze kłamiesz.
    — No chyba to jest kurwa żart — powiedziała, próbując się wyrwać, jednak po chwili zdała sobie sprawę, że była dość mocno trzymana przez dwóch ochroniarzy — Puście mnie! — rzuciła do nich — Ja nic nie zrobiłam.
    — Zostajesz zatrzymana do przyjazdu policji — odezwał się jeden z nich.
    Po korytarzu rozniosło się głośniejsze zawodzenie Taylor, jednak przez jej lament dało się usłyszeć pewne słowa, które nie sądziła, że kiedykolwiek usłyszy
    — Jak mogłem ci ufać!
    Ten głos był zbyt charakterystyczny, by mogła go pomylić z kimkolwiek innym. Wręcz z mocno bijącym sercem popatrzyła w stronę zespołu, a raczej własnego brata, który patrzył na nią w pełni rozczarowanym spojrzeniem, wyglądał na osobę, która łzawa scena Taylor zrobiła wrażenie, jednak gdy tylko rzuciła, spojrzenie na resztę wyglądali na tak samo zasmuconych i zniesmaczonych gdy tylko patrzyli w jej kierunku.
    — Chyba jej nie wierzysz? — odezwała się pełnym napięcia głosem.
    Milczał.
    Nie odpowiedział na spanikowane pytanie, jednak widząc jak kręci z dezaprobatą głową i spogląda na nią wręcz z bólem, dało się, zauważył, że jednak wolał uwierzyć jakiej suce niż jej własnej siostrze.
    — Zawiodłaś mnie.
  

Sunday, January 5, 2025

IV 33 (P.2) — JEJ ŻYCIE ZACZĘŁO SIĘ SYPAĆ

    — Pani zadłużenie opiewa na kilku milionowe zadłużenie — tłumaczyła cierpliwie urzędniczka, która siedziała za biurkiem.
    — Co takiego!? — wybuchła, trzaskając dłońmi o krawędź biurka.
    — Proszę, by się pani uspokoiła — zagrzmiała dosyć srogim tonem.
    Spoglądała wprost z niedowierzaniem, na siedzącą przed nią starszą kobietą, z którą w końcu udało się jej spotkać. Prawdę mówiąc, wręcz wymusiła na nich rozmowę, bo nadal nie mieściło się jej w głowie to, co się wydarzyło.
    To wydawało się wręcz abstrakcyjne, by nagle zajęto jej osobiste mieszkanie, podczas jej nieobecności i jak się obecnie dowiaduje za zadłużenie, o którym zupełnie nic nie wiedziała! Owszem dla niej było to wręcz tak nie dorzeczne, że nie docierało do niej, co ta urzędniczka wygaduje.
    Nie była osobą, którą uważała, że życie na kredycie ją uszczęśliwi czy sprawi, że wszystkie dobra, które będzie mogła kupić, musi brać na raty gdy może na nie zrobić i kupić w normalnej cenie, dlatego nie rozumiała, skąd nagle pojawił się na jej koncie kilkumilionowy zadłużenia.
    — Jak mam zachować spokój! — grzmiała.
    Spoglądając wprost na kobietę która, jak każdy pracownik biurokracji, nie wykazywała się żadnymi emocjami, wręcz znużeniem, że musi obsługiwać kolejną osobę, która się kłóci, mimo że decyzja komornicza została podjęta, a oni nagle budzą się i domagają się wyjaśnień, jednak prawda była bezbłędna, widziała obciążenie na koncie tej pani, która przed nią siedziała w tym przypadku jej samej i nie wykazywała się chęcią, wyjaśnienia jej jak do tego doszło.
    A ona nie zamierzała, tak łatwo odpuszczać, musiała dociec prawdy, bo wydawało się to dosyć dziwne, że z dnia na dzień została dłużniczką na o bagatela kilka zer na koncie. Gdy wyjeżdżała na trasę, nie zmagała się, z większymi problemami prócz zwolnienia z pracy i perspektywą szukania kolejnej gdy tylko wróci. Zadbała o wyrównanie rachunków za kolejny miesiąc, więc tym bardziej nie rozumiała, skąd nagle to się pojawiło.
    Było to dosyć dziwne i zastanawiające.
    — Wyjeżdżam na parę tygodni, nie mając na swoim koncie żadnych długów, wracam i zastaje mieszkanie przejęte przez firmę windykacyjną, czyli was. Mam powody się unosić i być wściekła i domagać się jakichkolwiek wyjaśnień, bo nagle obciążyliście moje konto, zabraliście mieszkanie i samochody. Każdy by tak samo zareagował jak ja gdyby nagle dowiedział się, o którego długu nie ma! — krzyknęła na nią.
    — My tylko wykonujemy swoje obowiązki — rzuciła ostro kobieta — Zajęliśmy pani mieszkanie oraz pojazdy mechaniczne, by pokryć dług, który na pani ciąży i tak nie jest on spłacony i zamierzamy ściągać z pani wypłatę, póki nie ureguluje pani swoich należności.
