Sunday, March 8, 2026

SERIA 2 TOM: 1 - ROZDZIAŁ 23

    — Nie chce być uszczypliwy — usłyszała nagle za sobą znajomy głos. — Czy nie uważasz ten strój za zbyt… formalny — zastanawiał się na głos.
    Zobaczyła w odbiciu lustra swojego partnera, który stanął w progu garderoby gdzie od dłuższego czasu siedziała szykując się do wyjścia. Podniosła głowę i popatrzyła na jego odbicie a ona lekko rozsunęła ręce w geście bezradności. Zupełnie nie rozumiała, o co mogło mu chodzi, w końcu nie codziennie zdarzają się rzucać mu takie uwagi.
    Mogło to zaskakiwać, że w tej chwili zamierzał wtrącił się w jej ubiór, bo raczej rzadko kiedy to robił. On nigdy nie wpływał na to jak się nosiła, zazwyczaj miał oporu przed tym jak ubierała na siebie zbyt odważne stroje i kwestionował ten wybór. Zazwyczaj jednak decyzja należała wyłącznie do niej czy się na niego zdecyduje.
    — Kochanie rozumiem wszystko, ale to tylko obiad u moich rodziców, a nie kolacja biznesowa — stwierdził, lustrując spojrzeniem jej strój. — To nie jest kolacja biznesowa — dodał mimowolnie dając jej znak, że nie był to odpowiedni strój, bardziej ubrała się zbyt oficjalnie jak na zwykłą rodziną kolacje.
    — Ja nie chce ci przynosić wstydu — powiedziała próbując bezktuczenie argumentować to, że to fakt ubrała się jak na jakieś spotkanie w gronie kontrahentów, a nie na obiad u zwyczajnej rodziny.
    Może i jego rodziców poznała już kilka lat temu, to nigdy nie mieli takiego oficjalnego rodzinnego spotkania. Nie przytrafiła się okazja wcześniej na to, a potem ich drogi się rozeszły, przez co ona ograniczyła z nimi kontakt, mimo że oni o niego zabiegali. Było to zaskakujące, że rodzice jej dawnego chłopaka chcieli się z nią widzieć, a tym bardziej nie dali jej odczuć tego, że ją nie lubią czy nie akceptują. Wręcz przeciwnie, oni wprost jej mówili, że naprawdę z nią sympatyzują, a odkąd znowu powrócili do siebie sami zauważyli, że Mike zmienił się, ale na lepsze.
    To było nieco dziwne dla niej uczucie, bo fakt rodzice Ricardo również nie mieli nic przeciwko niej, to dla niej wydawało się to takie dziwne uczucie gdzie rodzice jej partnerów tak za nią przepadali dla niej sama idea rodzica była dziwna w tym kontekście, że nigdy nie wiedziała, jak to jest mieć rodziców.
    W końcu jej cóż pozbyli się balastu w postaci jej i tego nigdy im nie zapomni, a na pewno temu skurwysynowi, który nadal żył. Otrząsnęła się szybko ze swoich przemyśleć i skupiła się ponownie na Michaelu. Tak właśnie teraz mogli w końcu się z nimi spotkać. Zostali zaproszeni na obiad i nie ukrywała czuła się z tą myślą dziwnie, mimo że miała już takie spotkanie, to nadal perspektywa obiadu była dla niej tak dziwna.
    Nie zamierzała się jednak nad tym rozwodzić.
    — Julio ja cię proszę przebierz się w coś luźniejszego — poprosił. — To nie jest oficjalne spotkanie, tylko zwyczajny obiad nic wielkiego. Moi rodzice cię znają i nie musisz się stroić, bo ich poznajesz już dawno przeszliście ten etap, a to tylko wspólne spotkanie. Nic wielkiego. Proszę cię zdejmij tę garsonkę i ubierz coś lżejszego — prosił. — Mogę nawet pomóc doradzić — zaoferował się i uśmiechnął się szeroko w jej kierunku.
