Monday, December 30, 2024

IV 30 (P.2) — CHWILA PRZEJMUJĄCEGO STRACHU

    Niespodziewanie rozniósł się głośny huk, to działo się tak prędko, że nikt nie był w stanie zareagować. Moment, który można było przeoczyć jednak wydarzenia, które rozegrały się na przestrzeni kilku sekund, wstrząsnęły najbliższej stojącymi osobami, stojący na przedzie sceny dwoje mężczyzn, którzy nie spostrzegli tego momentu, będąc zupełnie odwróconym plecami w stronę najbliższego przyjaciela, nie dostrzegli jego upadku. Dobiegł do ich uszu jedynie odgłos porównywany z tym jak coś upadnie jednak nie brali pod uwagę, że ich kolega z kapeli stracił przytomność na oczach tysięcy fanów zgromadzonych na stadionie.
    Po dość krótkiej chwili rozdarły się krzyki przerażanie, a kilka osób w pierwszych rzędach często kobiety zakryły swoją twarz dłoni, spoglądając z nieukrywanym strachem na dalszą część estrady, to dopiero skłoniło przodującego piosenkarza do zrozumienia sytuacji i rozejrzenia się za źródłem hałasu.
    Początkowo sądził, że wydarzyło się to w tłumie ich fanów, bo bywały sytuacje gdzie ludzie słabli na stadionie z powodu braku wody, której zdarzało się organizatorzy nie podawać tłumom ludzi, którzy kilka godzin czekali na występ nie jednokrotnie w upalnym słońcu, co wydawało się wręcz skandaliczne. Zrozumiał jednak prędko, że to nie tam się rozgrywa tragedia gdy bicie w perkusje zanikło podobnie, a za nią ustąpiły dźwięki gitar czy DJ przestał grać.
    Odwrócił się momentalnie i zobaczył widok, który nim wręcz wstrząsnął i przeraził jednocześnie. Spoglądał, jak na podwyższeniu leży nieprzytomny Michael, do którego wręcz dwoma susami doskoczył Dave, którzy zrzucił z siebie bas i podbiegł pośpiesznie do niego. To trwało dosłownie parę sekund gdy odłożył mikrofon i podbiegł do nich gdzie, gromadzili się pozostali chłopacy z kapeli pragnąć, dowiedzieć co się dzieje.
    — Każcie im zawołać ratowników — nakazał gitarzysta, gdy David sprawdzał puls kolegi.
    Nikt nie wiedział co się tak naprawdę dzieje. Nigdy nie zdarzyło się jemu, żeby tak nagle stracił kontakt z rzeczywistością. To nie działo się praktycznie w ogóle, dlatego pytania zaczęły się mnożyć, a oni nie mogli poznać na nie odpowiedzi.
    — Mówiłem im — rzucił Rob, który pojawił się tuż obok nich.
    Jedna z be zmyślniejszych decyzji byłoby zdjęcie go ze sceny teraz, bez konsultacji z ratownikami, którzy jak zawsze czekali pod stadionem w razie gdyby coś się wydarzyło w tłumie ludzi, raczej mało prawdopodobnie było, że wydarzy się to z którymś z członków kapeli.
    — Proszę się odsunąć! — rozbrzmiał nagle łamanym angielskim głos, jednego z ratowników.
    Na scenę wbiegło dwóch sanitariuszy, którzy trzymając deskę oraz torbę ze sprzętem medycznym. Od razu zajęli się podłączeniem do tlenu nieprzytomnego muzyka, jednak co wręcz przeraziło, to krew, która nagle popłynęła z jego głowy, gdy jeden z mężczyzn w medycznym kombinezonie, zaczął powoli zakładać kołnierz ortopedyczny wokół jego szyi.
    — Co się stało? — zapytał jeden z nich, spoglądając na każdych obecnych i bardzo przejętych członków kapeli.
    — Nie wiemy — odezwał się główny gitarzysta kapeli, z bezradności rozkładając ramiona — Tak naprawdę nagle upadł, nie możemy wyjaśnić co się wcześniej działo — wyjaśnił.
    — Zabieramy go do pobliskiego szpitala — wyjaśnił gdy wraz z kolegą ułożył wciąż nieprzytomnego muzyka na noszach.
    W pośpiechu wynieśli go tuż za kulis, a wkrótce w słuchawkach każdego z członków rozbrzmiał głos głównego technika.
    — Kończcie występ, nie zrobicie nic bez niego — oznajmił.
