Nigdy nie miała aż tak mocno zaniżonej własnej samooceny jak obecnie, praktycznie mogła powiedzieć, że nie czuła wobec siebie żadnej wartości. Nie potrafiła dostrzec w sobie tego uroku czy seksapilu jak przed zdarzeniami, które na zawsze rozdarły jej serce na pół.
Może wcześniej uważała, że jest poprzednie życie w rodzinnym mieście, było pasmem klęsk i udręk oraz ciągłego pakowania się w najróżniejsze kłopoty, a nie wspomni, jak ona kilkuletnia dziewczyna z iloma problemami musiała się mierzyć, nie chciała nawet o tym wspominać.
I może faktycznie udało się jej nad tym wszystkim zapanować, poukładać na nowo całe swoje życie. Zwalczyć swoje tchórzostwo, strachliwość czy wręcz wycofanie, które kryła pod maską buntowniczości, to teraz ta dawna ona znowu powróciła, jednak w jeszcze gorszym wydaniu.
Nie powinna się o to winić prawda?
To nie była jej wina.
Jednak nie potrafiła poradzić sobie z wyrzutami sumienia, które wciąż ją zadręczały. Próbowała z nimi walczyć, przekonywać samą siebie, że nie jest nikim, jak wciąż sobie powtarzała, a skrzywdzoną przez życie a właściwie pewnego skurwysyna dziewczyną, która miała prawo do upadku. Mogła się smucić, płakać czy użalać się nad sobą, jednak rozdzierały ją wiele odczuć, z jednej strony pragnęła się skryć pod kołdrą i rzewnie płakać, z drugiej pragnęła zniszczyć samą siebie, bo czuła jak doprowadza samą siebie do szaleństwa.
Była kłębkiem nerwów oraz rozbitą emocjonalnie dziewczyną, która nie umiała zapanować nad bałaganem, który panował w umyśle. Owszem zaczęła w końcu terapie, jednak doskonale wiedziała, że potrzebny jest czas, by się móc uzdrowić. To nie kwestia kilku dni, tygodni czy miesięcy a lat, które mogła spędzić na próbie pogodzenia się z tym co było i funkcjonowanie ze wspomnieniami tego diabolicznego okresu.
Była świadoma, w jakim obecnie jest stanie, że była tylko nikłym cieniem dawnej siebie, wręcz zlęknioną wersją tej dawnej przestraszonej dziewczyny, którą była i to poczucie, że jest praktycznie nikim, wartościowym sprawiało, że zaczęła się coraz bardziej winić. Obwiniać, że była wręcz tragiczną partnerką dla swojego męża, który nie zasługiwał na taki los.
Nie powinien wciąż trwać przy kobiecie, która wręcz ciągnie go na dno.
Bo właśnie tak to było, była pasożytem, była osobą, którą nawet nie pozwalała mu się do siebie zbliżyć. Ogromnie się do niego zdystansowała. Praktycznie nie pozwalała się dotykać poza momentami gdy musiał zmienić opatrunki, zazwyczaj jednak trzymała go na parę kroków z dala od siebie.
Mimo że on tego w żaden sposób nie ukazywał to jakby podświadomie, wiedziała, że mocno go to dręczy. Pomimo że przekonywał ją wciąż, że nie czuje do niej żalu i nadal deklarował się, że ją kocha. Owszem widziała to po jego spojrzeniu, że ono praktycznie w ogóle się nie zmieniło, wciąż spoglądał na nią z takim samym uczuciem jak dawniej, jednak dręczyło ją poczucie, że cały czas udaje, że nie ukazuje prawdy, która się kryła w jego sercu.
Te myśli ją męczyły z każdym dniem coraz bardziej, mimo że właśnie je chciała najbardziej zadusić w sobie, jednak z tyłu głowy wciąż pojawiał się głosik, który bezczelnie się śmiał z niej i jej własnych uczuć i wręcz wmawiał jej, że jest z nią tylko z litości. A tego najbardziej nie chciała. Nie pragnęła, by ktokolwiek z nią był z przymusu. Nawet teraz gdy była zupełnie sama w mieszkaniu, słyszała znowu jego gdy śmiał się w jej głowie i wręcz z niej drwił:
Widzisz, nie ma go, na pewno jest u kochanki.
On cię już nie kocha!
Lituje się nad tobą, a bawi się na boku z inną.
