Saturday, January 11, 2025

IV 34 (P.2) — BLASK OSTRZA

    — Ja wiedziałam, że ty jesteś zakręcona, ale żeby do tego stopnia — śmiał się w głos Chestera, z którym rozmawiała od dłuższej chwili.
    — Znowu zebrało ci się na żarty? — spytała z powagą.
    Zapewne w normalnych okolicznościach uznała, by to za dość śmieszne, jednak w ostatnim czasie jej humor kompletnie wyparował. Nie można było jednak być zdziwionym, dlaczego nie była aż tak skłonna do bycia żartownisiem.
    Z każdym dniem miała wrażenie, że jej problemy coraz bardziej się mnożą, jeśli uważała, na początku roku, że nic nie mogło spotkać ją gorsze, niż wypadek na motocyklu oraz tak naprawdę przestój funkcjonariuszy, który prowadzili tę sprawę, bo nie mogli zupełnie znaleźć tropu, kto mógłby przeciąć hamulce w jej ścigaczu. Do tej pory nie wiedziała, kto pragnął albo zwyczajnie czyhał na jej śmierć, już utrata strony nie była dla niej tak dotkliwa, jak ten niespodziewana wywrotka a wszystko przez przecięte linki. Hamulce zwiodły w najbardziej potrzebnej chwili.
    Musiała uznać, że to, co wtedy się wydarzyło, było zaledwie przedsmakiem, tego co działo się teraz. Czuła się jakby była w zupełnej kropce, praktycznie na jej oczach, jej do tej pory stabilne i w miarę poukładane życie zaczęło się walić, a ona nie mogła zrobić zupełnie niczego, by zatrzymać ten powolny proces destrukcyjny, dlatego wręcz było oczywistością, że nie była skłonna do żartowania w takiej ciężkiej sytuacji.
    Prawdę mówiąc, nie zdołała uratować własnego mieszkania. Poszło ono na zupełne straty i chociaż odczuwała cholerny żal, że straciła coś, na co pracowała tak długo, to nie mogła dogadać się z urzędnikami czy bankowcami, by pomogli wyjaśnić jej sprawę, która dla niej była wyraźnie niepokojąca i jakby to brzydko ująć śmierdząca.
    Najwyraźniej dla nich jednak liczyło się to by ją zgnoić i dopieprzyć jej jeszcze bardziej niż przynajmniej na jej błaganie sprawdzić, czy coś w systemie było nie tak, bo jakoś nie mogła uwierzyć, że była tak ogromną dłużniczką. Niby z czego miałby powstać to zadłużenie gdy jej nie było przez kilka tygodni w kraju.
    — Mów, o co ci chodzi! — ponagliła własnego brata.
    — Młoda? — zapytał, a ona wyczuła w jego tonie głosu zaniepokojenie — Dzieje się coś?
    — Nie!
    Od razu zaprzeczyła, naprawdę nie miała chęci mieszać kolejnej osoby we własne problemy i tak wystarczająco, że Ricardo siedział wraz z nią w tym całym szambie, jakie nagle się stworzyło, nie chciała dręczyć kolejnej osoby, a zarazem ukazywać swojej słabości i prosić o pomoc skoro wie, że umie sobie dać radę.
    Mimo że czuła się zupełnie bezradna w tej sytuacji i tak naprawdę jedyne co teraz mogła zrobić a właściwie oboje mogli zdziałać, to poszukać innego mieszkania, bo siedzenie w hotelu jest na dłuższą metę bardzo uciążliwe, a ona musiała w końcu, zaczął szukać pracy.
    Z tego wszystko, jedyne co jej pozostało to studia, jednak obawiała się, lękała kolejnego semestru, bo zdawała sobie sprawę z tego, jakie wysokie były czesne i pokrycie ich wcześniej nie stanowiło dla niej problemu teraz bez pracy, mieszkania, jak miałaby jeszcze i opłacić studia.
    Nie chciała żebrać o pieniądze od Ricardo i jedyne co mogła zrobić, to zaciągnąć kredyt studencki, by je opłacić, ale właśnie z jej nagłym długiem, który powstał z niczego, zapewne wcale jej nie zechcą go udzielić i tak naprawdę trafiała do punktu wyjścia.
    Czemu tak uważała?