    Wszyscy w pięcioro spojrzeli po sobie i to była całkowita prawda, nie zdołaliby sobie poradzić bez Mike, był on zbyt znaczącą osobą, której nie mogliby zastąpić. Dobrze jako gitarzystę czy pianistę mógłby go zastąpić jego osobisty technik, jednak Chester nie byłby w stanie pociągnąć wszelkich partii wokalnych.
    Wymienili się porozumiewawczymi spojrzeniami, a Bennington, zszedł z podwyższenia i podszedł do miejsca, gdzie ówcześnie porzucił swój mikrofon i chwycił go ze sceny, gdzie go wcześniej porzucił i oznajmił:
    — Muszę serdecznie was przeprosić oraz oznajmić, że musimy przełożyć występ. Sami byliście świadkami sytuacji, której nikt z nas się nie spodziewał. Serdecznie pragnę was przeprosić w imieniu swoim oraz reszty zespołu. O wznowieniu koncertu lub jego ewentualnym przełożeniu będziemy was informować na bieżąco na naszych social mediach, na chwilę obecną musimy zakończyć koncert — mówił do tłumu.
    Stojąc tam za sceną i obserwując, jak wynoszą Michaela z estrady, spojrzała na niego z nieukrywanym przejęciem oraz przerażeniem. Prosiła go, by zrezygnował z występu, jednak był zbyt dumny i uparty, by się na to zgodzić, widok jego wynoszonego przez ratowników zwyczajnie ją przeraził, a w głowie zaczęły pojawiać się bardzo niepokojące myśli i obawy. Prawdę mówiąc, tylko ona znała prawdę, ona oraz jego żona, która doprowadziła do tej sytuacji, nikt tak naprawdę nie wiedział, co się działo, a ona była jedyną osobą, która mogła cokolwiek powiedzieć. Sumienie jej podpowiadało, by ich zatrzymać i powiedzieć, co się działo przed występem z drugiej czuła, że może to się obojga Shinodów nie spodobać. Taylor, że w ogóle to widziała, Mike, że zdradziła prawdę, jednak tutaj już nie chodziło o tajemnice a o własne życie.
    Prędko pomknęła za znikającymi ratownikami.
    Wiedziała, że może pożałować tego ze to powie, jednak nie zamierzała mieć Michaela na sumieniu i pragnęła. by mu pomogli, wiedząc, co się stało. Biegła tak szybko jak tylko mogła dopiero przed stadionem. zawołała.
    — Przepraszam — krzyknęła do jednego z medyków.
    Z początku zdawał się nawet nie zwrócić na niego uwagi. Jednak prędko podbiegła wiedząc, że to jej ostatnia szansa wręcz przyśpieszyła i krzyknęła ponownie:
    — Przepraszam, muszę coś powiedzieć! — zawołała.
    Widziała jak jeden z mężczyzn dopiero teraz odwraca się w jej kierunku gdy wsunął wraz z kolegą noszą do środka i popatrzył a jej kierunku i odezwał się dość nieprzyjemnym tonem:
    — Nie możemy długo czekać, musimy zabrać pacjenta do szpitala…
    — Wiem, co może mu być — wydusiła w końcu, opierając dłonie na kolanach.
— Mów dziewczyno — ponaglił ją — Tu liczy się każda sekunda! — zbeształ ją za ociąganie.
    — Ma na imię Mike i pół godziny został uderzony i okaleczony. Na prawym boku ma ranę, która jest zakryta. Rana kłuta nożem, plus uderzył głową o ścianę, przy mnie miał zawroty głowy.
    — Czy jest coś jeszcze? Wyemitował?
    — Nie, ale był temu bliski — powiedziała, kręcąc głową — O niczym więcej nie wiem — dodała, nieco kłamiąc, jednak nie było to tak istotne dla sprawy.
    — Dziękuje, zajmiemy się pani przyjacielem — powiedział, wchodząc do karetki.
    Po chwili zatrzasnął za sobą drzwi, a wkrótce odjechali na sygnale tuż sprzed stadionu. Nie zamierzała mieć absolutnie żadnych wyrzutów sumienia odnośnie tego, że po części zdradziła, co się wydarzyło. Liczyła się z wściekłością ze strony Michaela jak i jego żony, jednak nie zamierzała milczeć w tak poważnej sprawie. To już nie były siniaki, które mogła zatuszować makijażem, a omdlenie na oczach części kapeli oraz tysięcy fanów, którzy widzieli, moment jak jeden z muzyków upada nieprzytomny przed keyboard to, mogło wstrząsnąć wieloma osobami w tym również ją. Wiedziała ze nie ma już na niego żadnego wpływu, nic takiego, jakiego go miała gdy z nim była, jednak myślała, że posłucha zdrowego rozsądku oraz także jej i zrezygnuje z występu zwłaszcza po dość silnym uderzeniu się w głowie, a raczej małej pomocy jego żony, która posłała go na ścianę.
