Zakleił kolejne pudełko tego dnia i nawet nie liczył, ile już ich było. Czy miało to znaczenie, gdy musiał, przenieś całe swoje dotychczasowe życie, do nowego mieszkania? Raczej było to kwestią małą istotną, jednak nie zamierzał ukrywać, że właśnie tylko to robił od paru dni.
Wyprowadzał się!
W końcu opuszczał ten dom, miejsce, które sprawiło, że przez ostatnie miesiące przenikał go strach i wręcz panika na samą myśl, że musiał tutaj wracać. Nie zamierzał kłamać, mówiąc, że po prostu się bał. I mimo że teraz praktycznie nie miał powodu czuć tego ktoś uznałaby nieuzasadnionego niepokoju w końcu wracał praktycznie do pustego mieszkania, nie mógł jednak powiedzieć, że całkowicie, bo wciąż na niego czekał jego wieczny czworonożny przyjaciel, który na chwile obecną był u jego rodziców, by oszczędzić mu stresu spowodowane pakowaniem, czy przenoszeniem rzeczy, jednak tak przez ostatnie tygodnie jak nie miesiące odkąd wyszedł ze szpitala, mógł tylko wracać do niego.
I mimo że Jay był dla niego bardzo ważny jednak nie potrafił ukryć swojego zdenerwowania gdy tylko skręcał w ulice gdzie dotychczas mieszkał a do jego głowy powracały wręcz koszmarne wizje.
Wyobrażenia podsuwała obrazy tych koszmarnych dni, przepełnionych niewymownym lękami wręcz trwoga, że za moment przekroczy próg domu, gdzie czekała na niego, już była żona i nigdy nie wiedział, jak bardzo oberwie, co będzie powodem jej wściekłości, którąwyładuje wprost na nim.
Nie potrafił jednak przyznać pewnego dość oczywistego faktu.
Wypierał się tego jak tylko mógł, mimo że kilkukrotnie jego dawna narzeczona nie gryzła się w język i mówiła wprost prawdę, której próbował się wyprzeć. Tłumaczył sobie agresje Taylor na wiele sposób by nie dopuścić do siebie myśli, że prawda jednak była taką, jaką wielokrotnie słyszał od siostry swojego wieloletniego przyjaciela.
Był ofiarą przemocy domowej.
Ta myśl go wręcz porażała!
Bo jak to możliwe, by facet był prześladowany przez swoją małżonkę? Przecież to wydaje się tak absurdalnie żałosne. Jednak rzeczywistość była okrutna i on dobrze o tym wiedział.
W społeczeństwie utrato się, że to głównie kobiety są ofiarami często swoich partnerów, w jego przypadku było całkowicie na odwrót i on był osobą, która była krzywdzona. Nie słyszało się o przypadkach, by to żaden facet był bity czy prześladowany przez swoją partnerkę, a jednak rzeczywistość była inna, bo takie przypadki są, ale zapewne tak jak on, bali się o tym mówić.
Obawy przed oceną ich sytuacji i wręcz wyśmianiem ich sytuacji i uznanie za pobłażliwego były czynnikami, które sprawiały, że nie mówiono o tym głośno, a on sam nie chciał o tym wspominać.
Praktycznie nikt o tym nie wiedział.
Nikt prócz Julii.
Spojrzał na praktycznie opustoszałe biurko w jego domowym studiu, większość swoich drobiazgów już spakował, a sprzęty już bezpiecznie leżały zabezpieczone w pudełkach jednak pozostało na dębowym blacie parę rzeczy w tym jedna z ramek ze zdjęciem, na którą popatrzył.
Sięgnął dłonią i chwycił ją, by przypatrzeć się jednej z fotografii, którą pozostawił po swoim dawnym związku. Widok siebie oraz Julii w momencie gdzie praktycznie nie mieli większych zmartwień gdy wydawali się tak mocno szczęśliwi. Nie posiadali zbyt większych trosk, był to chyba spokojniejszy okres w ich życiu. Można powiedzieć, że był on wręcz cudowny w swojej prozaiczności.
Gdy teraz o tym myślał, jego pragnieniem było powrócenie do tamtych czasów, takich beztroskich, gdzie jego jedynym zmartwieniem były rachunki domowe i życie u boku tak wspaniałej dziewczyny i tak dużo bardziej przeżywał swój związek z Julią, do którego wciąż powracał, niż jaką relację go dzieliła, z już była żoną, jednak nie mógł określić tego w taki sposób. Bo co to za związek gdzie ukochana osoba się nad tobą znęca, grozi ci i szantażuje to, nie jest miłość, tylko bycie z kimś tylko przez strach i obawy, jakie będą dla ciebie konsekwencje porzucenia tej osoby.
