— Zajmij się nią! — rozbrzmiał w pełni roszczeniowy głos starszej kobiety.
— Co takiego? — nie dowierzała, wręcz nie mogła uwierzyć w to co właśnie słyszała — Słucham? — pytała, ogłupiało, myśląc, że zwyczajnie słuch ją myli.
Nie mogła wręcz w to uwierzyć, w jaką to bezczelnością można się wykazać. Momentalnie pożałowała swojej wcześniejszej decyzji gdy słysząc pukanie a wręcz walenie do drzwi jej pokoju hotelowego, by zobaczyć, kto usilnie stara się wręcz je wybić. Chwila gdy je otworzyła, było jednocześnie sekundą, w której zaczęła żałować swojej spontanicznej decyzji.
— Czy ty udajesz głuchą, czy głupią?
Ponownie pełna arogancji i wręcz ignorancji jej wcześniejszymi słowami starsza kobieta, wpatrywała się w nią takim spojrzeniem, który chyba miało za zadanie ją zlęknąć lub przestraszyć. Oczy, które były tak bardzo zwężone, jej mimika twarzy była wręcz pełna surowości, gniewu i niechęci, której ani na moment nie ukrywała, jednak pozbawiona taktu, bo inaczej nie mogła tego określić.
Przychodzi tutaj niespodziewanie, wręcz od progu żądając od niej, tego by była wręcz darmową opieką dla jej małoletniej córki. Zamiast zwyczajnie poprosić, być milsza, to ona w tej chwili stanęła przed obliczem matki, która nie zważając na zupełnie nic czy jej potencjalną odmowę wciska w jej ręce swoje dziecko i nie wykazuje się nawet gramem kultury, bo o nazwie jej słów prośbą to jest bardzo dalekie stwierdzenie.
To nie była prośba a wręcz rozkaz, który miała wykonać.
— Czy ty siebie, aby dobrze słyszysz Taylor? — spoważniała niemal natychmiast, gdy wciąż nie docierało do niej, w jaki wręcz prostacki sposób się zachowywała — Przychodzisz do mnie, wręcz pragniesz wywalić mi z zawiasów i zamiast poprosić — podkreśliła wręcz ostatnie słowo, by uświadomić tej ignorantce, w jaki sposób odbiera jej wręcz słowa — To każesz mi się zająć własnym dzieckiem?
— Ja nie pytam, ja ci każe! — wściekła się pani Sanders.
Widziała jak wręcz pchnęła w jej kierunku Summer, która w swoich ramionach trzymała swój maleńki plecaczek. Była zupełnie zdezorientowana i nie rozumiała tej całej sytuacji, jednak gdy się można było przyjrzeć bliżej w cieniu jej szmaragdowego spojrzenia dostrzec strach, który starała się, jak mogła ukryć przed nieznajomymi.
— Taylor to twoje dziecko, a nie moje to już kolejny raz gdy wciskam mi, ją bez choćby słowa proszę — rzuciła ostro w jej kierunku.
Praktycznie od ponad półtora tygodnia byli na trasie, jednak na przestrzeni ostatnich dni dość często zdarzało się, że była wręcz darmową niańką dla małej Summer i mimo że absolutnie nic nie miała do dziecka, wręcz z czasem zaczęła uwielbiać się z nią bawić czy opiekować to jednak postawa jej matki sprawiała, że nie mogła uwierzyć, jak można być wręcz egoistycznym i pozbawionym skrupułów człowiekiem, by wykorzystywać fakt, że była wolnym strzelcem, a jeździła z zespołem jako ich wieloletnia przyjaciółka. I od tego czasu miała niestety do czynienia z żoną jej byłego narzeczonego i nie było to dla niej, ani trochę przyjemne przez pierwsze dni trasy jakoś się hamowała i wykazywała jakimś normalnymi odruchami, jednak potem jej zachowanie w stosunku do niej się zmieniło. Przy reszcie nadal pokazywała, tą kochają kobietę, a gdy pragnęła wcisnąć jej po raz kolejny swoją córkę pod opiekę, ukazywała swoją jak najbardziej wyrachowaną twarz.