    Nic ją bardziej nie wstrząsnęło niż to, miała ochotę ją dorwać i wyrwać jej wszystkie włosy, jakie tylko miała z głowy.
    Gardziła nią tak bardzo, za to, że śmiała okaleczać nie tylko własną córkę, ale męża. Jakim prawem pozwala sobie na to, by podnosić na nich rękę. Kto jej dał to cholerne prawo, kto w ogóle ośmiela się to robić, powinien mieć ręce ucięte, takie miała zdanie. Przemoc jest straszna i doprowadzająca nie jednokrotnie ofiary do wieloletnich traum, z którymi muszą żyć, to ich oprawców nie ma żadnego znaczenie.
    To istna patologia!
    W jednej chwili miała ochotę znaleźć ją i dorwać w swoje łapska.
    Stojąc jednak przed stadionem w miejscu, gdzie przed chwilą zniknęła karetka z Shinodą, coś nagle przykuło jej uwagę. Niespodziewanie zobaczyła sylwetkę kobiecą, która wyszła z miejsca, gdzie przed kilkoma minutami widziała rozgrywającą się na jej oczach tragedie. Popatrzyła w tamtym kierunku i przyjrzała się bliżej i zobaczyła w następnej chwili dość znajomą posturę kobiety, którą pragnęła dorwać.
    — Taylor! — wrzasnęła wściekle.
    Szybkim krokiem pognała w jej kierunku, widziała, jak przez chwile ona odwraca się w jej stronę i wręcz ignoruje na jej oczach, odchodząc z zupełnie innym kierunku, ale ona była zbyt zdeterminowana, by odpuścić. Ruszyła biegiem za oddalającą się w pośpiechu kobieta.
    — Stój ty suko! — wydarła się na nią.
    Nie zamierzała jej tak po prostu pozwolić odejść. Podbiegła za nią gdy widziała, jak za nią biegnie, zaczęła przed nią uciekać.
    — Ty tchórzliwa fretko! — grzmiała rozwścieczona — Wracaj tutaj!
    — Spieprzaj gówniaro ode mnie! — usłyszała jej głos w oddali.
    Przyśpieszyła, jeszcze bardziej w końcu chwyciła ją koniuszkami palców za ramię i zatrzymała się prędko, hamując tym samym ją. Odwróciła ją w swoją stronę i była już o krok, by jej nie uderzyć, ale dzięki swojej silnej woli nie zrobiła tego.
    — Ty szmato wiesz, do czego doprowadziłaś! — zagrzmiała wściekle.
    — O co ci małolato chodzi!? — albo udawała głupią, albo faktycznie grała perfekcyjnie rolę nic niewiedzącej.
    Zacisnęła, mocniej swoją wolną dłoń w pieść, jednak usilnie trzymając ją przy sobie, chociaż część jej samej pragnęła jej użyć przeciwko niej. Nie chciała jednak zniżać się do jej poziomu i załatwiać wszystko siłą, nigdy nie była fanką rozwiązywanie konfliktów argumentem zadawania ciosów a rozmowy.
    — Będziesz teraz odgrywała przede mną szopkę? — spytała sfrustrowana, puszczając jej ramię — Twojego męża właśnie zabrało pogotowie i obie doskonale wiemy, że trafi do szpitala z twojej winy! — wyrzuciła jej,
    — O czym ty dziec…
    — Taylor, nie nazywaj mnie nastolatkom, bo jestem kurwa dorosłą kobietą — weszła jej w słowo, zanim jakkolwiek zdążyła dokończyć swoją wcześniejszą myśl, która mogła bez problemu się domyśleć — Obie wiemy, że się nad nim pastwisz! Czy ty naprawdę myślałaś, że nie dopadną cię w końcu konsekwencje tego co robisz?
    — A kto mi udowodni — zaczęła, krzyżując swoje dłonie pod swoimi piersiami — …że to ja zrobiłam? — spytała, spoglądając na nią tak przebiegłym wzrokiem.