Ale nie oszukiwał siebie, Taylor nigdy nie kochał, to była prozaiczna myśl, którą sobie wmówić. Iluzja, w którą sam uwierzył. Jego serce wciąż należało wyłącznie do młodej artystki, która go po prostu porzuciła.
Czy słusznie?
Miała na pewno powód go zostawić, bo mógł twierdzić, że niczego nie pamiętał, ale poranek zbyt był brutalny i dotkliwy by nie pojął, co narobił. I będzie sobie tę sytuację wyrzucał do końca życia. Miał cudowną dziewczynę, którą kochał do szaleństwa, a z własnej głupoty ją stracił.
A teraz nawet nie wiedział, gdzie jest.
To było przykre, że po tym wszystkim, co się między nimi wydarzyło, nawet po trasie, podczas której dosłownie go wielokrotnie ratowała, zniszczył ponownie wiele relacja w tym własna z nią i nie mieli z nią żadnego kontaktu.
— Nadal się nie odzywa? — odezwał się nagle, zwracając się do przyjaciela.
Widział jego zniechęcenie, wręcz nieukrywaną znużenie jednak pod tym wszystkim dało się dostrzec ogromny smutek i wyrzuty sumienia, z którymi się gryzł. Mógł udawać, nakładać na twarz kolejne maski, które zakryły jego prawdziwe odczucia, jednak każdy doskonale wiedział i on również, bo nie był ignorantem, zaślepionym głupcem, by nie wiedzieć, że jego przyjaciel przeżył mocną tę stratę.
Niespodziewane zerwanie kontaktu było dla niego dotkliwe, nie polepszał to fakt, że sam przyczynił się bezpośrednio do tego, że teraz był praktycznie na czarnej liście jej osób. On najbliższa jej osoba, która miała przy niej trwać.
Zaprzeczył wszystkiemu, co mógł, dał się nabrać na najbardziej banalne sztuczki manipulacyjne, jakie można zastosować. Bo kto normalny nabiera się na sztuczne przedstawienie stworzone przez zakłamaną szmatę, bo inaczej nie mógł określić swojej byłej żony, jednak on sam nie pomógł.
A wręcz pogorszył tę sytuację i winił siebie za to tak samo jak i on jak nie bardziej. Podzielił pewne stosunki rodzinę, będąc w panicznym strachu przed kobietą, która i tak wylądowała za kratami więzienia, gdzie powinna trafić już dawno.
Musiała dojść do tragedii by uzmysłowił sobie, że nie powinien tak żyć. Zrozumiał za późno, by naprawić coś, co sam zniszczył.
Patrzył na przyjaciela, jak wzrusza ramionami, lecz nie spogląda w jego kierunku. Wiedział, że miał do niego żal i wielokrotnie mu to powtarzał, lecz może to wydawać się dziwne, że nadal się przyjaźnili. Może i oboje popełnili błędy, których teraz gorzką żałują, jednak nie potrafili zrezygnować z przyjaźni, jaka ich przed laty połączyła.
— Myślisz, że się odezwie? — to nie było pytanie, a bardziej stwierdzenie.
Ujrzał w następnej chwili, jak podnosi wzrok, by spojrzeć na niego a kącik jego ust uniósł się w dość ironicznym uśmiechu, który ukazując absurd tej sytuacji, w jakiej się znaleźli.
— Ona jest uparta — stwierdził wprost, tak oczywistą dla nich rzecz — Nie odezwie się, jak w ogóle — stwierdził rzeczowo.
Na moment zapadła między nimi chwila ciszy, która jednak wkrótce została ponownie przerwana przez Chestera, który powiedział, a na jego ustach pojawił się dość nikłe zadowolenie, a jeśli miał być szczery, nie było mu absolutnie do śmiechu, a jego humor cóż nie miał go absolutnie. Nie potrafił się cieszyć na myśl o tym, że utracił własną siostrę, to bardziej go dobijało, niż zadowalało.
Kochał ją i w tym absolutnie nie kłamał. W końcu Julia była jego młodszą siostrą, o której marzył jako dzieciak, którą pragnął się opiekować, a teraz cóż mógł powiedzieć, że żył tak jakby w ogóle się o niej nie dowiedział.
