Sunday, March 23, 2025

V 12 — OKIEŁZNAŁA GO FURIA ZNISZCZENIA

    — Mamy ten adres! — oznajmił jeden z prowadzących sprawę — Zbieramy się! — zarządził do swoich kolegów.
    Prowadzenie tej konkretnej sprawy, nie należało do łatwych. Owszem miał na swoim koncie wiele śledztw, które były niezwykle skomplikowane, jednak w tym przypadku sprawa miała się o tyle kiepsko, że zostały skutecznie zatarte wszelkie poszlaki, które mogłyby naprowadzić ich na miejsce przebywanie dwojga zaginionych.
    Motyw, którym mogli się kierować podejrzani, wręcz był tak powszechnie znany, że nie był dla niego zaskakujący, wręcz było praktycznie powszechnie znany. Nie jednokrotnie prowadził sprawy, gdzie ktoś mścił się na drugiej osobie. Prowadził w swojej długoletniej karierze, już kilka takich śledztw jednak to było nieco skomplikowane, jednak wierzył, że w końcu i trafią na jakikolwiek trop i w końcu po tygodniach udało im się dostrzec ruch ze strony jednego z podejrzanych, który wyszedł z kryjówki.
    Musieli wykazać się ogromną ostrożnością, by nie dostrzeżono przez kobietę, że jest śledzona, jednak efekt był tego wart, ponieważ teraz mogli dotrzeć do miejsca, gdzie była przetrzymywana dwójka młodych ludzi.
    Co do ich stanu, nie chciał spekulować, jednak miał świadom, że jeszcze kilka dni zwłoki czy szukania może kosztować ich życiem. W pełni poważnie potraktowali zgłoszenie przyjaciół oraz bliskich zaginionych, ponieważ było to nieco niefrasobliwie ze strony porywcza, że pojmał dziewczynę sprzed gmachu sądu, a gdy zajrzeli do bazy, okazało się, że on już widnieje jako osoba podejrzana zgłoszona na innymi komisariacie, tym bardziej pojęli, że jest to poważna sprawa i tutaj każdy dzień się liczył.
    Opuścili komisariat, będąc uzbrojonymi po same zęby i mimo że można uznać, że to tylko dwojga podejrzanych jednak nawet dwoje osób może sprawić wiele problemów, tutaj już nie chodziło o złodziejstwo, a pojmanie dwojga niewinnych obywateli i musieli ich odbić tej nocy. Nie mieli nawet czasu, by kontaktować się z bliskimi pojmanych, bo zależało im zwyczajne na czasie.
    Gdy tylko zdobył ten adres, zebrał ekipę i właśnie wsiadał wraz z partnerem operacyjnym do wozu i zamierzali pojechać na miejsce przestępstwa. Było ono oddalone o półtorej godziny od miasta, jednak musieli się śpieszyć i być tam jak najprędzej.
    — Clark ile to jeszcze będzie trwać?
    Dobiegł go za pleców dość znajomy mu głos, ton zbyt znajomy, by mylić go z kimkolwiek innym, który kojarzył tylko z nią! Kobietą, która przez ostatnie lata zwodził, bo ich współpraca nie była tylko kilkumiesięczna, lecz poznali się znacznie wcześniej a fakt, że wciągnął ją do własnych interesów i po części knowań, dla niego stała się wręcz idealnym osobą, która mogła za niego zrobić całą czarną robotę, a on nie był wtedy zmuszony do wychodzenia ze swojej kryjówki.
    Wręcz leśnego bunkra, którym był stary rozlatujący się dom. Skąd on się tutaj on znalazł? Nikt tego nie wiedział, znalazł go gdy był zmuszony się ukrywać. Nie był taki głupi, jak mogło się wydawać. Zdawał sobie sprawę że gdy zamelduje się w jakimś motelu czy hotelu, czy wynajmie mieszkanie, jego przykrywka szybko się sypnie. Wcześniej dzięki własnym rodzicom mógł się ukrywać, jednak teraz musiał się uciekać do tak wręcz prymitywnych ucieczek jak szukanie w pobliżu miasta jakichś lasów czy skrytek, by się nie narazić, tym bardziej gdy zrozumiał, że ta mała perwersyjna suka go wsypała, a policja miała w bazie jego dane.
    Miał swoich informatorów a kobieta, która stała tuż za nim nie była jedyną z osób, z którą współpracował, by mieć wciąż na oku swoją ofiarę, która teraz leżała praktycznie martwa w piwnicach tego domku w jakieś miejscowości z dala od najbardziej obleganego miasta Kalifornii, musiał przez kogoś ją obserwować, bo on sam już nie mógł się pokazywać.