    — A czy nie zastanawia was jedno?
    Widziała, jak kobieta ze znużeniem spogląda na nią, jednak nie widziała żadnego zainteresowania.
    — Nagle pojawia się zadłużenie, o którym nawet ja niby właścicielka nie wiem i tak po prostu, zamiast wyjaśnić tę sprawy i pomóc dojść mi do prawdy. Uznaliście, że nie, lepiej zająć moje prywatne mieszkanie i pojazdy.
    — My nie jesteśmy od rozwiązywania problemów, tylko od ścigania zadłużonych osób — odezwała się dosyć surowym głosem.
    — Tylko pani nadal tłumaczę, że nie byłam nigdy w żaden sposób, zadłużona to musi być błąd!
    Widziała, jak starsza kobieta spogląda na ekran komputera, słyszała mozolne postukiwanie jej palców o klawiaturę gdy zaczęła coś wpisywać. Dobiegło ją jej, ciche pomrukiwanie pod nosem jednak nie mogła do końca zrozumieć, co mówi.
    — Pani Julia Bennington? — zapytała sucho, spoglądając na nią znad oprawek swoich okularów.
    — Owszem, to moje panieńskie nazwisko — przyznała.
    Mimo że miała dziwne poczucie, że nic nie zdoła załatwić, to patrzyła, jak kobieta ponownie zerka na monitor bez cienia ciekawości, jednak po chwili mruknęła:
    — Jest pani dłużniczką — oznajmiła surowo — Kwota początkowo było to pięć milionów dolarów…
    Zmroziło ją po raz kolejny gdy usłyszała tę kwotę, skąd nagle miałaby przepuścić aż tyle kasy. Nawet jej mieszkanie kosztowało ponad milion, a obecnej wartości nie znała. Skąd nagle wisieć tyle pieniędzy wobec państwa, to było tak abstrakcyjne, że czuła się, jakby tkwiła w jakimś koszmarze sennym.
    Pragnęła, by to było tylko jej wyobrażenie, takie złe przeczucie, chciała się po prostu obudzić i zrozumieć, że jednak to był tylko niechciany sen, który się jej przyśnił, a nie jej rzeczywistość.
    Tym bardziej teraz gdy myślała, podjęcie decyzji z Ricardo o rozdzielności majątkowej było najlepszym rozwiązaniem, bo gdyby nie podpisali go, pociągnęłaby go za sobą, a nawet ona sama nie wie skąd nagle taki dług, się zebrał.
    — Pani mieszkanie oraz pojazdy pokryły tylko połowę tego długu — rzuciła.
    — Czyli nic nie zamierzacie z tym zrobić? — odezwała się już bardziej sfrustrowana.
    — My nie pomagamy, tylko ścigamy dłużników — mruknęła swoją formułkę, którą słyszała podczas tej rozmowy już kilkukrotnie.
    — To, chociaż pozwólcie mi zabrać prywatne dokumenty, one do was nie należą — powiedziała, czując się coraz bardziej zniechęcona.
    — Nie możemy tego robić!
    — Cholera to tylko kartki papieru, które są ważne dla mnie, dla was są bez znaczenia, bo i tak tego nie sprzedacie. To prywatna dokumentacja i zdjęcia, które nie mają absolutnie wartości. Nie wyprzedacie ich, bo są bez wartości!
    Widziała, jak kobieta przez dłuższą chwilę się zastanawia. Nie zamierzała ukrywać, była zirytowana nią i jej podejściem do tej całej sprawy. Wyraźnie jej coś tutaj nie grało, wręcz czuła jakiś dziwny przekręt, jednak nie chcieli jej zupełnie umożliwić rozwiązania tej całej sytuacji. Jedyne co przychodziło jej do głowy, to by pojechać do banku i tam pogadać z bankowcami, może oni będą, bardziej skłoni jej pomóc.
    Nie zamierzała odpuszczać, szczególnie teraz gdy widziała, że ta cała sytuacja jest mocno pogmatwana, a ona została wplątana w coś dziwnego i niepokojącego. Nagle na przestrzeni paru tygodni pojawia się dług i, prawdę mówiąc, od razu pragną z niej ściągnąć rzekome zadłużenie.
    Może to były jedynie jej przeczucia, a może rzeczywiście prawda, jednak miała poczucie, że ktoś maczał w tym palce, jednak problem polegał na tym, że po prostu nie wiedziała kto. Komu zależało, by na tym by straciła mieszkanie i samochody i została zadłużona. Prócz swojego stałego nemezis i pewnej kobiety nie widziała innych opcji, jednak dla Clarka nie były to metody, którymi się posługiwał, a Taylor cały czas była z nimi na trasie więc nie mogła zamieszać więc osoby, które mogły potencjalnie, zamieszać zostały odrzucone na stracie.
    — Dobrze — odezwała się nagle kobieta.