    Czuła ze coś zamierza wymyślić, chociaż nie mogła przewidzieć co, jej spojrzenie było zbyt charakterystyczne, by się nie domyślić.
    — Taylor przestań się zgrywać dobrze — odezwała się rozwścieczona — Ilekroć się mi odgrażałaś i co zrobiłaś coś?
    Niespodziewanie jednak zobaczyła, jak podchodzi do niej znacząco blisko, wręcz naruszając jej przestrzeń osobistą i przeszła wokół niej gdy nagle rozbrzmiało jej cichy i bardzo przebiegły głos, przesączony jadowitością.
    — Kochanie, może faktycznie nic nie robię — przyznała cicho — Ale mogę w końcu sprawić, że każdy absolutnie wszyscy cię znienawidzą włącznie z twoim cholernym braciszkiem, który tak jak ty działa mi na nerwy, ale tak sprawę by i on również tobą gardził.
    — Radziłabym ci nie wtrącać nosa w nie swoje sprawy…
    — To ty maleńka nie wciskaj swojego wścibskiego noska w sprawy mojego męża, rodziny, bo w końcu jak mnie na tyle rozwścieczyszsprawie, że każdy tobą będzie pomiatać i gardzić — mówiła.
    — Nie strasz mnie, nie jestem tak lękliwa jak Mike — powiedziała, spoglądając na nią wyzywająco — Ostrzegam, jeszcze raz go tkniesz, a tego pożałujesz…
  
    Westchnęła cicho, gdy przypomniała sobie wydarzenia ostatniej nocy. Nie były to łatwe, wręcz ośmieliła, by się stwierdzić, że bardzo ciężkie. A to, co działo się na przestrzeni mienionej, godziny były dość kuriozalnymi zdarzeniami, a najbardziej ją chyba wstrząsnęło zachowanie Taylor.
    Dlaczego ją to tak zdumiało?
    Odpowiedź była jak najbardziej oczywista, to jak zaczęła odgrywać swoją kolejną wyuczoną rolę. Zatroskanej pieprzonej żony, która wręcz łkała głośno nad losem swojego nieprzytomnego męża. Patrząc na to, rozgrywające się przedstawienie wręcz hamowała się, by nie wybuchnąć. Gdy tylko zobaczyła ją gdy wchodzi zapłakana i roztrzęsiona do garderoby, gdzie była reszta zespołu i dziewczyny, chciała, by skończyła udawać. Przed resztą zgrywała kochającą żonę i matkę, by udowodnić im, że rzekomo się zmieniła, jednak prawda była taka, że stała się większym potworem niż była wcześniej. Nic ją tak bardzo nie wstrząsało jak to, bo wiedziała, że między zespołem i dziewczynami krążyły dość niepochlebne opinie na jej temat. Nie przepadali za nią, jednak starali się ją w pewien stopniu akceptować. Widziała to głównie po Bradzie, który znał ją jak najdłużej tak jak Michaela, że powrót jego przyjaciela do niej nie zadowalało go to, doskonale jednak wiedziała co myśli, że to związek z nią był dla niego jak najlepszy, bo nigdy nie widział bardziej szczęśliwego kumpla gdy był z nią, jednak nie był ignorantem i doskonale rozumiał ich sytuacje i co jej zrobił.
    W tym wypadku bardzo tępił jego zachowanie i wielokrotnie mówił, że stracił wspaniałą dziewczynę przez własną głupotę.
    Najwyraźniej los zdecydował inaczej.
    Jednak co właściwie stało się z Michael'm. Jedyną osobą, która prócz managera zespołu mógł się widzieć z nim była niestety Taylor, która oczywistym faktem będzie ponowne zmanipulowanie męża gdy tylko się przebudzili.
    A co wiedzieli na temat jego stanu, zdrowia co wydawało się najważniejsze i czemu zasłabł. Przeprowadzono kilka badań oraz tomografię mózgu i jak się okazało, miał wstrząśnienie mózgu a rana, którą zadała mu żona, okazała się powierzchniowa,jednak zaszyli go kilkoma szwami, teraz tak naprawdę czekali, bo muzyk nadal był nieprzytomny. I nic więcej nie wiedzieli, niezwykle skąpe informacje, które udało się wyłudzić Andy’emu od Taylor, która nie była zbytnio rozmowna, zapewne gdyby mogła, nic by nie powiedziała, jednak musiała, bądź co bądź, mimo że miał to być ich ostatni koncert, to jednak zależało im by wiedzieć, w jakim stanie jest Mike.