    Był sprytniejszy, niż się komukolwiek wydawało.
    Realizował od lat swój plan i nie było mowy, chociażby o najmniejszej pomyłce, bo gdyby to się zdarzyło, on trafił tam, gdzie najbardziej nie chciał trafić, a zdawał sobie sprawę, że policja będzie mieć go na celowniku, bo mała szmata przestała być tak bardzo strachliwa jak kiedyś i zwykłe groźby nie pomogły tak jak dawniej.
    Owszem pojawił się tylko raz w mieście jednak tylko po to, by dorwać tę dziwkę. Nie zamierzał odmówić sobie tej przyjemności pochwycenia jej i pojmania. To on był tym który ją dopadł skryty pod czernią, więc nie było to zaskakujące, zwłaszcza że Taylor miała do wykonania swoją robotę.
    Porzucenie samochodu było kluczowe i celowe, by zmylić trop policji. Wszystko musiało być idealnie zaplanowane i tego musiała również trzymać się ona kobieta, którą miał raczej za pomagierkę, a nie za wspólniczkę.
    Słysząc jednak obawy w głosie starszej kobiety, które były przepełnione wątpliwościami, zaczął mieć dziwne podejrzenia, zwłaszcza teraz gdy jej głos zaczął drżeć ze zdenerwowania.
    Odwrócił się powoli w jej kierunku, a na jego ustach dało się zobaczyć dość przebiegły uśmiech, a on spojrzał na nią z podejrzliwością. Skrzyżował swoje dłonie na torsie i popatrzył na nią swoim przenikliwymi szarymi oczami:
    — Czyżby strach cię obleciał kochaniutka? — powiedział dość uroczym tonem, jednak dało się w nim wyraźnie usłyszeć sarkazm.
    — Czy ty sobie ze mnie kpisz? — odezwała się poważnie.
    — Wymiękasz — odezwał się ostrym tonem.
    Kobieta poruszyła się dość niespokojnie pod wpływem jego intensywnego spojrzenia. Nie zamierzała już siebie okłamywać, mimo że nie chciała okazywać swojej niepewności jemu, to od kilku dni czuła dziwny niepokój. Początkowo starała się, jak mogła to ignorować i nie zwracać na to uwagi, jednak z każdym mijającym dniem to paskudne uczucie stawało się coraz bardziej nie do zniesienia, a ona już nie oszukiwała siebie.
    Owszem doskonale wiedziała, z czym wiąże się pójście w układ z tym szaleńcem. Podjęła go, bo pragnęła zemsty, jednak mogła krzywdzić, ale czy była gotowa doprowadzić kogoś do śmierci?
    Pytanie tak błahe jednak napełniło ją obawami, które z każdą chwilą zaczęły ją jeszcze bardziej dręczyć.
    Picie czy zastraszanie to jedno i to była zdolna zrobić, jednak z każdym dniem gdy obserwowała szaleństwo tego faceta i jak bardzo katuje swoją byłą, mimo że nie miała za grosz wyrzutów sumienia czy zrozumiałości w stosunku do niej i wręcz cieszyło ją widok jej okaleczonego ciała i wyniszczonego organizmu, czy rozsypanej psychiki to zaczęła obawiać się o własne bezpieczeństwo.
    Bo co jeśli w końcu dziewczyna umrze, na kogo przekieruje swoją frustrację i złość. Zaczęła mieć obawy, że ona będzie tą osobą. Słyszała, jak ta ostrzegała ją przed tym, że wpadła w sidła szatana, wchodząc w nim w pakt, ale nie zamierzała jej słuchać. Nie traktowała jej słów poważnie, jednak z każdym takim dniem, słowa tej młodej artystki nabierały zupełnie innego wydźwięku.
    Mogła być osobą zdemoralizowaną, wiedziała, że sprawiała ból swojemu mężowi i sprawiało jej to satysfakcje, jednak chyba nie była aż tak zepsutą, by pragnąć czyjeś śmierci. Krzywdziła Michaela i wielokrotnie groziła mu, że go zabije i prawie do tego doprowadziła, jednak za każdym razem był ratowany przez tamtą zdzirę.
    Raczej musiała odrzucić myśl, że nie byłaby zdolna zabić, a raczej obawiała się niepoczytalności tego chłopaka. Bo z każdym dniem, gdy tkwili tutaj zamknięci, widziała, jak jego szaleństwo na punkcie Rivery się pogłębia, a on zaczyna jeszcze bardziej być pochłonięty swoim istnym szaleństwem i usilnym pragnie, zgładzenia to ją przerażało ten człowiek. Nie myślała, że jest on aż tak niepoczytalny.