    Popatrzyła w jej kierunku, który w końcu uległa i powiedziała:
    — Jednak ma zabrać pani jedynie dokumenty i te cholerne zdjęcia niech pani nawet nie próbuje ruszać czegokolwiek! Na wszelki wypadek pójdzie pani tam, z naszym indykatorem by miał na panią oko!
    To wręcz jej się nie śniło. Nagle straciła mieszkanie, na które pracowała tak ciężko, jacyś cholerni urzędnicy decydowali czy mogła tam wejść, czy nie. Miała ochotę się po prostu rozpłakać. Jak nigdy nie była skłonna do ronienia łez, to jednak obecna sytuacja, sprawiła, że miała ochotę usiąść i płakać. Jednak musiała zachować poważny wyraz twarzy i dojść do sedna problemu.

    — Ani bank, tym bardziej komornik niczego nie wiedzą! — rzuciła ze wściekłością.
    Rzuciła karton wypełniony jej dokumentami oraz albumami, które pozwolono jej zabrać z mieszkania i uprzednio Ricardo wspomniał, że pojechał załatwić pokój w hotelu i tam pragnął, by przyjechała i właśnie wróciła. Nawet nie odpoczęła po podróży, a była na mieście próbując dojść, o co w tym wszystkim chodzi.
    — Bella uspokój się…
    — Ricardo jak bardzo cię kocham — zaczęła, spoglądając na niego ze wściekłością — Ale bycie spokojnym to ostatnia rzecz, o którym mogłabym pomyśleć! — powiedziała nieco głośniej, starając się nie wrzasnąć.
    — Więc jaka jest sytuacja?
    Słyszała, jak cicho wzdycha, siedząc na krawędzi łóżka, na którym przed momentem wylądowały jej dosyć prywatne i jedyne ocalałe rzeczy z mieszkania. Oczywiście tak jak myślała, będąc w firmie komorniczej, że postara się wyjaśnić sprawę z bankowością, jednak pojechała tam praktycznie na darmo.
    Nie zechcieli jej pomóc, bo uznali, że musi rozmawiać z kierownikiem, którego nie ma, bo jest na wakacjach. Gorzej być chyba nie mogło. Z deszczu pod rynnę wpadła w kłopoty i pragnąć, dowiedzieć się czegokolwiek jest po prostu odesłana z kwitkiem i jak miała się czuć w tej sytuacji?
    Rozdrażniona?
    Wściekła?
    Czy pełna złości na ludzi, którzy zupełnie jej nie rozumieli!
    Chyba wszystko w jednym.
    Popatrzyła na swojego męża, starając się zachować spokój, jednak jak mu mówiła, wcześniej nie była w stanie okiełznać swojego wewnętrznego oburzenia, które nią wręcz szargało.
    — Wyobraź sobie, że jestem zadłużona na pięć milionów dolarów — wyrzuciła wściekle.
    Po tym słowach zapanowała w pokoju jakaś dziwna cisza, widziała wręcz oszołomioną minę Ricardo i miała poczucie, że spoglądała na swoją minę gdy o tym wszystkim się dowiedziała, patrzyła, jak momentalnie przygląda się jej z podejrzliwością i pośpieszyła z wyjaśnieniem:
    — Zanim zapytasz, nie byłam nigdy zadłużona! Opłaciłam nawet to leczenie ze stycznia. Wiem, że mój kraj stoi na długach i życia na kredycie dlatego wolałam tego uniknąć i na wszystko zarabiałam sama. Nie brałam nic na kredyt a jeśli tak, by zdobyć te pieprzone punkty, których się domagają to, spłacam wszystkie zadłużenia, jakie miałam, nigdy nie chciałam żyć na skraju igrania z życiem, na poziomie a stanie się bezdomną w tej chwili stałam się taką osobą — dodała sfrustrowana — Lata starań poszły na marne, bo straciłam wszystko! — podkreśliła — Mój dług cię nie obchodzi, pamiętaj, mamy podpisaną, rozdzielność majątkową.
    — Ale mogę pomóc — zasugerował.
    — Nie będziesz płacił tyle kasy za dług, o którym nawet ja nie wiem! Urzędasy cholerne. Zamiast pomóc, to wolały olać sprawę! — dodała sfrustrowana.
    — Więc co zamierzasz z tym zrobić? — zapytał wprost.
    — Nie mam pojęcia — przyznała szczerze — Po prostu nie mam pojęcia.


Saturday, January 4, 2025

IV 32 (P.2) — DŁUG O KTÓRYM NIE WIEDZIALA

    — W końcu w domu! — ucieszyła się.
    Gdy tylko drzwi metalowe drzwi windy otworzyły się tuż przed nimi, a ona zobaczyła znajomy już sobie wygląd korytarza, który wiódł ich do jej mieszkania, czuła jak kącik jej ust drga do góry w szerokim uśmiechu, a w jej głowie pojawiły się myśli wręcz oczami wyobraźni, już widziała swoje wygodne łóżko, w którym zamierzała się położyć i zasnąć.