    To było nader proste, gdy przyjechała do Los Angeles, nie miała nic prócz walizki starych ubrań, nikłej nadziei i wiary, nie posiadała, praktycznie nic to przez lata życia tutaj wszystkiego się dorobiła swoim samozaparciem, ambicją i pragnieniem udowodnienia sobie, że jeśli podarowano jej możliwości. Wyjścia z biedy to zrobi to i sprawi, by sama z siebie była dumna i tak było, jednak teraz wszystko, na co zapracowała nagle padło w gruzy.
    — Gapo zapomniałaś dokumentów aparatu — wyjaśnił.
    — Dobra zaraz przyjadę po niego — powiedziała z westchnieniem — Jesteś w domu?
    — Nie w studiu, kończymy wszystkie formalności związane z trasą, jak coś mam go przy sobie więc przyjdź do Warner Bros — wyjaśnił.
    — Dobra będę za czterdzieści minut — odezwała się z westchnieniem.
    — Do zobaczenia mała — usłyszała jego dość radosny głos.
    Rozłączyła się i tak naprawdę mogła jedynie mu pozazdrościć, że nie musi zmagać się z takimi problemami, z jakimi się obecnie mierzyła wraz z ukochanym mężem, którego aktualnie nie było.
    Oboje zdecydowali, że postara się on wynająć samochód na siebie. Może i miał trudności w komunikacji, jednak miał przy sobie telefon z aplikacją tłumacza więc mógł sobie bardziej się postarać. Miał po niego pojechać i po drodze zahaczyć o jakąś restauracje, by kupić coś do jedzenia.
    Przez tak naprawdę stres i nerwy, które doświadczyła na przestrzeni ostatnich dni, wręcz nie była chętna do jedzenia, jednak mimo tego jadła, nie miała jednak takiego apetytu na to. Noce też miała niespokojne, bo rozmyślając wciąż o swojej sytuacji, nie potrafiła zmrużyć oczu, tak naprawdę spała przez parę godzin myśląc, co zrobić z tym wszystkim.
    Nie mogła ukryć tego, że czuła się jak ta prawie piętnastoletnia Julia, która nagle dowiaduje się, że ma brata. Rodzinę, o której nic nie wiedziała. Postawiono przed nią dość ciężki wybór w tak młodym wieku. Musiała zdecydować czy chce zatrzymać się u Chestera, czy nie, jednak i dla niego również była to niezbyt ciekawa sytuacja. Oboje jednak podjęli decyzje, którą uznali za właściwą i czy żałowali?
    Raczej nie mogła powiedzieć, że nie, a raczej, uznali ją za jedna z lepszych, które ich połączyły. Nawet teraz gdy byli dorośli, nadal byli ze sobą związani, zapewne gdyby się wyprowadziła to kontakt, byłby nieco słabszy, ale nie możliwy, bo tak samo nadal, pomimo że z Tonym widywała się rzadko, nadal był jej bliskim przyjacielem i potrafiła z nim gadać gdy tylko znalazła czas czy do niego jeździć. Ale nie chciała stąd wyjeżdżać, mimo że poznała plusy i minusy życia w tym mieście i dość wysoki stan życia oraz ogrom bezdomności to jednak to te osoby z ulic motywowały ją, by sięgać poza swoje wyżyny, by nie trafić w to miejsce gdzie oni.
    Westchnęła cicho, opierając głowę na swojej zgiętej dłoni i oparła je o biodro i przerzucając telefon w drugiej ręce, tak naprawdę czekała na powrót swojego męża, który powinien pojawić się w każdej chwili.
    — W co ja się wpakowałam? — wymruczała.
    W końcu dobiegł ją szczęk otwierający się drzwi, a ona poderwała głowę, by wkrótce z przedpokoju wyszedł mężczyzna, który trzymał w jednej dłoni siatkę z logo jakieś lokalnej knajpy z kurczakami oraz kluczki.
    — Zdobyłem — powiedział, unosząc pilot oraz klucz do stacyjki na metalowym okręgu — Udało mi się wynająć go na dwa tygodnie, do tego czasu, musimy coś znaleźć.