— Ona bardzo przypomina charakter matki — zaczął nagle, przerywając panującą wokół nich ciszę — Jednak co mogę powiedzieć wspólnego o naszej rodzinie i co można ujrzeć również u niej, to upartość. Każdy z naszej rodziny posiadają niewątpliwie silną osobowość. A jedną z nich jest to, że potrafimy być bardzo nieustępliwi w swoich dążeniach gdy coś postanowimy. W końcu sam dobrze znasz mnie czy ją wiesz, jacy bywamy, więc raczej nie spodziewam się, tego, że prędko się odezwie, wręcz mogę rzecz, że nigdy się nie odezwie. Ona tak jak mama jest bardzo honorowa. Wystarczy się jej przyjrzeć. Początkowo można było ujrzeć jej zakłamany obraz, jednak z czasem gdy zaczęła się zmieniać, ja w niej widziałem wiele podobieństw do naszej mamy. Osobowość miały podobne, moja matka nigdy nie umiała się poddać, ale potrafiła dopiąć swego, a Julia jest taka sama — westchnął cicho — Nie oszukujmy się przyjacielu — zwrócił się do niego — Że my i chłopacy jesteśmy na pozycji straconej jedynymi osobami, z którymi ewentualnie chce gadać to dziewczyny.
Te słowa były dość brutalne, jednak były tylko urzeczywistnieniem ich obecnego życia. O ile oni cała ich szóstka bardzo straciła szacunek w oczach Julii, to ich partnerki nie okazały się być tak głupie i nie dały się nabrać na głupie gierki pewnej manipulantki i trwały przy niej. Broniły jej, mimo że zdarzało się im powiedzieć o niej nieprzychylne słowa.
— Próbowałeś ją podpytać? — rozbrzmiał nagle jego głos.
Ukradkiem spoglądnął w stronę piosenkarza, który spojrzał na niego w tej samej chwili. Mimo że nie powiedział na głos, kogo ma na myśl, on jednak doskonale się domyślił, o kim mówił.
Widział jak po chwili zwiesza głowę zrezygnowany a w ciszy, która ich otoczyła, dało się słyszeć, jego ciche westchnienie.
— Myślisz, że nie próbowałem — zapytał wprost, po czym poniósł głowę i spojrzał na jakiś punkt, przed sobą dokończył — Nie da się ukryć Alice i dziewczyny mają z nią kontakt, ale zastrzegły, że niczego nie powiedzą. Zachowują wszystko dla siebie, bo młoda ich o to poprosiła. Dobrze wiesz, że nas polokowała, z nimi rozmawia zwyczajnie — przyznał po czym, dodał — Jesteśmy po prostu głupcami, którzy dali się zwieść. Nigdy sobie nie daruje tego, że uwierzyłem tej kretynce zamiast własnej siostrze i nie dociekałem prawdy.
Po tych słowach poczuł, jak bardzo jest tym zawstydzony, bo wiedział, że był powodem tego konfliktu, do którego przyczyniła się Taylor. To praktycznie on wraz z nią to wszystko zniszczyli.
— Boli mnie to, że nie wiem, jak czuje się moja własna siostra — dodał z westchnieniem — Nie wiem, co się u niej dzieje, czuje się sfrustrowany, że nie mogę jej pomóc! — dokończył, czując złość, ale sam na siebie.
— Nie stało się to gdybym nie okazał się podłym tchórzem…
Właśnie to były idealne słowa, które mogły go podsumować, był cykorem nie zamierzał ubierać w słodkie słówka swojej strachliwości. Bo prawda była taka, wykazując się lękliwością, poniszczył tak wiele w ich dotychczasowym życiu, na którym potem złożyło się wiele czynników.
Wstał z fotela, który jako jeszcze jedno z nielicznych mebli ocalało przed wczesnym spakowaniem i podszedł do jednego z kartonów. Chwycił go i wrócić do biurka, z którego pozbywał się swoich rzeczy i składając go, zakleił dół taśmą i wywrócił go powrotem na nogach, by otworzyć jedną z szuflad, która była pełna jakichś drobiazgów czy pojawiając się kabli, od sprzętów dostrzegł małe pudełeczko.
Wydawało się ono zbyt znajome. Chwycił je, a karton zlecił z jego ud i uchylił wieczko, a wewnątrz dostrzegł piękną pierścionek z ujmującym bladoniebieskim diamentem Otoczonym cyrkoniami. Był to dokładnie ten sam pierścionek zaręczynowy, który założył pewnego grudniowego dnia Julii na palec, by potem po paru miesiącach został on przez niż zdjęty i porzucony tak jak ich miłość. Owszem zachował go, bo nie potrafił się go pozbyć jednak gdy tak na niego patrzył, coraz bardziej rozumiał, że on się już na nic nie przyda i chyba pora by znalazło innego właściciela, jednak czuł żałość na samą myśl o tym, że miałby się z nim pożegnać, mimo że nosiła go dość krótko, to wiązały się z nim piękne wspomnienia, jednak również były i te gorsze chwile.
Zamknął wieczko i wrzucił go dość niedbale do pudełka, które leżało przy jego nogach ze świadomością ze ona już do jego życia nie wróci. Była już szczęśliwa z innym, a on był przeszłością, o której zapewne już zapomniała.