    Nie miało znaczenia, że był środek dnia, a ona pragnęła tylko zakopać się pod kołdrę i zasnąć i nawet pohamowała się, by jechać po swoje zwierzaki, które zapewne stęsknione czekają na nią u przyjaciółki, gdzie je zostawiła na ten czas, mogła oczywiście, jechać od razu po nie jednak nie czuła się na siłach, by wsiadać za kierownice.
    Czuła się przemęczona, a oczy powoli się jej zamykały, więc woli dla własnego bezpieczeństwa nigdzie nie jechać, by nie spowodować wypadku. Doskonale wiedziała, że nic im się nie dzieje, są wręcz w doskonałych rękach Alex, która podjęła się zajęcia się nimi wraz z Aaronem przez ten czas. Nie mogła bardziej być wdzięczna za taki krąg znajomych, jaki zdobyła, bo mogła przynajmniej prosić ich o pomoc gdy sytuacja do takich należała. Codziennie jednak dostawała raporty od niej w postaci filmików czy zdjęć jak one się miewają i widziała, że są bardzo szczęśliwi, zadbani i zabawione. Para również miała, od niedawna pieska więc wiedziała, że Junka nie będzie się nudziła i będzie mieć kogoś do towarzystwa, a nie tylko kociaki, które miewają chwile, że nie są skłonne do zabawy, bo wolą odpoczywać.
    Kochała ich i gdy tylko dowiedziała się o trasie pierwsze, o czym pomyślała po tym gdy się zgodziła, to zapewnienie opieki właśnie jej zwierzęcym przyjaciołom wiedząc, że Ricardo i tak nie ma, więc musiała, zadbać o opiekę. Zadzwoniła do Emily jednak ta odmówiła, tłumacząc, że wyjeżdża z chłopakiem na wakacje i nie ma jak się nimi zając, potem zadzwoniła właśnie do Alex która zgodziła się niemal od razu.
    — Cieszy cię to bardziej niż mój powrót — usłyszała za swoim ramieniem, delikatny przytyk ze strony męża.
    Odwróciła się przez ramię, by móc na niego spojrzeć i zmierzyła go spojrzeniem swoich niebieskich oczu. Widziała jak uśmiecha się z niewinnością gdy tylko spostrzegł jej wyraz twarzy i prawie jej morderczy wzrok na sobie.
    — Aż tak mnie, źle oceniasz? — spytała, teatralnie kładąc rękę na swoje piersi i spoglądając na niego.
    W końcu i on jak uprzednio ona uporał się ze wsunięciem walizki na korytarz, na którym na moment przystanęli. Oboje popatrzyli na siebie i nie minęła nawet chwila, a maleńką przestrzeń wypełnił ich wspólny śmiech, co sprawiło, że zakłócili nagłą ciszą, która tutaj panowała. Nie byli jednak zbytnio przejęci, zapewnię większość sąsiadów była w pracy i nie było ich w swoich mieszkaniach.
    — Czyżby powitanie na lotnisku nie było dla ciebie zbytnio wystarczające? — zagadnęła nagle z diabelnym uśmiechem.
    — Być może Bella — odezwał się, a jego wzrok był niezwykle uwodzicielskie spojrzenie, jakim ją obdarował, a w głosie wyczuła nutkę tak charakterystycznego dla niego flirtu.
    — Señor, chętnie bym cię powitała, nie będę temu absolutnie zaprzeczać, jednak jest pewno malutkie, ale… — mówiąc to, delikatnie poderwała palec do góry, by podkreślić ten przecinek, który nagle zastosowała, urywając część zdania.
    — Jaki Señorita? — spytał z ciekawością.
    Nie odezwała się jednak od razu, zamilkła na dość dłuższą chwilę, jednak wkrótce poczuła, jak kącik jej ust podrywa góry w dość przebiegłym uśmiechu, tak specyficznym wyraźnie twarzy, który przez wielu był nazywany „przebiegłością Riverów”, bo nie tylko ona miała takie mimkę gdy w głowie pojawił się jakiś niecny plan, ale również dla jej brata co sama również dostrzegła.
    Na przestrzeni ostatnich lat można było dostrzec, jak wiele czasem dość specyficznych i normalnych cechują ją wraz z Chesterem. Oczywiście początkowo nie mogli tego dostrzec, bo musieli się poznać, jednak po paru latach oni jak i ich bliscy znajomi widzieli w nim ogromne podobieństwo. Oczywiście może z wyglądu byli nieco inni, bo on miał mieszankę cech charakterystycznych dla ojca i matki, w jej przypadku z tego co mówił jej Bennington, to była kopią matki.