    — Będziemy o tym myśleć — zapewniła go — Jednak ja nie będę mogła go wziąć na siebie…
    — Bella przestań się tym zadręczać. Pomyśl raczej, czy nie jest możliwość wniesienia gdzieś tej sprawy wyżej, bo jednak jest to dziwne, że z lata na dzień obciążyli cię takim kredytem i ani bank, ani komornik nie chcą ci pomóc i wyjaśnić tej sytuacji. Mieszkanie i samochód i tak biorę na siebie, a ty zastanów się nad tym, co można w tej sprawie jeszcze zdziałać.
    Popatrzyła na niego i nie potrafiła ukryć uśmiechu, który pojawił się na jej ustach. Nie zamierzała zaprzeczać temu, że gdyby nie jego obecność, ogromne wsparcie, jakie jej okazywał już dawno, by się podłamała i zrezygnowała z tego wszystkiego, a dzięki właśnie miała sile i motywacje, by dalej brnąć w to, mimo że widziała, jak wygląda obecnie jej życie, a raczej ich.
    — Mówiłam ci Señor, że cię kocham? — zwróciła się do niego, a kącik jej ust poderwał się do góry.
    — Ostatnio rzadko to mówisz — powiedział, odwzajemniając jej szczery gest — Ale rozumiem twoje strapienie i nie wymuszam tego na tobie — rzekł.
    Jeszcze bardziej go kochała za to, naprawdę nie mogła trafić na lepszego faceta niż on. Mimo że podjęli decyzje o ślubie, dość gwałtownie to uważała, że nie mogła trafić na kogoś wyjątkowego od niego. Był jej ostoją oraz opoką w tym trudnym czasie.
    — I mam też jedzenie Bella — powiedział, podnosząc pojemniki z posiłkami.
    — Chętnie coś zjem, ale później, bo okazało się, że w rzeczach dziewczyny mojego brata znalazł się mój aparat i on akurat go ma więc muszę po niego jechać. Zaczekasz na mnie? — spytała.
    Wstała i podeszła do niego, momentalnie poczuła, jak jedną dłonią obejmuje ją w pasie, ówcześnie kładąc na stoliku reklamówkę z ich obiadem i pocałował dość czule, na co nie potrafiła pohamować delikatnego uśmiechu, który pojawił się w kącikach jej ustach. Odwzajemniła go i wręcz pogłębiła i mogłoby się wydawać, że pewnie wywiązało się między nimi coś, więcej, jednak ona wykorzystała jego chwilą nieuwagę i chwyciła kluczyki do samochodu.
    — Sprytna cwaniara — skomentował, gdy tylko odsunął się od jej ust.
    — Postaram się wrócić jak najprędzej. Model? — spytała.
    — Biały Fort z najnowszego roku — powiedział — Stoi niedaleko wejścia do hotelu — wyjaśnić.
    — Kocham cię — rzuciła.
    — Ja ciebie też Señorita! — zawołał za nią — Poczekam z obiadem na ciebie — dorzucił.
    Nie mogła być bardziej wdzięczna za tego faceta niż teraz. Naprawdę jak bardzo jej pomagał w ostatnim czasie i był wręcz takim filarem, który pomagał jej się trzymać stabilnie by nie upaść, było wręcz nieocenione i wspaniale. Każdego dnia pokazywał jej, jak bardzo ją kocha, gestami, wsparciem, motywacją do działania, mogłaby tak wyliczać długo. Trafiła na prawdziwy diament, który należał tylko do niej.
    Miała nadzieje, że uda się jej prędko to załatwić i spodziewała się, że chłopacy zapragną ją zatrzymać, bo oczywiście nigdy nie mogła wyjść ze studia, od nich bez pogawędki oczywiście jak byli sami i nie mieli ważnego spotkania z drugim z producentów, bo jak zwykle Mike stał się producentem kolejnego ich albumu.
    Wychodząc z windy, weszła na hol hotelu, gdzie się zatrzymali przed paroma dniami, by móc w końcu odpocząć i wytchnąć po ciężkiej podróży i też zawirowaniach związanych z mieszkaniem, które nie dawały jej spokoju, jednak nie chciała na razie o tym rozmyślać, po prostu skupiła się na obecnych przeżyciach.
    Zaczęła chodzić po parkingu i szukać samochodu i nie myśląc, wiele kliknęła pilota i wkrótce zobaczyła podświetlane, światła jednej z maszyn i podążyła w tamtym kierunku. Wsiadła do dość przestronnego samochodu, jednak nie rozwodziła się nad jego wyglądem, jednak wsunęła kluczyki do stacyjki i odpaliła silnik.