    Gdy tylko dostrzegła jego uśmiech, pokręciła delikatnie głową cicho wzdychając, lecz jak poprosił zaczęła szukać coś lżejszego i mniej formalnego. W końcu pomiędzy Wieszkami znalazła coś, co ją zaintrygowało. Sięgnęła po tą rzecz i zdjęła. Był to dość prosty, ale elegancki kombinezon, który miał jeszcze metkę.
    — A to może być? — zapytała odwracając się w jego kierunku i pokazując swoją zdobyć.
    — Zdecydowanie lepiej — skomentował z grzecznością. — Przebierz się a ja te dwa żebraki zacznę pakować do rodziców — powiedział i skinął głową w stronę dwojga psów.
    Junka wygodnie wyłożyła się na fotelu i oczywiście wyczuwając, że gdzieś jedzie zaczęła żebrać o to, żeby z nią jechać. Początkowo jej nie chciała zabierać, lecz gdy przyszedł Mike z Jay i stwierdził, że go bierze, bo u rodziców na ogródku się wyszaleje, uznał, żeby tez zabrała i ją.
    Po kilkunastu minutach się stała już tym razem przed lustrem przebrana z założonymi butami na wysokim obcasie, ale także powoli kończyła zakładać biżuterie. Nie mogła powstrzymać uśmiechu, bo w końcu po tak długiej walce z własną samooceną oraz postrzeganiem się przez pryzmat tego jak wyglądała po porwaniu, w końcu zaczęła dostrzegać w sobie piękno, które próbowała z siebie wyrzucić. W końcu mogła powiedzieć, że patrzyła na piękną kobietę, którą była i nie było jej brak atrakcyjności. Kombinezon idealnie do niej przylegał, a odkryte ręce odkrywały jej tatuaże, które od dłuższego czasu zaczęły znowu pojawiać się na jej ciele.
    Usłyszała nagle kroki sprzed pokoju, które zaczęły się nieś, a ona wkrótce zobaczyła swojego chłopaka, który stanął jak poprzednio w przejściu i gdy zobaczył jej lustrzane odbicie było widać, zachwyt w jego oczach. Nie mógł zaprzeczyć temu, że nie wyglądała pociągająco i seksowanie, bo by skłamał. Wyglądała jak młoda bogini a on przez moment nie mógł oderwać od niej oczu. Nie obchodziło go gadanie, że mógłby mieć każdą, gdy miał przy sobie właśnie Julie żadna inna się nie liczyła.
    — Wyglądasz obłędnie — powiedział zachwycony podchodząc do niej.
    Objął ją w pasie i pocałował w odsłonięty kark gdy ona uporała się z drugim kolczykiem, czując jak opiera głowę na jej ramieniu.
    — Nie lepiej pasowałyby ci jakaś błyszcząca biżuteria? — zastanawiał się na głos patrząc na złote kolczyki.
    — Co masz na myśli? — odwróciła delikatnie głowę w jego kierunku zainteresowana jego słowami.
    — Nie masz czegoś srebrnego z jakimiś połyskującymi kamieniami — powiedział spokojnie. — Wydaje mi się, że by lepiej pasowało.
    — Szczerze chyba nie mam takich ładnych — powiedziała na głos, wydostając się z jego objąć i podchodząc do szkatułki.
    Zaczęła ją powoli przeglądać, szukać coś podobnego co jej zasugerował, lecz zupełnie nic się nie nadawało. Wiedziała, że brakuje jej biżuterii takiej błyszczącej i owszem lubiła zawiesić wzrok na pewnych diamentowych pięknościach, ale nigdy nie potrafiła sobie nic takiego kupić. Widząc cenę oraz mając swoją wcześniejszą mentalność o rozsądnym kupowaniu, oraz uważaniu, że takie rzeczy są dla bogaczy zawsze przechodziła obok, mimo że wzrok uciekał w tamtą stronę.