Te myśli wręcz doprowadzały ją do istnego szaleństwa. Czuła jak łzy zaczynają skapywać po jej policzkach gdy słyszała wręcz śmiech, okrutny rechot, który z niej kpił w tak okrutny sposób. Zapłakała boleśnie, jeszcze bardziej zwijając się w kłębek.
Gdyby tylko było można ukryć się przed światem, zrobiłaby to z ogromną przyjemnością.
Wręcz nie jednokrotnie prowadziła wewnętrzny monolog, przekonując ten natrętny głos, że się myli. Mówiąc, że przecież on ją kocha, nie zostawiła, by jej samej tak po prostu, jednak wciąż słyszała ten rechot, który sprawiał, że coraz mniej wierzyła w miłość tego, którego pokochała przed ponad rokiem.
W takim razie gdzie on jest zamiast być przy tobie?
Znowu on!
Owszem może i Ricardo nie było od samego rana, jednak wspominał, że wróci wieczorem. Wprost przecież mówił, że jedzie załatwić kilka spraw:
— Bella — zaczął pełnym opanowania i uczuciowości głosem.
Poderwała delikatnie głowę i spojrzała na niego z lekką niepewnością, obawiała się spojrzeć mu w oczy. Lękała się, ale właściwie czego? Przenikliwa poczucie obawy jednak dzierżyła na własnym sercu.
— Czym się martwisz? — spytał wprost.
Nie potrzebował nawet się przyglądać, by ujrzeć, że coś mocno ją trapi. Serce mu pękało na myśl, że musi sama radzić sobie z tymi wszystkimi wspomnieniami. Nadal nie chciała za wiele mu mówić, może i nie nalegał, jednak gdyby tylko chociaż dowiedział się, coś więcej może byłby w stanie zdjąć z jej ramion, chociaż część zmartwień jednak ona świadomie wybrała milczenie.
Owszem wiedział, tylko tyle ile przekazała mu policja i ich postępowanie w śledztwie, jednak gdy zostało mu ukazane miejsce, gdzie przez tyle czasu ten potwór ją więził w oczach, stanęły mu łzy, lecz prędko smutek zastąpiło chęć wymierzenia krzywy, a prawdę mówiąc, sprawiedliwość wobec tego psychopaty. Bladł za każdym razem gdy dowiedział się o okrucieństwach, jakie się podejmował, wobec jego żony.
Było dwoje oskarżonych i dwie ofiary, bo mimo wszystko nie mogli umniejszać temu, że dawny przyjaciel jego żony nie ucierpiał na tym. Oboje byli potraktowani wręcz w sposób, który umniejsza ludzkiej godności. Uwięzieni, krzywdzeni i torturowani zostali skrzywdzeni przez osoby, którym kiedyś ufały i pokochały.
Wydawać się mógł to absurd, ale to była realna rzeczywistość. Jednak nie potrafił zrozumieć dlaczego? Czemu stworzono dla nich takie straszne miejsce, czemu ci ludzie tak bardzo pragnęli wyrządzić im krzywdę.
Mimo że Julia wspomniała mu o kilku rzezach i sama przyznała, że to była po prostu zemsta oraz próba uciszenia jej, to nie pojmował, dlaczego własna żona porywa męża i go niszczy. Tego nie pojmował, bo gdy widział, ich po raz ostatni wydawali się, że są dobraną parą. Julia milczała na ten temat, jak i sam pokrzywdzony, a dwoje, którym zostały już postawiony zarzuty, a sąd badał akta ich spraw, odmówili składania zeznań i oczywiście nie przyznawali się do winy.
Jednak w tym przypadku to nie zadziała, bo oboje zostali przyłapani na gorącym uczynku szczególności Kent, który próbował zabić jego ukochaną z tego się nie winie. Jak wciąż śledczy podważali, gromadzoną na niego kolejne dowody i na pewno prędko więzienia nie opuści, a sam sąd zadecydował, że ani Clark, ani Taylor nie mogą wyjść z aresztu nawet po wpłaceniu kaucji. Obawiano się, że mogą wpływać na zeznania świadków oraz pokrzywdzonych a tego pragnęli uniknąć, jednak jego żona zapewniła, ze zdania nie zmieni, pragnie, by ten zwyrodnialec trafił tam, gdzie jego miejsce do ośrodka zamkniętego o zaostrzonym rygorze tam, gdzie było jej miejsce. Od narkomana po praktycznie zabójcę, to był istny upadek człowieka, ale nikt absolutnie go nie żałował, bo widać, że takiego życia zwyczajnie pragnął.
— Niczym — skłamała.