    Wyjechała z miejsca i przejeżdżając przez ogromny parking, wjechała na jedną, z ulic ówcześnie jednak wklepała sobie w nawigacji, by prowadziło ją wprost do głównego studia, gdzie pracował zespół, jak nie przesiadywali u Mike czy u siebie w ich domowych pracowniach.
    Jechała w najgorszym tłoku, co ją niesamowicie sfrustrowało, bo droga, która miała, zająć czterdzieści minut już pokazywała, że zajmie godzinę. Od razu pomyślała, że mogła po prostu mu powiedzieć, że odbierze ten aparat kiedy indziej niestety już była w trasie.
    Stanie w korku w godzinie szczytu to było klasyk dla tego miasta.
    Udało się jej wyjechać z jednego z dość długiego sznurów samochodów, a nawigacja nie pokazywała jej już takich utrudnień aż do budynku wytwórni. W przeciągu dwudziestu minut w końcu dotarła na miejsce i zaparkowała na jednym z wolnych miejsc w pobliżu wejścia.
    Wyszła stamtąd, tak naprawdę mając przy sobie jedynie kluczyki, z tego wszystkiego zupełnie zapomniała o tym, żeby zabrać ze sobą telefon. Machnęła na to ręką, widząc ze wkrótce i tak wróci do hotelu, a ona miała jedynie załatwienia jedną krótką sprawę.
    Nie rozglądając się, po prostu weszła, do znajomego już budynku, w którym wielokrotnie już była i podążyła w stronę wind, które wiodły na górne pięta. Zatrzymała się przy jednej z nich i nacisnęła na guzik. Czekała dość długo, zapewne zjeżdżała z ostatniego pietra, gdy w końcu zobaczyła, jak drzwi się rozsuwają, ujrzała wychodzącą grupkę osób. Skinęła im na powitanie i weszła do środka i od razu nacisnęła na numerek, gdzie znajdowało się studio, które zajmował zespół.
    Wkrótce metalowe wejście się zamknęło, a ona poczuła lekkie szarpnięcie i wkrótce czuła jak jedzie do góry. Oparła się ramieniem o ścianę z cichym westchnieniem i czekała, aż dojedzie na miejsce. Naprawdę nie miała nastroju tutaj przyjeżdżać i nie to, że nie lubiła odwiedzać kapeli, ale ostatnio jedyne, o czym myślała i miała w głowie to jej zmartwienia i nie chciała martwić zwłaszcza Chestera ze coś się dzieje w jej życiu i tak na trasie musiała udawać i go okłamywać, a tego naprawdę nie lubiła.
    Uśmiechnęła się z lekką, ironią jak to wyglądała, tak naprawdę oszukiwała, go kryjąc jego kumpla i swojego była. To wyglądała tak dziwacznie i było tak pokręcone, że nie mogła pojąć, w którym momencie wdała się w taką sytuację. Ale to już minęło i miała nadzieje, że w końcu będzie mogła skupić się na swoim życiu i by mogła go poukładać.
    Będąc tak zamyśloną, jedynie kątem oka dostrzegła, jak znowu metalowe drzwi się rozsuwają, a ona ujrzała znajome piętro. Wyszła tam, nawet nie rozglądając się po ścianach, jednak gdy im bardziej się zbliżała, mimo że była zupełnie pochłonięta swoimi przemyśleniami do jej umysłu, przedzierały się jakieś dziwne hałasy. Nie zwróciła na to najmniejszej uwagi, bo zapewne to jacyś pracownicy.
    — Mam tego dosyć! — krzyczał męski bardzo rozwścieczony głos — Stawiasz mi wciąż reguły, których mam się trzymać, traktujesz mnie jak worek treningowy. Mówiłem to na trasie, ale mnie nie słuchałaś!
    Idąc głębiej, słyszała coraz bardziej podniesione głosy:
    — Nie pogrywaj ze mną Michael! — rozbrzmiał kobiecy bardzo gniewny głos — Przymknęłam oko na twój wybryk. Nie oczekuje od ciebie sprzeciwu, a pokory!