    Mówił, że jej skóra była zdjęta z Sary, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, jednak raczej nie było to nic zaskakujące, bo wielokrotnie można było usłyszeć takie określenie, ona akurat w przypadku Ricardo gdy miała tę przyjemność, poznać jego rodziców widziała w nim wiele cech wspólnych z ojcem, chociaż przewijały się również i te, które odziedziczył po mamie. W przypadku nawet Mike gdy poznała Rogera, miała wrażenie, że patrzy na starszą wersjęswojego już byłego partnera, bo byli niemal swoją kopią, więc to określenie raczej było adekwatne do sytuacji.
    — Oboje potrzebujemy odpocząć — powiedziała już to dosyć poważnie.
    Jak bardzo by tego nie chciała czy pragnęła w końcu poczuć jego bliskość, to jednak zdawała sobie sprawę, że nie tylko ona, ale również i jej ukochany odczuwał zmęczenie i ostatnie, o czym tak naprawdę mogli, by pomyśleć, czy w ogóle chcieć to zabawiać się ze sobą, gdy jedyne, o czym pragną to położyć się spać.
    — Tutaj akurat masz racje — mówiła, nie starał się pohamować głośnego ziewnięcia — Padam z nóg — przyznał, opuszczając swoje ramiona — Ten lot mnie wykończył, przez większość jego, jedno dziecko tak głośno się darło, że dopiero dwie godziny przed lądowaniem zdołali go uspokoić, a mi oko padło może na pół godziny — przyznał w końcu.
    — Mogę ci tylko współczuć — powiedziała z wyrozumiałością — Ja akurat nie przespałam tego lotu i muszę przyznać, że odczuwam już zawroty głowy, bo prawie półtora dnia na nogach.
    — W takim razie idziemy się wyspać, jedynie wejdę pod szybki prysznic, by się odświeżyć i wpadam do łóżka — rozmarzył się.
    Widząc jego dość pełną zadumy twarz, roześmiała się cicho, bo równie tak jak on pragnęła tego samego. Chwyciła w końcu rączkę swojej walizki i pociągnęła za sobą i powędrowała w stronę drzwi do swojego mieszkania. Wyjęła kartę, którą miała przy sobie i tak zabrała ją na wszelki wypadek i również nie chciała nikomu oddawać.
    Przyłożyła ją w następnej chwili do zamka i miała nadzieje usłyszeć ten charakterystyczne kliknięcie, jednak zupełnie nic się nie stało. Puściła walizkę, która stanęła za nią i przyłożyła drugą dłoń do klamki i przykładając plastik, nacisnęła na klamkę, jednak one się w ogóle nie otworzyły.
    — Co się dzieje? — usłyszała obok siebie dość zaniepokojony głos Ricardo.
    — Nie mam pojęcia — odezwała się.
    Próbując po raz kolejny podjąć próbę dostania się do własnego mieszkania. To ją zupełnie zdumiało, tak naprawdę gdy wyjeżdżała, sprawdziła po kilka razy czy wszystko zamknęła odpowiednio i tak było, owszem wzięła kartę ze sobą, jednak klucze zostawiła, jednak powinna ona zadziałać. To wydawało się dość absurdalne, tak jakby ktoś nagle zmienił zamki, które nie pozwoliły się jej dostać do własnego mieszkania. Małego apartamentu, który kupiła przed laty na własność.
    Ona nie wynajmowała go i nie podlegała żadnemu właścicielowi, bo ona nim była w akcie notarialnym było jej panieńskie nazwisko z dniem gdy podpisała umowę kupna tego mieszkania, więc wydawało się to jak najbardziej głupie, by nie mogła się dostać do własnego lokum.
    — Mogę? — zobaczyła kątem oka, jak Ricardo podchodzi.
    Przytaknęła niemal od razu i poddała mu do rąk kartę, którą próbowała użyć, jednak zupełnie nie dawała żadnych rezultatów. Przystanęła z boku, spoglądając jak mężczyzna, próbuje się dostać do środka, jednak zupełnie jak ona przed momentem jego próby spełzły na niczym.
    — Kochanie czy jesteś pewna, że to ta karta?
    — Ricardo, nie byłam na tyle śpiąca gdy wychodziłam, by pomylić kartę kredytową z kluczem, więc raczej jest to absolutnie niemożliwe, bym się pomyliła — odezwała się, nie potrafiąc być spokojna.
    — Więc co mogło się zdarzyć? — zapytał wprost, spoglądając na kartę.
    Widziała, jak obraca ją z każdej strony dokładnie, by przyjrzeć się, czy nie ma żadnych uszkodzeń, a co ważne na najważniejszym czujniku nie było nic co, mogło spowodować, że faktycznie nie mogli wejść do mieszkania, widziała jego skupioną twarz, lecz ona nie potrafiła już wykazywać się dłużej spokojem.