Wyjmując kolejne rzeczy, z szuflady chciał odciągnąć swoje myśli od tych przytłaczających go wspomnień. Cisza, jaka panowała w całym mieszkaniu, dla jednych mogła być nieznośna, jednak on jej potrzebował, czuł wytchnienie od tego wszystkiego.
Nie mogła jednak ona trwać dłużej, gdy nagle po całym domu rozbrzmiał dźwięk dzwonka do drzwi. Podniósł się i zmarszczył nieco czoło, bo nie spodziewał się nikogo praktycznie nie wiele osób, wiedziało o jego przeprowadzce.
Zastanawiając się, kto to mógłby, być wyszedł ze studia nagraniowego i powędrował po korytarzu gdy ponownie po całym domu rozniósł się ta znajoma melodia, a on krzyknął:
— Już idę! — zawołał w głąb mieszkania.
Zbieg pośpiesznie po schodach i przeszedł cały salon i podszedł do drzwi wejściowych. Przekręcił klucz w zamku i uchylił je, by zobaczyć po drugiej stronie grupkę przyjaciół, których się zupełnie nie spodziewała a na jego czele stała Annie z zaokrąglonym brzuszkiem. Gdy tylko go zobaczyła, uniosła siatkę, mówiąc:
— Mam nieco powiatu i pomocnych dłoni do przeprowadzki — odezwała się jego wieloletnia przyjaciółka.
— Annie…
— Żadne Annie — uprzedziła go i wprosiła się wręcz do środka.
Stanął nieco z boku, przepuszczając chłopaków z kapeli oraz męża Annie, którzy przyszli wraz z nią a przyszła mama zwróciła się do niego z tekstem:
— Ja zbytnio nie pomogę — powiedziała delikatnie, głaszcząc się po widocznym brzuszku — Ale ich pomoc ci się przyda — rzuciła w stronę grupki znajomych — A jeść też musisz, pewnie od rana nic nie jadłeś — dodała.
— Tylko mi nie matkuj! — uprzedził ją, widząc zapędy dziewczyny do troskliwości.
Doskonale jednak ją rozumiał, za dwa miesiące miała przywitać na świecie swoje pierwsze dziecko. Synka, który rozwijał się jak najbardziej prawidłowo i wyczekiwała tego dnia aż go powita wraz z ciąży poczuła instynkt macierzyści jednak on potrafił sobie poradzić.
— Po prostu jako przyjaciółka się o ciebie troszczę — wtrąciła się nagle, rozwijając wszelkie wątpliwości — Tylko nie rozumiem czemu, nie wspomniałeś im, że się przeprowadzasz, to by ci pomogli. Uparty jesteś Shinoda — stwierdziła na koniec.
— Jakbyśmy go nie znali — stwierdził Brad — I czemu się na to zdecydowałeś? — spytał z ciekawością.
Mimo że mógł spodziewać się takiego pytania, on nagle spoważniał, bo nie chciał zdradzać im, jak na razie powodu czemu sprzedał już oficjalnie ten dom i miał nowego właściciela. On miał miesiąc na wyprowadzenie się stąd. Umówił się z nowym właścicielem, że zostawi dom pusty, ale potrzebował czasu, by wszystko wynieś, bo w tym domu mieszkał przez bardzo wiele lat i zgromadził wiele rzeczy.
— Potrzebuje zmian — wypalił, nie chcąc, by drążył temat.
— Dobra — powiedział powoli gitarzysta — Nie będę dociekał, powiesz, jak będziesz, na to gotowy — dodał sugestywnie.
— Skoro tu jesteśmy, ciężarówka stoi przed domem, możemy zająć się meblami — powiedział Dave — My zaczniemy wszystko wynosić, a ty coś zjedz! — ponaglił go.
— Annie i tak by mnie zaciągnęła siłą — zwrócił się do przyjaciółki.
— Zbyt dobrze mnie znasz — stwierdziła rzeczowo — Mam kawę i kanapki. Sieciówka, bo jednak od rana byłam z Dick’m na badaniach a tuż po nich zebrałam ekipę i przyjechaliśmy.
— Nie zamierzam narzekać — stwierdził, podchodząc do niej.
Odebrał od niej kubek z mrożoną kawą i podziękował. Upił jej łyk i poczuł się o wiele lepiej. Praca od samego rana sprawiła, że czuł się już zmęczony, jednak musiał się z tym uporać, a pragnął z tym zrobić jak najczęściej.
— Ty mi powiedz jak tam mały. Daje popalić? — zagadnął ją.
Widział, jak kobieta uśmiecha się na te słowa, zanim odpowiedziała.
No comments:
Post a Comment