    Czy zaczęła się go bać?
    Odpowiedź wydawała się chyba jasna i wręcz twierdząca.
    Obłęd i furia to jedyne co dostrzegała w jego spojrzeniu, a wszystko jeszcze bardziej potęgowały narkotyki, które brał w dość dużych dawkach. Nie chciała przyznawać racje Julii, jednak chyba wobec niego miała racje.
    — Nie! — powiedziała pewnie, musząc zdać się na swoje umiejętności aktorskie, by nic nie dać po sobie poznać — Jednak pozwól, że zapytam Clark? — dodała wręcz tonem, który mógł przeszyć otaczającą ją rzeczywistość.
    Słyszała cichy pomruk, który padł z jego ust, dając jej wyraźny znak, że ją słucha.
    — Zapytam wprost — odezwała się z pewnością w głosie — Powiedz mi czy satysfakcjonuje cię to, że zabawiasz się niemal z trupem? — jej cichy syk wręcz przeszył salon.
    Był to niewielkie pomieszczenie, w którym dało się dostrzec wiele rozpadających rzeczy, a okna były tak bardzo zakurzone, że praktycznie nie było nic widać, dodatkowo jednak były założone rolety, by nikt nie wiedział, czy ktoś tu jest, jednak znając mentalność tego narodu, nie byli, zbyt skłoni na wycieczkę, po takich miejscach jak jakieś opustoszałe lasy.
    — Co sugerujesz? — nagle pomieszczenie przeszył jego przenikliwy zimny ton głosu.
    — Umówmy się Clark — rzuciła oschle — Twoja zabawka niemal nie żyje. Dziewczyna praktycznie jest jedną nogą w grobie, a ty nadal próbujesz sobie wmówić, że coś z niej wycisnąć.
    Nie mówiła, nic co nie było oczywistością, tak wspomniała, że sprawiało jej jakąś dziwną przyjemność patrzeć na jej ból, jednak była również realistką i widziała, jak każdego dnia jest coraz bliżej śmierci. To kwestia praktycznie dni jak nie godzin, jak jej serce w końcu zatrzyma się gdy w końcu trucizna dotrze do jej serca, skutecznie pozbawiając jej rytmu, a skrajnie wycieńczenie spotęguje to jeszcze bardziej.
    — Clark już nie możesz, decydować ile będziesz ją trzymać przy życiu — upomniała go — Twoja ofiara padnie w najmniej oczekiwanym momencie i skończy się twoje radosne uprzykrzanie jej życia. Ta mała dziwka jest już w grobie i…
    Momentalnie wręcz znalazł się przy niej i chwycił ją mocno za szyje, czuła jak zaciska na niej swoje długie palce, niemal pozbawiając ją oddechu. Miała wrażenie, jakby się dusiła, musiała zebrać w sobie siły, by chwycić jego dłoń, która szczelnie zacisnęła się na jej tchawicy, by nieco poluzować uścisk, jednak usłyszała jego cichy przenikliwy szept:
    — To ja decyduje kiedy zdechnie!
    — Nim… nie wyciągnie nóg wcześniej — wydusiła, gdy jego palce jeszcze bardziej zacisnęły jej gardło.
    — Umrze, ale tylko, gdy ja na to zezwolę! — powiedział to takim tonem, który sprawił, że trudno było ukryć przerażenie.
    Po krótkiej chwili niemal rzucił ją na ziemie, dało się usłyszeć potężny huk i głośny kobiecy jęk bólu. Nie zwrócił jednak na to uwagi. Nie zamierzał się przejmować takim śmieciem! Ona była nikim! Dosłownie nie była nie była istotna w tym.
    — Życzę… powodzenia, jak zejdziesz na dół i zastaniesz dwa gnijące trupy — wykrztusiła, próbując rozmasować swoje obolałe gardło.
    To był już kres wszelkiej wytrzymałości oraz jego cierpliwości. Czy przyznawał jej racje, oczywiście, że nie jednak nie dało się ukryć, że jego ludzka zabawka była już na skraju wytrzymałości? Za każdym razem dało się dostrzec coraz mniejsze oznaki życia w jej spojrzeniu.
    Na samo myśl, w końcu zdecydował.
    Nie spoglądając na Taylor, podszedł do jednej z szafek i otworzył ją. Drzwiczki lekko zaskrzypiały i wśród wielu strzykawek czy buteleczek oraz narkotyków, które tam były w końcu na tle odnalazł buteleczkę, której zdobycie było dla niego bardzo ciężkie, jednak się udało i w końcu nadeszła chwila, by ją wykorzystać.