    — Właśnie podsunęłaś mi pomysł — w jego głosie usłyszała nutkę tej tajemniczości, tonu, który często używał, gdy tworzył dla niej jakieś niespodzianki, a gdy dostrzegła jak kącik jego ust dra do góry w uśmiechu, który starał się ukryć, tym bardziej dawało jej to do zrozumienia, że on coś wymyślił.
    — Jeśli cokolwiek wymyśliłeś, wybił sobie ten pomysł z głowy — ostrzegła go. — Nie zamierzam przyjmować od ciebie dość drogich prezentów — przypomniała mu.
    On po prostu milczał, jednak wiedziała zbyt dobrze co to oznacza. On uwielbiał ja zastkakwiać i dla jednych mogło to być zaletą a dla innych wadą w jej przypadku stała pośrodku odnośnie właśnie takich niespodziewanych rzeczy, bo z jednej strony lubiła być zaskakiwana z drugiej nie lubiła tego gdy darowano jej coś drogiego, bo czuła się wtedy dziwnie.
    — Porozmawiamy o tym później— mówiąc to skradł jej kolejnego buziaka, po czym objął ją w pasie i dodał: — Teraz pora na nas, musimy już iść, bo moi rodzice na nas czekają — powiedział z wyczuwalną stanowczością.
    Z trudem pohamowała się swoją irytację, bo znała zbyt dobrze ten ton głosu ten, który zawsze wskazywał na to, że coś miał w zanadrzu i ukrywał przed nią. Uwielbiał robić jej niespodzianki to fakt, ona nie była im przeciwna, ale czasem bywały momenty, że stawiał ją w dość niekomfortowej sytuacji.
    Nadal się to nie zmieniło, i wciąż nie przepadała za tym, jak wymyślał coś z zaskoczenia co często było nieco drogie nadal nie wyparła z siebie tego poczucia, że nie zasługuje na tak drogie rzeczy. Mentalność biednego dziecka wciąż w niej tkwiła, nie tylko przy nim, ale również przy Ricardo. Nie bez powodu wyprosiła go przed ślubem o intercyzę, bo wolał, by zabrał wszystko to, co wniósł do małżeństwa tak jak i ona. Był to równy podział i uważała za sprawdliwy.
    Zabrała z komody torebkę i wyszła wraz z nimi z sypialni. Stukot jej obcasów odbijał się o ściany korytarza. Schodząc na pierwsze piętro apartamentu dostrzegła, że Jay był już ubrany w szelki ochrony tak jak Junka. Gdy tylko ich zobaczyli zaczęli na nich głośno szczekać, mała suczka momentalnie się zerwała z kanapy i do niej podbiegła, a ona przykucnęła przy niej biorąc ją na ręce.
    — Powiedz mi czemu akurat teraz — odezwał się Michael gdy stali w windzie.
    Momentalnie zwróciła na niego uwagę i spojrzała na niego zaskoczona tym dość niespodziewanym pytaniem. Nie spodziewała się go usłyszeć od niego, początkowo nie zrozumiała, do czego zmierza jednak nie musiała długo czekać, bo wkrótce zobaczyła jak zerka na nią i dodaje:
    — Czemu dopiero teraz oboje tak oficjalnie idziemy na obiad do moich rodziców — zagadnął.
    W tej samej chwili drzwi windy się uchyliły a oni stanęli w podziemnym garażu ona zaczęła odruchowo iść w kierunku swojego samochodu, gdy Mike delikatnie chwycił ją za łokieć i poprowadził w drugą stronę mówiąc:
    — Dziś ja prowadzę — podkreślił.
    — W zasadzie to wiele się wydarzyło, pamiętaj nasze wcześniejsze zaręczyny — zwróciła mu uwagę gdy otwierał tylne drzwi samochodu, by wpuścić Jaya do środka.