    Zaczęła ją ta sytuacja frustrować oraz denerwować. Bo nie wyobrażała sobie takiego powrotu, gdzie tak naprawdę nie może dostać się do własnego domu i nic nie wiedzieć. Czuła się zdezorientowana i zagubiona i tak naprawdę nie wiedziała, co mogło się wydarzyć. Nie sądziła, by wierzycieli tak prędko weszli jej do mieszkania. W Ameryce był dość absurdalny przepis, że można było wejść do domu gdy zalegasz nawet miesiąc z płaceniem, jednak w jej przypadku, była osobą, którą wszystkie zobowiązania regulowała na bieżąco, a przed wyjazdem zrobiła wręcz nadpłatę, więc było to raczej nie możliwe, a innej sytuacji raczej nie obstawiała i to ją ogromnie zastanawiało.
    — Czyli teraz nie wejdziemy do środka? — wybuchła dosyć sfrustrowana.
    Widziała jak Ricardo momentalnie na nią spogląda gdy ona nie potrafiła już dłużej zapanować nad emocjami, które ją nękały. Jak zawsze starała się być opanowana, to tym razem nie zamierzała być spokojna na myśl, że nie może dostać się do własnego mieszkania. Niespokojnie zaczęła spacerować po małej przestrzeni, zachodząc w głowę, co teraz ma zrobić i gdzie właściwie pójść, żeby dowiedzieć się, co się mogło nagle stać. Jedyne co jej przychodziło to, zarządza budynku i jedyne to przychodziło jej na myśl, gdy nagle zobaczyła coś, co przykuło jej uwagę.
    Zatrzymała się w miejscu i popatrzyła pod stopy swojego ukochanego, a tam zobaczyła biały papier, który leżał nieco skryty pod wycieraczką. Zmrużyła oczy i pochyliła się jej niespodziewany ruch, wzbudził ciekawość Ricardo, który spojrzał na nią z góry gdy lekko zgarbiona podeszła do niego a on odsunął się jakby odruchowo. Wtedy i on dostrzegł to co przykuło przed momentem jej uwagę.
    — Co to jest? — zapytał wprost.
    Ona jednak wyjęła spod maty papier, który ostatecznie okazał się listem. Odwróciła na drugą stronę, by spojrzeć na adresata korespondencji i niemal zamarła gdy w rogu zobaczyła pieczęć należąca do:
    — Komornik! — wybuchła gdy tylko to zobaczyła.
    Nie zdawała sobie jednak sprawy, że powiedziała to po angielsku, bo w ułamku sekundy widziała wciąż pytające spojrzenie męża, który zupełnie nic nie zrozumiał z jej słów. Jednak ona nie pokwapiła się, by od razu mu odpowiedzieć co to takiego, wręcz pewnym ruchem rozerwała złożony papier i wyciągnęła ze środka dokument, który był zgięty na pół.
    Rozwinęła go, a na środku zobaczyła:
    — Nie no to kurwa jakiś żart!? — zagrzmiała.
    — Kochanie co się dzieje? — zapytał już nieco zaniepokojony i zniecierpliwiony mężczyzna.
    Oderwała spojrzenie od listu, który trzymała w dłoni, nawet nie będąc w stanie przeczytać nic poza jego tytułem i powiedziała:
    — To list od komornika — oznajmiła, drżącym od emocji głosem.
    — Co takiego? — wybuchł — Jakim prawem?
    — Tego jeszcze nie wiem, bo nie przeczytałam — wyjaśniła.
    Po czym ponownie skupiła swój wzrok na treści listu, mając dziwne poczucie, że właśnie on wyjaśni jej całą tą dość zagadkową sytuację, bo nie co dzień pod drzwiami mieszkania, do którego nie jesteś w stanie się dostać, widzisz pismo od wierzyciela państwowego:
    — Z dnia… — zaczęła pośpiesznie czytać, pragnąć w końcu dowiedzieć się, w czym tkwi ten problem — Komornik zajmuje mieszkanie z powodu zadłużenia? — czytała to wręcz z niedowierzaniem.
    Patrzyła na treść tego listu i nie docierało do niej, co w niej było zawarte. Ostatnie, o czym mogła pomyśleć to, by mieć jakieś długi. Owszem wiedziała, że ich kraj stoi na kredycie, że tonie w długach, że przeciętny Amerykanin ma wiele długów, jednak ona nie chciała tak żyć, dlatego nawet jeśli coś brała, to spłacała to niemal od razu, by nie mieć kredytów czy długów. Mogła sobie pozwolić przez wiele lat na kupna bez myślenia, że musi brać to na raty, nie odmawiała, sobie więc raczej było to nie możliwe, by narobiła sobie jakichś wierzytelności.
    Momentalnie przypomniała sobie o rachunku ze szpitala, gdy przez ponad miesiąc leżała nieprzytomna po wypadku z początku roku, tak owszem wystawili już faktury, ale w tym przypadku również nie miała sobie nic do zarzucenia, bo mimo że straciła sklep, to miała na tyle oszczędności, by za to zapłacić, sama również była w ubezpieczalni, która część kosztów pokrywała, nie wszystko jednak pewna suma jej odeszła.