    — Ciociu? — nagle rozbrzmiał tuż obok niej głos Summer.
    Wyrwała się ze swoich przemyśleć i popatrzyła na małą dziewczynkę która leżała przytulona do jej boku. One jak i reszta w końcu mogli pójść odpocząć po prawie kilku godzinach w nocy spędzonych na nogach, jednak że wkrótce miał wstać dzień, ona nie miała chęci spać. Próbowała uśpić małą, jednak nie mogła zmrużyć oczka, wciąż przejmowała się stanem wujka, którego tak lubiła. Patrzyła na przejętą twarzyczkę, myśląc, jak bardzo to dziecko musi czuć się zlęknione i wystraszone. Przeszyła istny koszmar przy matce, która miała czelność krzywdzić własne dziecko, jednak po wczorajszej rozmowie już wiedziała, że ona była niechcianym dzieckiem nie zamierzała jednak nikomu o tym mówić a tym bardziej Summer.
    Mimo że matka praktycznie się nią nie interesowała i zdana była na wychowywanie się samej, co praktycznie sama doświadczyła, widziała w niej modrą i zaradną małą dziewczynkę, która była mocno empatyczna. Wciąż opowiadała jej jak lubiła się bawić z Mike gdy mamy nie było, jak się nią opiekował czy zajmował, zdradziła, że pragnęła mieć takiego tatusia, jak on a ją określiła mianem zastępczej matki, bo przez kilka tygodni okazała się bardziej opiekuńcza i empatyczna wobec nieznajomego dziecka niż przed pięć lat życia matki z własnym dzieckiem.
    Zastanawiało ją jedno, czemu, dlaczego ta kobieta nie oddała małej swoim rodzicom, chociażby skoro jej nie pragnęła i zajmowała się nią od niechcenia, bo musiała tak naprawdę.
    — Co się dzieje promyczku? — zagadnęła, spoglądając na zmęczoną pięciolatkę — Prosiłam, byś poszła spać, jesteś zmęczona — dodała, widząc jej pogrążone oczka.
    — A czy z wujkiem Mike będzie wszystko dobrze? — zapytała, spoglądając na nią ze smutkiem oraz nadzieją.
    Przejęcie, które dostrzegła w tych zielonych oczach, dużo bardziej pokazywało, że to bardziej Summer przeżywała zły stan przybranego wujka, niż jej własna matka. Taylor potrafiła udawać to prawda, jednak gdy się można przejrzeć bliżej jej spojrzeniu, można dostrzec w nich brak jakichkolwiek odczuć, panowała w nich zupełna pustka. Spojrzenie potrafi być zdradliwe jeśli bywa ono nieszczere.
    — Oczywiście, że tak słoneczko — zapewniła ją, chociaż sama nie była pewna co się z nim dzieje obecnie — Skąd ci takie myśli przyszły do głowy. Musi zostać parę dni w szpitalu, by pan doktor go zbadał i wyleczył — mówiła, starając się ją jakoś uspokoić.
    — Bo ja nie chcę by mamusia, go krzywdziła. Kocham go i nie chce, by płakał — powiedziała, spoglądając na nią ze smutkiem w oczach.
    Wdziała, jak nagle pojedyncza łezka spłynęła z jej oczkom, szybko jednak otarła kapiącą pojedynczą kropelkę słonej wody i mocniej ją przytuliła do siebie i pocałowała w czubek główki i powiedziała:
    — Zapewniam cię słoneczko, wszystko będzie dobrze. Wróci i będziesz mogła się z nim pobawić — powiedziała pewnie.
    Jednak co było najgorsze to niepewność w obecnej sytuacji i to ją wyniszczało, bo nie mogła nic więcej powiedzieć poza tak tandetnymi frazesami, które wiedziała, że nie do końca mogły uspokoić. Miała nadzieje, że jednak zdoła to zaspokoić ciekawość małej dziewczynki, która nagle głośno ziewnęła, a ona się uśmiechnęła z rozczuleniem, gdy położyła nagle główkę na jej piersi i lekko pochyliła głowę i zobaczyła, jak zamyka oczka.
    — Dobranoc księżniczko — powiedziała.
    — Dobranoc ciociu — mruknęła cicho.