Jej głos wyrwał go z głębi swoich przemyśleń. Popatrzył na nią z cichym westchnieniem. Widok jej tak bardzo przygnębionej i wręcz wystraszonej był czymś, czego praktycznie nigdy wcześniej nie widział, jednak to go zupełnie nie odstraszyło. Gdy Anthony wspomniał mu, na temat tego zwyrodnialca pojął, że to nie było jej wina, w końcu nie wiedziała, wiązać się z nim, że wpadnie w toksyczną relację i jej pierwsza miłość wciągnie ją w świat narkotyków.
Ona deklarowała się, że nie bierze od lat, same badania nie wykazały żadnych takich substancji w jej organizmie, więc nie mam prawa jej nie wierzyć. Jednak było to mocno dla niego wstrząsające, jak wiele dowiedział się na przestrzeni kilku tygodni na temat własnej żony, o czym zupełnie nie wiedział wcześniej.
Z pozoru nie wydawało się, że ta dziewczyna ma za sobą aż taki bagaż doświadczeń jednak gdy bliżej się poznało jej historie, nie można było wykazać się egoizmem i niezrozumieniem jej sytuacji a zwyczajnym współczuciem. Była nastolatką, którą wychowywana w domu dziecka myślała, że zakochała się w chłopaku, który darzył ją tym samym uczuciem co ona jego, niestety to czas zweryfikował wszystko i ukazał prawdziwą twarz tego nastolatka.
— Julio — odezwał się pewnym, ale bardzo opanowanym głosem — Dobrze oboje wiemy, że zupełnie mnie to nie przekona zwłaszcza teraz gdy zmagasz się z niską poczuciem własnej akceptacji.
Widział, jak podnosi na niego nieco zaskoczony wzrok, chciała się odezwać, ale jej momentalnie przerwał, unosząc dłoń w geście, by na moment, by ją zatrzymać:
— Julio, nie jestem ignorantem. Obserwuje je cię, widzę, jak bardzo zanikłaś i nie mam do ciebie o to pretensji i wiem, że potrzebujesz czasu, by dojść do siebie. Takie wydarzenia zmieniają ludzi, czego nie da się ukryć. Nigdy cię nie oceniałem, ja wręcz wierzę, że jest w tobie ta dawna iskierka, którą tak pokochałem, gdzieś tam pod gruzami tego wszystkiego, bałagan przyćmił twoją prawdziwą ciebie, ale wymaga czasu, by to wszystko odgruzować. Dlatego pragnę, byś ty poczuła się lepiej. Moimi zmartwieniami jest zwyczajne życie, ty skup się na sobie — uspokajał ją.
— Ale — odezwała się nagle z niepewnością — Mam poczucie, że nie powinno tak to wyglądać, że zasługujesz…
— Na coś lepszego? — przerwał jej w pół zdania — Nie uważam, tak! Podziałem ciebie, a nie jakąś inną i byłbym strasznym skurwysynem, mając świadomość, że gdy ty zmagasz się z problemami, ja odchodzę. Kim wtedy byłbym? Nie Julio, nie postrzegam tak tego, wręcz uważam, że jestem przy osobie najbardziej wartościowej, która jest wspaniałą i cudowną kobietą. Będę powtarzał wciąż do skutków, kocham cię i cię nie zostawię — zapewniał.
Przez moment zapadła chwila ciszy, podczas której ona spuściła wzrok, nie mając odwagi popatrzeć wprost w ciemne oczy, jakby bojąc się jego reakcji, jednak wciąż czuła jego przenikliwe spojrzenie na sobie, a ona z drąży w piersi sercem, powiedziała:
— Boję się — przyznała szczerze — Obawiam się momentu, że uznasz, że nie chcesz niańczyć mnie i…
— Julio co ty wygadujesz — odezwał się wprost oburzonym głosem — Nigdy bym tak przez chociaż, by minutę nie pomyślał, by odejść. Nie jestem takim facetem! Jestem w pełni świadomy, że potrzebujesz teraz opieki i troski, że nie jesteś w najlepszej kondycji psychicznej, unikasz mnie, kontaktu ze mną. Nie dajesz się dotknąć, jednak również jesteś świadomy, że to konsekwencje oraz wpływ tamtych wydarzeń. Wiem, że nie chcesz o tym mówić, jednak przeszłaś traumatyczne przejścia, które zniszczyły twoją barierę ochroną. Nie chce wspominać o tym jak bardzo zostałaś pokrzywdzona, ale wiem, że teraz wydaje się tobie, nawet mój dość znajomy dotyk czymś, czego się zwyczajnie boisz i nie napieram na ciebie, tylko czekam, bo wiem, że takie sytuacje wymagają czasu, by nauczyć się czym, jest ponownie ten dobry dotyk — powiedział stanowczo.