Nie zamierzała się zastanawiać nad tym, co siedziało w głowie tej kobiety i szczerze nawet nie chciała o tym rozmyślać, jednak była porażona tym, jak potrafiła bez żadnych skrupułów pozbyć się dziecka i oddać ją w obce sobie ręce będąc przy tym niezwykle chamska i niepotrafiąca ugryźć się w język i wykazać się, chociażby chociaż tą odrobiną pieprzonej prośby.
— Nic mnie to nie obchodzi — rzuciła ozięble — Skoro bezużytecznie się tutaj plątasz, to się czymś zajmiesz, a raczej moją córką. Wręcz bezczelnie wkręciłaś się na trasę, to w takim razie będziesz…
— Ile razy mam ci powtarzać! — przerwała jej dość stanowczo — Jestem tutaj jako przyjaciółka zespołu i siostra Chestera. Nie przyjechałam tutaj by bawić się w darmową opiekę dla twojego dziecka. Ty z nią przyjechałeś i twoim zasranym obowiązkiem jest zająć się Summer…
— Nie zamierzam z tobą absolutnie rozmawiać Rivera, jesteś tu to przynajmniej, skoro zajęłaś to miejsce, dość niepotrzebnie to będziesz mieć zajęcie! — zagrzmiała wręcz bez cienia jakiejkolwiek wyrozumiałości.
— Jesteś bezczelna!
— A ty jesteś cholerną Głowniaka. Nastolatka…
— Chwileczkę — zatrzymała ją — Od lat nie jestem już nastolatkom to po pierwsze, po drugie pragnie cię uświadomić kochaniutka — wręcz powiedziała to w pełni ironicznym głosem — Twoje dziecko, twoje obowiązki, ja jestem, tutaj z przyjaciółmi nie będę dłużej bawiła się w darmową opiekę. Skoro mam się twoim dzieckiem zająć, zrobić ci wycenę każdej godziny z nią spędzonej. Za opiekę nad dziećmi również się płaci — dodała, a kącik jej ust delikatnie się poderwał do góry.
W następnej chwili jednak rozbrzmiał dość gwałtowny i głośny śmiech kobiety, którą niezwykle rozbawiły jej ostatnie słowa. Zmrużyła swoje oczy w gniewnym wyraźnie, splatając swoje dłonie pod piersiami i wyczekiwała momentu, aż w końcu się uspokoi i pozwoli jej mówić.
— Zapłacić ci dobry żart — komentowała, będąc niezwykle rozbawiona — Wrócą po nią wieczorem — rozkazała.
Nie zdążyła nawet otworzyć ust gdy zobaczyła, jak odwraca się na pięcie i odchodzi długim korytarzem. Wyszła za próg i krzyknęła za nią:
— Taylor wracaj tu! — zawołała za nią, jednak jej już nie było.
Wkrótce zniknęła tuż za rogiem, praktycznie będąc głuchą na jej wołania. Poczuła się niezwykle poirytowana, bo nie tak planowała to popołudnie, które miała spędzić w Paryżu. Pragnęła pozwiedzać miasto i zobaczyć to słynną stolicę miłości, a zarazem rodzinne miasto jej bliskiej przyjaciółki, ale została wmanewrowana w opiekę nad małą dziewczynką która stała wciąż na progu drzwi, milcząc od momentu gdy tylko pojawiła się z matką tuż na progu.
Westchnęła cicho i zwróciła się wprost do niej:
— No i co ja mam teraz z tobą zrobić słoneczko? — spytała spokojnie, jednak cień uśmiechu pojawił się na jej twarzy.
Widziała, jak w jednej chwili dziewczynka bardziej wtula się w misia, którego trzymała w swoich maleńkich rączkach. Poczucie winy malowała się na jej twarzyczce, jednak absolutnie nie miała do niej pretensji ani wcale jej nie winiła, raczej wiele miała do zarzucenia jej matce, która wykazała się jawną bezczelnością.
— Przepraszam — wymamrotała cicho.
Momentalnie przykucnęła tuż przy niej, a w kącikach jej oczu dostrzegła pojedyncze łezki. Uniosła delikatnie dłoń do jej policzków i otarła płynące słone kropelki wody z tych pięknych zielonych niczym trawa spojrzenia.