    Leżała tak z nią przez dobrą chwilę, tak by móc się upewnić, że faktycznie mała zasnęła. Gdy tylko zobaczyła, że odpłynęła do swojej własnej krainy, gdzie nie musiała się martwić o swoje zmartwienia i problemy, które nie powinny jej nawet dotyczyć w tak młodym wieku, bo powinna się jedynie przejmować zabawą. Najgorsze jest gdy dzieci zamartwiają się sprawami dorosłymi, może się to wydawać, ale były one bardzo spostrzegawcze i bystry, wielokrotnie mogły zagiąć dorosłego. Jednak one chłoną świat, bo go poznają to rzecz oczywista, że są spragnione poznawania nowych rzeczy. Ruch jest nieodzownyelementem ich życia.
    Gdy tak patrzyła na śpiącą w jej ramionach dziewczynkę, uśmiechnęła się delikatnie, pragnąc, by za kilka lat przytulać tak własne dziecko. Chciała założyć rodzinę, jednak kluczowym aspektem jest to, że nie pozwoli by musiało przeżywać to co ona. Pragnęła podarować swojemu potomkowi tego czego nigdy nie odczula jednak wydawało się to tak istotne, czyli miłość i poczucie bezpieczeństwa i chciała, by miało obojga rodziców, jednak to temat, który będzie mogła poruszyć z mężem za parę lat.
    Momentalnie przypomniała sobie o Ricardo, któremu obiecała oddzwonić. Mimo że próbował się z nią skontaktować, ona zrzucała każdy telefon. Delikatnie położyła małą księżniczkę na łóżku, starając się jej nie obudzić i gdy tylko się jej udało, okryła ją narzutką i pocałowała w czółko i zgarniając po drodze telefon z nocnej szafki, zerknęła przelotnie na cyfrowy zegar.
    Liczby wskazywały parę minut przed piątą rano. Było dość wcześnie, jedna nie sądziła, że zdąży już w ogóle zasnąć i po ciuchu przeszła przez pokój i wyszła na balkon, ostrożnie otwierając drzwi, by nie nahałasować i mimo że wiedziała, że mały promyczek ma dość mocny sen, wolała, jednak jej nie zbudzić skoro dopiero zasnęła.
    Wyszła na maleńki balkon, gdzie stał jedynie dwa fotele ze stolikiem szklanym i jakiś kwiat w doniczce i usiadła na jednym z nich. Trzymając przed sobą telefon, spojrzała na ekran wyświetlacza, gdzie ujrzała swoje zdjęcie oraz Ricardo i mimowolnie uśmiechnęła się na jego widok, tak bardzo była za nim stęskniona w widok ich obojga gdy dobrze się bawili pewnego dnia na plaży, niczym małe dzieci sprawił, że tęsknota za nim coraz bardziej wzrastała, jednak wiedziała, że wkrótce będą mogli się spotkać.
    Gdy była już w liście kontaktów i miała nacisnąć zieloną słuchawkę, by zadzwonić do niego, zawahała się przez moment. Popatrzyła ponownie na ekran, który wskazywał, że wkrótce wybije szósta rano i mimo że zapewne u niego będzie już około ósmej rano, to jednak pomyślała, że może być umówiony na jakieś spotkanie biznesowe.
    W końcu jednak po namyślę, nacisnęła ją, nie zamierzając się wahać. Przyłożyła telefon do ucha i wplotła swoje ręce w swoje już rozpuszczone włosy, które raczej były rozczochrane, a ona popatrzyła na rozciągający się widok przed nią, tyłu hotelu gdzie zazwyczaj była strefa zabaw czy kąpieliska i tutaj też to ujrzała.
    Czekała, dość dłuższą chwilę myśląc, że w ogóle jej nie obierze, jednak wkrótce usłyszała, jak podnosi słuchawkę, a ją dobiegł jego głos:
    — Najwyższa pora Bella — odezwał się na powitanie — Martwiłem się o ciebie — wyznał z wyraźną ulgą — Dzwoniłem, ale odrzucałaś moje telefonu — podkreślił.
    — Wiem Ricardo — przyznała szczerze — Nie miałam jednak wyboru, miałam tu dość delikatny młyn… — starała się jak najbardziej dookoła mówić.
    Nie chciała go zamartwiać tym, co tutaj się dzieje i w co tak naprawdę ona się w pakowała. Wiedziała, że nieco go oszukuje, ale mówiąc go teraz nie okłamuje gdy obiecała milczeć.
    — Mów…
    To jednak będzie długa rozmowa.

No comments:

Post a Comment