    — Co ty wygadujesz Taylor! Zmieniłaś moje życie w istne piekło i nadal to robisz. Powiedziałem, że mam tego serdecznie dość! — krzyczał — Powiem to po raz kolejny, bo mam wrażenie, że pierwszy raz do ciebie nie dotarło. Zrywam z tobą! Masz się, wynieś...
    Głośny jęk przedarł się przez korytarz, którym właśnie szła, to sprawiło, że zatrzymała się w jednej chwili i poczuła dość niepokojący dreszcz, który przebiegł przez jej ciało gdy rozbrzmiał ten sam dość dziwnie znajomy kobiecy ton głosu.
    — To cię w końcu nauczy, że mi się nie odmawia!
    — Coś… coś ty zrobiła? — wyjechał dość słaby męski głos.
    — To moje nauczka kochanie…
    Nie zamierzała tak po prostu stać i słuchać tego i wręcz zaczęła iść w tamtym kierunku. Słyszała dość głośny jęk oraz odgłos jej kroków kogoś speszył.
    — Cholera… — słyszała ciche przekleństwo.
    Coraz bardziej odczuwała poczucie, że znała ten głos zbyt dobrze, słyszała, jak ktoś wręcz truchtem uciekał, gdy ona w końcu wyszła za rogu i niemal wręcz stanęła jak wryta. Widok, jaki tam zastał, niemal zmroził, ją tak samo, jak widok jej byłego, który osuwał się na deski parkietu estrady przed tygodniem. Jednak to, co ujrzała, było jeszcze bardziej przerażające. Widziała na własne oczy jak prawie półprzytomny Michael, zjeżdża po ścianie i co jeszcze bardziej nią wstrząsnęło, to widok, ostrego narzędzia, który został wbity w jego brzuch. Osunął się na jej oczach na ziemie, praktycznie widziała w oddali, jak zamyka oczy, tracąc kontakt z rzeczywistością, jednak dostrzegła w jego spojrzeniu jakby dziwny cień, tak jakby ją przez moment zauważył.
    — Mike! — krzyknęła, a w jej głosie dało się wręcz wyczuć panikę.
    Podbiegła prędko do niego, tak naprawdę nie wiele się zastanawiając a jeśli miała być szczera, w ogóle w tej sytuacji nie myślała. Ogarnęło ją przerażenie i panika, która wstrząsnęła jej ciałem.
    — Mike! — wręcz prędko uklękła przy nim.
    Nawet nie zdawała sobie sprawy, że klęczała w kałuży, jego krwi nie wiedziała, co przez chwile zrobić, czuła się zagubiona, jednak nie mogła panikować, lecz ratować życie i naprawdę nieważne było teraz, kim był dla niej, liczyła się każda minuta.
    Niemal od razu sprawdziła jego puls, który z każdą chwilą coraz bardziej słabnął. Dotknęła rękojeści noża, jak mogła wnioskować i przez moment chciała go wyciągnąć, jednak po chwili pomimo emocji, zdołała w końcu zdać sobie sprawę, że jeśli to zrobi, to tym bardziej zrobi, spowoduje większy krwotok.
    To był impuls gdy wręcz zdjęła z siebie bluzę Ricardo, którą miała na sobie i ostrożnie jak tylko mogła, zabezpieczyła nóż, który tkwił w jego ciele. Jednak z każdą chwilą mężczyzna tracił swój oddech, co jeszcze bardziej ją niepokoiło. Liczyła się jednak tutaj każda cholerna sekunda, a zdawała sobie sprawę, że w studiach jej nie usłyszą, bo pomieszczenia są wygłoszone a na korytarzu brak żywej duszy, musiała radzić sobie sama.
    Gdy tylko udało się jakoś zabezpieczyć jego ranę i unieruchomić ostrze, wręcz zaczerwionymi od krwi dłońmi zaczęła go restytuować. W takich sytuacjach czasami działa się pod wpływem emocji, jednak w tym przypadku musiała zachować ten pieprzony spokój, mimo że wewnątrz cała się trzasnęła ze strachu jednak zrobiła to co uczono na każdym kursie pierwszej pomocy.
    Tak naprawdę była tutaj tylko ona i była jedyną osobą, która mogła mu pomóc. Momentalnie jednak pomyślała kto, był tak skrajnie głupi, by atakować go, tutaj jednak nie musiała się zastanawiać.