Owszem przyznała mu racje, że w tej kwestii miała mocno zakrzywiony obraz tego czym jest ten czuły i prawdziwy kontakt skóra o skórę, który nie wydawałaby się dla niej czymś strachliwym a tym, czego doświadczyła. Wręcz rozdzierania z niej ubrań i zmuszenia jej do spełnienia zachcianek pewnego demona i mimo że była świadoma i jak i on to czuła dziwnie nieokreślony lęk.
Mimo że nie robił nic wbrew jej woli. Był cierpliwy i spokojny i nie naruszał jej strefy komfortu. Można powiedzieć, że o tak w pełni wyrozumiałym i empatycznym facecie mogłoby pomarzyć wiele osób, które tak jak ona przechodziły przez ciężkie chwile i potrzebowały oparcia bliskich. Ona miała go w Ricardo i wciąż jej to ukazywał, ale strach w niej wciąż tkwił i zapewne prędko nie zniknie.
— Czemu to robisz? — zadała wprost to proste pytanie.
Wydawał się dość zaskoczony gdy padły te słowa z jej ust, jednak po krótkiej chwili ujrzała jego twarz, się rozjaśnia, zanim powiedział:
— Bo tak rozumiem miłość — wyjaśnił — Kochanie kogoś na kim mi zależy w tym przypadku ciebie. Nie chce sprawiać ci większego bólu, nie chce, byś się mnie bała, dlatego nawet gdy muszę zachować wobec ciebie, pewien odstęp zrobię to. Uczynię wszystko byś ty czułą się lepiej, byś miała przestrzeń do tego, by pomóc uleczyć nie o tyle już własne ciało, ale duszę i psychikę. Zależy mi na tobie i nie twój wygląd wcale mnie nie obrzydza ani nie zniechęca, jeszcze bardziej jestem przekonany, że chce z tobą spędzić resztę życia, a twoimi wyglądem zajmiemy się później, gdy tylko będziesz miała zezwolenie od lekarza gdy wszystkie rany się zagoją. Zadbam o to, byś znowu mogła poczuć się piękna tak jak dawniej — powiedział spokojnie.
Patrzyła na niego i powinna być przekonana, jednak jej serce miało w sobie wiele wątpliwości. Tak to był piękny dowód jego miłości, ale to paskudne poczucie nie dawało jej spokoju.
— Julio, daj sobie czas — odezwał się nagle.
Uniosła głowę, by na niego spojrzeć, mimo że nie siedział w głębi jej umysłu, mógł się domyśleć, co tkwi w jej głowie. Rozumiał dość sprzeczne emocje, pojmował, że obecnie żyje w niepewności własnych uczuć i nie zamierzał na niej wypierać deklaracji miłości.
— Przetrwały to razem, obiecuje — deklarował.
Westchnęła cicho gdy przypomniała sobie ich wczorajszą rozmowę, mimo że wciąż powtarzał jej to samo, deklaracje, które miały ją zapewnić o jego niezłomnych uczuciach wobec niej i bycia przy niej to jednak nie potrafiła poradzić sobie z dziwnym przekonaniem, że jednak robił to wbrew sobie a on słyszała to co pragnęła właśnie usłyszeć.
Mimo że nie miała o co się martwić, nawet teraz gdy dom praktycznie był cichy, bo jego nie było od rana. Jedynymi hałasami, jakie można było usłyszeć, to odrapywanie drapaka, który stał przy jednej ze ścian, gdzie Walter ostrzył swoje pazurki, oraz śpiącą na jednej z najwyższych pyłek Cindy która obrażona po tym jak przegrała wojnę z Junką o jej kolana poszła się ułożyć na drapaku.
Panował względny spokój, który przerywany był jedynie gwarem miasta, a ona popatrzyła na Junkę która trzymała na jej kolanach, wydawała się praktycznie jej nie odstępować na krok, odkąd wróciła do domu. Mimo początku stycznia oraz nowego roku to ona jak i Ricardo nie spędzili ani świąt, ani sylwestra w jakieś wyjątkowej atmosferze. Ona oczywiście nie chciała się bawić, a on nie chciał ją zostawiać i jechać do rodziców do Hiszpanii. Spędzili ten czas razem, nawet jeśli nie czuli żadnej świątecznej atmosfery i nie ubierali choinki. To nie miało w tym momencie znaczenia, a od paru dni był już dwa tysiące piętnasty rok.