    Rozumiała system, w jakim żyła, wiedziała, że nie robić sobie długów, nawet za czesne za studia starała się płacić regularnie. Wcześniejsza praca jej na to pozwalała, bo sprzedawała obrazy, które nie jednokrotnie kosztowały kilka tysięcy. Była osobą, którą nie cierpiała tonąć w długach, żyć na cieniej granicy gdzie jeden nieostrożny ruch sprawiłby, że mogła upaść, a wiedziała, jakie jest życie na ulicy, szczególnie tutaj w Los Angeles gdzie było pełno ludzi, którym noga się powinęła.
    Zmotywowana tym, że nie chciała wracać do biedy, z której wyszła, robiła wszystko, by było uczciwe zapłacone i nie tonąć w długach więc tym bardziej ją to zaskoczyła. Spojrzała na dolne linijki, gdzie doczytała:
    — Komornik również zajmuje dwa pojazdy mechaniczne… Kurwa mać! — nie zamierzała udawać, że w jakikolwiek sposób jest spokojna gdy wręcz nerwy nią szargały — Co ten świstek do cholery ma znaczy! — krzyczała po angielsku, zapominając, że powinna mówić po hiszpańsku.
    Była jednak tak mocno rozemocjonowana, że ostatnie, o czym myślała, to by mówić w drugim języku gdy wiele bluźnierstw i przekleństw cisnęło się na jej ustach i jednocześnie zrozumiała, dlaczego tak naprawdę nie może się dostać do mieszkania.
    — Jakim prawem, oni weszli do mojego domu! — grzmiała.
    Nie mogła tak tej sprawy zostawić, momentalnie zmęczenie odeszło na bok i chęć pójścia spać gdy tak naprawdę w jednej chwili dowiedziała się, że została bez dachu, bo właśnie tak to wyglądało. Nie zamierzała jednak odpuszczać i chciała, dowiedzieć się kto był takim idiotą, by zająć jej prywatne lokum.
    Była praktycznie już gotowa pójść, gdy nagle poczuła dość silny uścisk na swojej dłoni. W całym szaleństwie i gniewie zapomniała, o ukochanym, który stał obok niej, czując się niezrozumiany, bo pomimo że słyszał, że coś mówiła i widział jej złość, w której nagle wybuchła, to nie mógł zupełnie niż z tego zrozumieć. Jego obecnie największym problemem było to, że jego ukochana mówiła po angielsku, który słabo znał. Zapomniała się jednak wiedząc jej rozżalane od emocji spojrzenie, oraz mimikę twarzy, która nie wyglądała na wcale spokojną a wręcz wściekłą. Miał poczucie, że spogląda w oczy kobiety, która pragnęła kogoś rozszarpać na kilka strzępów. Jednak nie rozumiał dlaczego. Sam świstek papieru, który trzymała, nie był tłumaczony, dlatego tylko ona mogła go zrozumieć, co wyraźnie było widać, że owszem wiedziała, co kryje jego treść.
    — Co się dzieje Bella? — zapytał, pragnąc dowiedzieć się, a zarazem jej pomóc i sam zrozumieć całą tę sytuację.
    Nie odpowiedziała mu jednak od razu, widział, jednak jak przymyka delikatnie oczy i wypuszcza powietrze z ust, zapewne pragnąć się w ten sposób uspokoić, jednak nie umiała tego zrobić, gdy znowu je rozchyliła, zobaczył nadal panującą w błękicie jej spojrzenia wręcz istna rozszalałą burzę.
    — Co się stało? — powtórzyła jego pytanie — Komornik się stał! — wykrzyknęła oburzona już po hiszpańsku.
    — Słucham? — spytał wręcz z niedowierzaniem — Nie mów, że jest to właśnie, to o czym myślę.
    Było to dosyć niepokojące i przebiegło przez jego głowę obawa, że był to list z zajęciem mienia. Nie chciał tego dopuszczać do myśli, bo było to wręcz niedorzeczne i wręcz nieadekwatne. Łudził się jednak przez krótki moment, bo mina, którą wykazała się Julia, całkowicie zrujnowały jego nadzieje, że jednak się mylił. Powaga, a zarazem wściekłość, którą widział na jej pięknej twarzy, było zbyt wymowna, by zwyczajnie się nie domyślić.
    — Pod jakim prawem oni ci zajmują mieszkanie!? — odezwał się będąc tak samo poruszonym jak ona.
    — Piszą w tym zasranym liście — mówiła, uniosła dłoni i postukując wierzchem jednej dłoni o trzymaną kartkę, przez co wydobył się dość charakterystyczny dźwięk, wkrótce mówiła dalej — Twierdzą w nim, że jest dłużniczką, zajęli mi nie tylko mieszkanie, ale samochód i motocykl.
    — Miałaś długi? — zdziwił się.
    — Nie! — wybuchła, czując się niezwykle urażona tym dość prostym pytaniem.
    Wiedział, że mogło być nieco nieprzemyślane pytanie i nie na miejscu, jednak mogła coś przed nim zataić. Dali sobie na tyle swobody, że mieli prawo mieć tajemnice przed sobą, więc mogła ukryć przed nim tak ważny fakt, jednak widząc jej spojrzenie i to jak sprzeciwiła się temu, zrozumiał, że było to mylne wrażenie.