— Nie masz za co mnie przepraszać, to raczej twoja mama — uspokoiła ją.
Nie zamierzała jednak zachować się tak skrajnie nie odpowiedzialnie jak Taylor która zostawiła ją pod jej opieką i mimo że pragnęła pójść, pozwiedzać tak naprawdę mogła zabrać małą wraz z sobą. Nie chciała siedzieć w pokoju hotelowym, a spędzenie czasu z nią wcale nie sprawi, że zmarnuje ten czas, a wręcz będzie mieć towarzystwo.
— Słoneczko mam propozycje — powiedziała po krótkiej chwili ciszy.
Widziała, jak po jej słowach jej oczka wręcz momentalnie zaiskrzyły, a na jej twarzy pojawiła się szczera ciekawość. Nie dało się ukryć, że Summer wręcz za nią przepadała, mimo że wciąż została wręcz do niej podrzucana, przez jej skrajnie nielekkomyślną matkę z czasem dało się również dostrzec, że ogromnie sprawia jej przyjemność gdy widzi ją za każdym razem i gdy może biegnie do niej. Czy nawet przed koncertami często spędzała czas z nią lub dziewczynami, chcąc być jak najdalej mamy? Taylor i tak bywała rzadko za kulisami i tak naprawdę nikt nie wiedział, gdzie chodziła. Nawet jej mąż nie chciał nic mówić gdy był, bo zdarzały się również i takie momenty gdy przychodził tuż przed występami, co było wręcz niepodobne do niego, że nie spędzał tego czasu z innymi i zespołem i nie przygotowywał, jednak zawsze wydawał się jakiś przygaszony, nie wiele mówić, a to jak często ostatnio chodził w bluzach i często skrywał się pod nimi czy okularami przeciwsłonecznymi było nieco niepokojące. Dobrze wiedziała, że uwielbiał wprost chodzić w koszulach czy luźnych koszulkach, chodzenie w takich bluzach robił to tylko, gdy było zimno, więc tym bardziej to ją intrygowało. Pomimo że starała się, jak mogła nie zaprzątać sobie tym głowy, czuła dziwny niepokój, który jak bardzo pragnęła zignorować, on wciąż o sobie przypomniał i dosłownie czuła się dziwnie z poczuciem, że coś jest nie tak, lecz ignorowała to, bo nie chciała mieszać się w nie swoje życie.
— Co takiego? — spytała z zaciekawieniem.
— Co na to powiesz, byśmy we dwie poszły pozwiedzać wieżę.
— Tą dużą, która widzieliśmy z góry? — pytała, będąc coraz bardziej podekscytowaną.
Owszem tuż przed przylotem pokazała jej właśnie Żelazną Damę, która wręcz była dumnym symbolem stolicy Francji i Marinette, która wspominała jej o swoich ulubionych miejscach w Paryżu, mówiła, że uwielbiała siadywać na Place de Varsovie tuż przed wieżą Eiffele. Jak wspomniała często, tam spędzała czas, zanim nie przeniosła się z rodzicami do Ameryki i tam tworzyła wiele swoich wczesnych projektów i pomimo że są ogromne kolejki na żelazną konstrukcję, poleciła jej zwiedzić, co zamierzała wykorzystać.
— Tak właśnie dokładnie tam — zapewniła ją.
— Tak — ucieszyła się.
I to wręcz zaskakiwało, to, że przy niej ta mały człowiek wykazywał się większą radością i chęcią do życia niż przy własnej matce. Może i zachowywała się, jak paranoiczka jednak widząc zachowanie Mike czy Summer coś jej wyraźnie nie grało. Może i ukrywali to przed wszystkimi jednak byli dziwnie cicho przy Taylor. Michael wręcz robił wszystko, o co go prosiła, nigdy nie powiedział nie. Może to syndrom tego, co sama przechodziła przez Clarka, wie, jak zachowują, się osoby, które są zastraszane albo sobie po prostu niepotrzebnie to wkręciła.
I jak w tej sytuacji miała nie nabierać wątpliwości, a pytanie miały się jej nie mnożyć w głowie. Miała jechać spędzić ten czas z przyjaciółmi, a czuła, że jest coś nie tak.
— A potem pójdziemy na pyszne lody oraz ciastka — dodała z cieniem uśmiechu na ustach.