    Zobaczyła jak przytakuje, po czym się do niej odwraca:
    — Trudno o tym nie zapomnieć, gdyby nie moje odpały to już dawno byśmy byli po ślubie, a tak — umilkł i rozłożył z bezradności ręce. — W sumie tu masz racje — przyznał gdy w końcu wsiedli do samochodu a on odpalił jego silnik. — Tamte dosłownie cztery miesiące nie były spokojne, a potem cóż — ponowne ucichł, nie chcąc znowu powracać do tego co było, wciąż było to dla niego trudne.
    — A potem skupiliśmy się oboje na moich operacjach, ja sama na mojej terapii, więc nie miało się do tego głowy, by do nich jechać. Były sprawy ważne i ważniejsze, dlatego dopiero teraz mieli na to przestrzeń, by to zrobić — przyznała.
    Trzymając Junkę, która siedziała jej na kolanach i która zaczęła rozglądać się gdy tylko wyjechał spod osiedla po drodze, patrzyła zaciekawiona na ulice, przez które przejeżdżali. Musieli oboje przyznać, że przez ostatnie lata w ich życiu działo się zaskakujące wiele i część z nich nie były dość pozytywne a wręcz negatywne.
    Mimo że starali się oboje ułożyć swoje życie i iść dalej to liczyli się również z tym, że powrót do całkowitego zdrowia będzie niemożliwe. Podczas rozmowy z Camilą ona ją ostrzegała, że powrót do tego co było kiedyś może być niełatwy i będą dni lepsze oraz gorsze, jednak widząc jej upór i samozaparcie w powrocie do swojej dawnej formy mówiła, że i tak zaskoczona w jak dobrze sobie radzi. Nie każdy tak jak ona praktycznie dwa lata po porwaniu nie jest w tak dobrej kondycji, wręcz czasami bywają przypadki, że bywa coraz gorrzej ona miała w sobie jakiś wewnętrzny upór który skłaniał ją do tego by się nie poddawać, bo owszem przeżyła ogromną traumę i dalej ją przeżywa, ale fakt, poczucie że nie da sobą sterować i pozwolić na to żeby na nią wpływało to co się wydarzyło, sprawiło, że brnęła w to dalej, a również i sama chciała być tą sobą którą była.
    Nikt nie miał wręcz prawa uznać, że jej życie jest łatwe bo praktycznie tylko kilka lat takich było gdzie mogła zaznać tego spokojnego stabilnego życia bez żadnych zmartwień. Mimo tego ile rzucano jej kłód pod nogi, zawsze potrafiła je ominąć a jeśli się o nie potykała lub upadała, zawsze miała w sobie siłę by się podnieś.
    Mogło to być wręcz zaskakujące ale po prostu nie potrafiła stać w miejsce.
    Skupiona tak bardzo na swoich wewnętrznych przemyśleniach nawet nie dostrzegła momentu w którym wyjechali z miasta, a siedząca na jej kolanach Junka zauważyła coś za oknem i zaczęła szczekać, gdy ona delikatnie głaskała ją po grzbiecie.
    — Chyba coś zwróciło jej uwagę — stwierdził do tej pory milczący Mike.
    — To są dla niej nowe widoki Jay chyba kojarzy okolice bo leży i nie wygląda za okno — powiedziała odwracając się do tyłu widząc husky który odpoczywał.
    — Parę razy już go tutaj zabierałem, więc dla niego to nic nowego, chociaż czekaj ona tutaj była — zaczął się zastanawiać na głos.
    — Ale kilka lat temu i mogła już o nich zapomnieć — powiedziała spokojnie. — A ja chyba sama nie była tutaj za wiele razy chyba jeśli dobrze liczę ze dwa — mruknęła pod nosem.
    — Bo praktycznie to ja zawoziłem tą dwójkę gdy prosiłem rodziców by się nimi zajęli — wtrącił się.

No comments:

Post a Comment