    Odwrócił się i spojrzał na Taylor, która spojrzała na niego z nieukrywanym przerażeniem:
    — Co to jest? — zapytała ze strachem.
— Mały prezent dla pewnej dziwki — rzucił, unosząc delikatnie jeszcze zamkniętą butelkę — Skoro i tak mam się jej pozbyć, to małe cudeńko mi w tym pomoże — dodał, uśmiechając się niczym najgorszego sortu szaleniec.
    On jednak był wariatem i wiele osób z czasem przekonywało się, że nie był osobą zbyt poczytalną, jednak on wciąż uważał się za osobą zdrową. Nie czuł się chory jednak obserwująca go z boku kobieta widziała to co dostrzegła już przed laty jego była. Był to groźny facet, który wykorzystywał kiedyś swój urok osobisty, by dostać, czego chce, teraz narkotyki go doszczętnie zniszczyły i przypomniał bardziej mężczyznę przed pięćdziesiątką, a nie chłopaka niewiele młodszego od niej.
    — Co…
    Nie była w stanie dokończyć gdy podszedł do niej i przykucnął przy niej i otworzył butelkę i lekko ją przekrzywił pragnąć ją przestrzec, jednak ani jedna kropka nie popłynęła, to wystarczyło, jednak by ją przestraszyć, a ona w strachu ujrzała napis znajdujący się na etykiecie.
    — Kwas siarkowy? Czyś ty oszalał!
    — Mówiłem, że zakończenie życie tej suki w wielkim stylu — odezwał się, uśmiechając się jak wariat — Nie musisz się bać… — mówiąc to, zamknął wieczko i dodał — Nie jest przeznaczona dla ciebie, ale dla niej — dokończył.
    — Przecież ty ją…
    — Rozpuszczę — rzekł — I tak stwierdziłaś, że i tak leży w grobie, a to pomoże pozbyć mi się ciała — dodał z oczami, które wręcz napawały trwogą.
    — Jesteś szaleńcem! — wyrzuciła mu w końcu — Ta dziwka jednak miała racje!
    On jednak nic sobie z jej słów nie zrobił. Mogła jedynie obserwować, jak się podnosi, a jego twarz tak bardzo wyzbyta z emocji i uczuć spoglądała na nią, a oczach dostrzegła jedynie obrzydzenie i niechęć, zanim rzucił:
    — I tak zawsze widziałem, że jesteś zbyt miękka — powiedział.
    W następnej chwili kopnął ją z całej siły z buta w twarz, dało się słyszeć jej głośny jęk niemal krzyk, a z jej nosa trysnęła krew, za który prędko się załapała, a w oczach pojawiły się łzy. Zignorował ją i powędrował w stronę schodów, które wiodły do piwnicy.
    Miał zamiar w końcu to skończyć!
    Widział, że w końcu nadejdzie ten dzień, starał się go odciągnąć w czasie, jednak prawdą było to, że jego zabawka powoli umierała tak, jak o tym marzył, by odchodziła w upokorzeniu i uniżeniu. Rozpierała go satysfakcja, dziwne szczęście na myśl o tym co zamierzał właśnie zrobić. Każdy jego krok był powodem, dlaczego żył, był wręcz uhonorowaniem jego ostatnich lat, gdzie musiał się ukrywać w końcu i skończy z tą szmatą i nikt absolutnie nie będzie go podejrzewał. Umyła mu się śmierć Evelyne, której tajemnicza śmierć nie została wyjaśniona a jedyną osobą, która cokolwiek wiedziała, właśnie miała podzielić jej los.
    Tak kończą osobę, które zdecydują się od niego odejść. Zrobiła to jedna i zakończyła swój los w worku zakopana na jakimś odludzi i nawet on nie pamiętał, już gdzie ją pochował a w końcu i druga ta, która najdłużej mu uciekała, podzieli jej los.
    Schodząc po stopniach do piwnicy, nawet nie rozpalił świta, na oślep odnalazł klucz do kłódki, która z drobną trudnością otworzył. Nie był nawet świadom, że w tym momencie tuż nad jego głową krąży ktoś, kto mógł go powstrzymać. Nie był świadomy, że jego kryjówka została już namierzona przez organy ścigania, które właśnie włamywały się do domu.
    Zapalone lekkie światło, sprawiło, że mężczyzna przykuty do kajdan drgnął. Dziewczyna wydawała się wręcz być pozbawiona życia. Leżała praktycznie się nie ruszając, jedynie delikatnie podnosząca się klatka piersiowa sprawiała, że można było poznać, że nadal oddycha.
    Podszedł do niej, a ona spoglądała na niego bez żadnego wyrazu uczuć czy jakichkolwiek emocji. Oczy miała nieco przymknięte przemęczone i zupełnie niechcące spoglądać na tego diabelnego potwora.