    Tchórzliwa fretka nagle uciekła.
    Nie dostrzegła jednak momentu gdy na korytarzu pojawił się ktoś, kto za moment zniszczy jej życie diametralnie. Była zbyt zajęta ratowaniem czyjegoś życia, by zwrócić uwagę na to, jak za rogu wyłania się pewna kobieta i pomimo lekkiego uśmieszku dość niczego jej mimika nagle się zmieniła, a po całym korytarzu nagle rozbrzmiał jej głośny pisk i krzyk:
    — Mike!
    Niemal ją zmroziło, gdy do jej uszu dotarł jej głośny wrzask. Odwróciła się przez ramię gdy dostrzegła, jak biegnie w jej kierunku zupełnie zapłakana i roztrzęsiona, a z jej gardła przedarł się kolejny głośny krzyk:
    — Zostaw go! Morderczyni! — jej głośne krzyki sprawiły, że momentalnie na korytarzu pojawił się jedne z ochroniarzy.
    Nawet nie dostrzegła jak w momencie gdy ponownie uciskała na klatkę piersiową Michaela ze studia, wychodzi reszta zespołu, która była zupełnie zaszokowana, to działo się dosłownie w przeciągu kilku sekund gdy wręcz została brutalnie odepchnięta od rannego i nieprzytomnego mężczyzny, a jego nieprzytomnego ciała dopadła jego zapłakana i roztrzęsiona żona, która zaczęła, go wołać by się obudził.
    — Zabiłaś go! — wrzuciła w jej kierunku.
    Widziała, jak w następnej chwili przytula go do swojej piersi, a ona wręcz nie mogła otrząsnąć się z szoku, co tutaj się dzieje.
    — Zabierzcie ją! — wołała do kogoś, kto stał za nią — Ona zabiła mi męża!
    — Co!? — spytała oszołomiona.
    W następnej chwili wręcz poczuła dwoje silnych ramion, które poderwało ją z ziemi i zatrzasnęło w silnym ucisku gdy druga para rąk skuli jej nadgarstki. Nie mogła wyjść z oszołomienia, co tutaj się wydarzyło.
    — Co ty Taylor odpierdalasz? — wyrzuciła z pretensją w głosie.
    Kobieta cały czas wręcz idealnie łkała i rozpaczała nad losem wciąż nieprzytomnego męża, którego delikatnie poderwała z ziemi a z rany, która do tej pory była zabezpieczona, zaczęło spływać więcej krwi.
    — Zabiłaś go! — wprost lamentowała.
    — Nie! — powiedziała w swojej obronie — Ja go ratowałam! — powiedziała.
    — Nie kłam! — płakała jej rywalka — Widziałam to, zabiłaś go, a teraz jeszcze kłamiesz.
    — No chyba to jest kurwa żart — powiedziała, próbując się wyrwać, jednak po chwili zdała sobie sprawę, że była dość mocno trzymana przez dwóch ochroniarzy — Puście mnie! — rzuciła do nich — Ja nic nie zrobiłam.
    — Zostajesz zatrzymana do przyjazdu policji — odezwał się jeden z nich.
    Po korytarzu rozniosło się głośniejsze zawodzenie Taylor, jednak przez jej lament dało się usłyszeć pewne słowa, które nie sądziła, że kiedykolwiek usłyszy
    — Jak mogłem ci ufać!
    Ten głos był zbyt charakterystyczny, by mogła go pomylić z kimkolwiek innym. Wręcz z mocno bijącym sercem popatrzyła w stronę zespołu, a raczej własnego brata, który patrzył na nią w pełni rozczarowanym spojrzeniem, wyglądał na osobę, która łzawa scena Taylor zrobiła wrażenie, jednak gdy tylko rzuciła, spojrzenie na resztę wyglądali na tak samo zasmuconych i zniesmaczonych gdy tylko patrzyli w jej kierunku.
    — Chyba jej nie wierzysz? — odezwała się pełnym napięcia głosem.
    Milczał.
    Nie odpowiedział na spanikowane pytanie, jednak widząc jak kręci z dezaprobatą głową i spogląda na nią wręcz z bólem, dało się, zauważył, że jednak wolał uwierzyć jakiej suce niż jej własnej siostrze.
    — Zawiodłaś mnie.
  

No comments:

Post a Comment