Popatrzyła na brulion, który porzuciła na stoliku oraz rysunek uwięzionej w łańcuchach postaci. Można powiedzieć, że był to obraz jej samej i po części to prawda była to metafora jej obecnego życia. Gdy tkwiła uwięziona sama w sobie i nie mogła się z tego mocnego uścisku wyrwać i właśnie ten rysunek miał za zadanie to ukazać. Mimo że narysowany tylko jednym ołówkiem, to dobry artysta niepotrzebne jest wiele materiałów, by stworzyć coś dobrego a tutaj ona to stworzyła pod wpływem impulsu chwili, by móc ukazać na kartce papieru swoje odczucia.
To zawsze jej pomagało gdy mogła przelać w formie rysunków swoje prawdziwe odczucia i musiała przyznać, że brakowało jej tego. Tęskniła za momentami gdy siadywała i malowała, bo od czasu zakończenia trzeciego roku na studiach nie namalowała zupełnie nic, a to był jej pierwszy taki wizerunek.
Czy będzie tego więcej?
Nie miała pojęcia, jednak tworząc to, mogła przez moment przestać czuć się tak bardzo zatroskaną. Niepokoić się czy wciąż rozpamiętywać tamte wydarzenia. Siedząc nad nim, dała się, ponieś własnej fantazji, która wykreowała ten na pozór niedokończony malunek, jednak ukazywał realną prawdę.
I momentalnie powróciły do niej wspomnienia poprzednich lat jako nastolatka, zaczynała się uczyć rysować i właśnie kreując malunki na kartce papieru, mogła poczuć się wolna. Pasja zrodziła się nagle, zaczęła się bardziej uczyć, by potem móc pobrać lekcje od Michaela, który pomógł jej bardziej ukształtować swój warsztat by potem związała z tym własne przyszłość. Teraz nie wiedziała co będzie dalej tak naprawdę.
Mogła obecnie porównać swoją sytuację do początków gdy stała pośrodku dwóch dróg i nie miała pojęcia dokąd pójść, jaka czeka ją przyszłość. Aż do momentu gdy ktoś pojawił się na jej drodze i jej pomógł podjąć decyzje, teraz znowu znajdowała się na tym rozdrożu i praktycznie nie wiedziała, w którym kierunku podążyć i jaki wybór będzie dla niej właściwy.
Nagle dobiegł ją z przedpokoju szczęk otwierającego się zamka u drzwi i nawet się nie podniosła, nie chcąc budzić małej psiej przyjaciółki, jednak wiedziała, że to Ricardo. Popatrzyła na zegarek, który wskazywał parę minut po siedemnastej i mimo że spodziewała się, że wróci nieco później, to jednak po chwili mogła go ujrzeć, jak wchodzi do środka z siatkami pełnymi zakupów.
— Witaj Bella — powitał się z nią — Mam nadzieje, że się nie zanudziłaś gdy mnie nie było — odezwał się.
Widziała, jak podchodzi do niej i staje przed stolikiem. Widząc kto leży, pośrodku jej splecionych kolan, uśmiechnął się lekko jednak natychmiast spoważniał gdy zobaczył na skraju stolika rysunek.
— Rysowałaś? — zdziwił się.
— Pod wpływem chwili — odparła w końcu — Tknęło mnie i to naszkicowałem. Nie jest to arcydzieło…
— Pokazuje twoje odczucia? — spytał wprost.
Przytaknęła delikatnie, bo nie miała co przed nim ukrywać. Sztuka zawsze była dla niej formą przedstawienia własnych przemyśleć i odczuć właśnie w taki sposób się wyrazała nawet jeśli były to obrazki bardziej niepokojące, wręcz brutalne jej to pomagało oczywiście umysł.
— Ale nie wiem, czy będę więcej malować — powiedziała, zanim zdążył się odezwać.
— Bo brakuje ci materiałów — rzucił, spoglądając na nią — Jutro pojadę do miasta…
— Proszę nic nie kupuj, to był impuls, który sprawił, że stworzyłam coś takiego, ale czy wrócę do malowania — wzruszyła delikatnie ramionami — Nie wiem — przyznała szczerze.
— A co właściwie cię powstrzymuje? — zapytał wprost.
Właśnie co ją hamowało, praktycznie nic i skoro wyrażała się w ten sposób to mogła do tego powrócić.
No comments:
Post a Comment