    — Czas to zakończyć kochanie — powiedział to wręcz z iście radosnym uśmiechem.
    Leżący nieopodal mężczyzna mógł tylko, patrzeć jak odkręca jakąś butelkę, którą trzymał w dłoni i po chwili wylał jej zawartość na ciało jego dawnej narzeczonej. To był wręcz jeden z najbardziej przerażających krzyków, które nikt w życiu by nie usłyszał. Bezbarwna ciecz polała się znacznie po ciele młodej artystki, która wręcz po chwili zanikła.
    — Gleba! — dość potężny męskie głos rozbrzmiał nagle w całym pomieszczeniu.
    Ona już tego nie dostrzegła, gdy do piwnicy wręcz wtargnęło kilku uzbrojonych po same zęby policjantów, którzy w przeciągu kilku sekund przycisnęli tego psychopatę do podłogi, który nagle zaczął się szaleńczo śmiać, jednak on widział to ostatkami sił, jak w ostatniej chwili wtargnęli tam gliniarze, którzy zatrzymali to szaleństwo jednak resztę ani ona ni on nie mogli widzieć.
    Ratownicy pogotowia niemal od razu zbiegli po skrzypiących schodach wraz z kilkoma strażakami. Widok, jaki ich zastał, był czymś, czego nikt się nie spodziewał. Chociaż widzieli wiele podczas akcji, to widoku pary, która była wręcz przekłuta żelastwem do ziemi, będący wręcz już na granicy śmierci i życia oraz widok ich zniszczony do granic możliwości ciał był czymś okropnym. Od razu dało się wyczuć ten smród, mimo że mogło sprawić, one mdłości nie mogli się takimi błahostkami przejmować i musieli uwolnić dwójkę w końcu odnalezionych po trzech tygodniach poszukiwań osobach.
    — Uważajcie na nią! — odezwał się jeden z ratowników, gdy zaczął udzielać pomocy poszkodowanej dziewczynie.
    Widok kwasu, który został wylany na nią, wymagał szybciej intwerwncji, jednak liczyli się z tym, by strażacy musieli przeciąć łańcuchy, by mogli w końcu zabrać tę dwójkę do szpitala i się nią zająć. Działali w dość szybkim tempie, bo tu liczyła się każda cenna sekunda, zwłaszcza gdy podpięta do aparatury przenośnej akcja serca studentki zaczynała coraz bardziej zwalniać.
    Widzieli, że będzie to ciężka akcja, jednak nie sądzili, że znajdą ich tak skrajnie wycieńczonymi.
    Zabrano wkrótce w eskorcie czworga policjantów z jednostki specjalnej porywacza, który próbował się bezskuteczniewyrwać gdy w końcu dwojga z dwóch strażaków udało się odciąć łańcuchy, które wręcz więzły dziewczynę gdy ich koledzy uporali się z tym samym żelastwem przy jej przyjacielu.
    Przenieli ich ostrożnie na deski i prędko wynieśli na zewnątrz, mimo że mogli wykonań wszystko by zabezpieczyć ich, tutaj liczyła się każda chwila, lecz nim to zrobili. Okryli nagie ciało dziewczyny specjalną folią.
    Jeden z głównych śledczych, który wraz z kolegami wyprowadził, porywacza wepchnął go do furgonetki:
    — Posiedzisz sobie — rzucił oschle.
    Wiele spraw prowadził, jednak ta sprawa była bardzo skomplikowana. W końcu jednak udało się im trafić na trop, który doprowadził ich do tego domku a aminowe zgłoszenie, że dzieją się tutaj dziwne sytuacje i słychać krzyki sprawiły, że musieli to sprawić. Jednak również dotarli tutaj przez dość niezbyt dobre zatuszowanie ostatniego wypadku pani Sanders do miasta i w końcu mogli ich znaleźć.
    — Gdzie ich zabieracie? — odezwał się drugi ze śledczych gdy część ratowników odjechało z dziewczyną, lecz wkrótce i mieli zabrać młodego mężczyznę.
    — Do USC University — oznajmił ratownik.
    — Dzięki.
    Odszedł, nie chcąc im przeszkadzać wkrótce i furgonetka z porywaczami odjechała, a do niego poszedł kolega i powiedział:
    — Dzwonisz do rodziny? — spytał.
    Przytaknął głową, bo wiedział oboje, że rodzica bardzo wyczekuje jakiekolwiek wieści.
    W końcu wyrwano ich z kleszczy szaleństwa.
















No comments:

Post a Comment