    — Przepraszam — powiedział ciszej.
    — Wybacz kochanie za ten wybuch — odezwała się skruszona — Jednak naprawdę w przypadku kwestii finansowych nic przed tą nie ukrywam. Owszem mamy podpisaną rozdzielność majątkową jednak gdybym zmagała się, z zadłużeniem powiedziałabym ci o tym, nie że prosić o pieniądze, ale po to byś po prostu wiedział — przyznała w końcu, starając się nieco opanować, jednak było to nader trudno, na myśl, że ktoś bezprawnie zajął twoje mieszkanie — Jeśli miałam być szczera, nie wiem, skąd mogliby sobie coś takiego wymyślić. Nigdy nie miałam żadnych długów, nieważne czy to dotyczyło niezapłaconych mediów, czy opłacenia studiów, które są horrendalnie drogie, jednak wszystko na bieżąco płaciłam. Zdaje sobie sprawę, że nasze państwo ma głupi przepis zajęcia mieszkania, gdy nie opłaci się raz rachunków — widząc jego dość, zdziwioną minę pośpieszyła prędko z wyjaśnieniami — U nas również są absurdy w prawach takie jak u was, że możecie wyjechać na tydzień na wakacje ktoś zajmie wasze lokum i jest jego, tutaj jest tak w przypadku nieopłacenia rachunków. Zanim zapytać, opłaciłam, wszystko przed wyjazdem zrobiłam, nawet nadpłatę więc ostatnie co mogliby zrobić to przejąć moje lokum — złościła się.
    — Dlatego, idź to załatw. — powiedział tak oczywistą rzecz — Mamy środek dnia, urzędy powinny działać. Mieszkanie jest na ciebie, więc i tak musisz to załatwić sama, ja ci za wiele nie pomogę, chociaż bym bardzo tego pragnął — rzekł, delikatnie rozłożył z bezradności ręce.
    Ta sytuacja jeszcze bardziej uświadomiła mu, jak bardzo był mu potrzebny angielski w życiu i musiał w końcu skupić się całkowicie an jego nauce, a nie robić to w wolnych chwilach. Wiedział, że nieco sam sobie zaprzepaścił, że nie uczył się go, jednak Hiszpanie mieli taką mentalność, że po co im nauka obcego języka. Jednak coraz bardziej wiedział, że on się w życiu przydaje nawet do prowadzenia umów, z klientami to też by mu pomogło.
    — Głupio się przyznać, ale nie mam nawet na taksówkę — powiedziała — Oszczędności, jakie miałam na trasie, wydałam a dostępu do konta, wszystkie karty miałam w mieszkaniu.
    Nie wiele nawet się w tej kwestii zastanawiałam. Jeszcze przed wyjazdem, wymienił euro na dolary, by mieć na powrót. Wyjął ze swojej nerki portfel i otworzył go i wyjął kilka banknotów i wyciągnął w jej stronę i nim mogła się przeciwstawić, powiedział:
    — Julio, proszę cię, nie kłóć się o te parę dolarów ze mną, tylko jedź i to załatw — wybłagał ją.
    Doskonale znał jej podejścia do kwestii tego, że nie lubiła być zależna od niego finansowo. Nawet jeśli straciła stronę, na której zarabiała, mimo że było to dla niej ciężkie, to prędko się podniosła i znalazła pracę. Była dziewczyną o wartościach gdzie w związku, wyznawało partnerstwo i równość we wszystkich kwestiach i to w niej ogromnie cenił. Nie była również młodą kobietą, która gdy miał trudniejszy czas, bagatelizowała to, a wręcz starała się mu pomóc i pocieszyć.
    Nie mógł chyba trafić na cudowniejszą dziewczynę niż jaką spotkał przez czysty przypadek. To właśnie takiej szukał z takimi wartościami, przekonaniami czy ideami, jakie miała. Każdego dnia zakochiwał się w niej na nowo i wierzyć, że w tym przypadku uda się jej to ogarnąć.
    — Dobra — powiedziała.
    Widział grymas niezadowolenia na jej twarzy, który starała się ukryć, gdy tylko zabierała od niego trzymane przez niego banknoty. I wsunęła sobie do kieszeni tak jak telefon oraz portfel, który wyjęła z torby.
    — Będę w razie czego dzwoniła — powiedziała, powoli odchodząc.
    — I tak nie mam nic więcej do roboty niż czekanie — odezwał się.
    Miał ogromną nadzieję, że zdoła ona to wszystko naprawić i sprawa się szybko wyjaśni i okaże się, że to zwykłe nieporozumienie. Patrzył, jak podchodzi do windy i naciska guzik, widział, jak spojrzała w jego kierunku po krótkiej chwili, weszła do środka.
    Nie wiedział, że to dopiero rozpocznie falę ich problemów.