Musiała momentalnie złapać równowagę, która o mało nie straciła przez małą istotkę, która wpadła jej wprost w ramiona. Objęła ją i nie potrafiła pohamować uśmiechu, widząc jak bardzo ta dziewczynka, jest rozradowana. Tym bardziej widząc to, jak zachowuje się przy niej, a jak przy własnej matce jej przeczucia były jeszcze bardziej ją dręczące. Potrząsnęła jednak prędko głową, nie chcąc w tej chwili o tym myśleć:
— Zaraz pójdziemy, tylko wezmę torebkę i będziemy mogli pójść — powiedziała, jednak zanim wstała, spojrzała na jej włoski i rzuciła — Musimy poprawić ci włoski skarbie — dodała, widząc dość niechlujnie spiętego koka.
— A umiesz ciociu robić warkoczyki? — spytała z nadzieją w głosie — Mamusia wciąż powtarza, że nie umie i mi nie zrobi — dodała z dość smutną minką.
— Oczywiście, że umiem, ale zrobimy ci francuskiego warkocza — mówiąc, to wstała i weszła wraz z małą do środka.
Zamknęła za nimi drzwi gdy Summer odwróciła się do niej z pytającym wyrazem twarzy:
— Francuski? A jaki to jest?
— Taki lepszy warkocz — powiedziała w dość prostym uproszczeniu.
Kilka chwil potem, mała siedziała na krawędzi łóżka a ona tuż za nią i przeczesując, wcześniej jej długie pasam włosów, w których można było poczuć kołtuny, starała się robić to delikatnie by nie sprawić jej dodatkowego bólu, rozszczekała je z ówcześnie niechlujnie stworzonej fryzury i powoli zaczęła dobierać pasma kolejnych włosów bez problemu pod jej placami, tworzył się jej ulubiony warkocz, w którym sama uwielbiała chodzić. Gdy splotła ostatnie wiązania jej brązowych pasm włosów, chwyciła maleńką gumkę, którą miała w kosmetyczce, spinając, a potem chwyciła wstążkę, którą mała miała w dłoniach i zrobiła na końcu warkocza kokardę. Chwyciła porzucone na pościeli lusterko i wsunęła małej do jednej z rączek:
— I jak? — zapytała.
Widziała, jak się przegląda, po czym na jej ustach pojawia się bardzo szczery uśmiech, po chwili odwróciła się w jej kierunku i rzuciła się jej na szyje krzycząć:
— Jest piękny, dziękuje ciociu — mówiła z wdzięcznością.
— Dobrze w takim razie możemy iść — mówiła.
Pomogła małej zejść i poprawiła delikatnie sukienkę, która się jej przekrzywiła i pomogła założyć plecaczek i rzekła:
— Mała piękność — powiedziała, poprawiając jej kosmyk włosów, który spadł jej na czółko — W takim razie możemy iść — dodała, sięgając po torebkę.
— Ty też wyglądasz pięknie ciociu — powiedziała nieco zawstydzona pięciolatka.
— Dziękuje słoneczko, a teraz idziemy.
Nie było czasu na dalsze już dyskusje, bo miała szczere obawy, na jaką kolejkę trafią do wieży Eiffel, nie musiała być tubylcem, by wiedzieć, że do tak słynnej żelaznej konstrukcji bywają wręcz kilometrowe kolejki. Zgarniając po drodze jedynie klucz do pokoju wyszła wraz z Summer na opustoszały korytarz. Widziała jak grzecznie czeka stojąc z boku gdy zamykała na klucz pokój. Gdy tylko zauważyła, że kryje go w głębi torebki, którą zawiesiła na ramieniu, wyciągnęła w jej kierunku rączkę, którą złapała prędko i obie powędrowały w stronę win.
Pomimo tego, że wcale nie musiała jej trzymać. Widziała, jak bardzo tego potrzebowała. To zaskakujące mogło się wydawać, ale miała odczucie, że mała potrzebowała niezwyklej bliskości i ciepła i ciągle go szukała. Nawet w tak drobnych gestach można było to wyczuć. Powinna o tym zapomnieć, jednak nie potrafiła. Spoglądając na Summer widziała przebłyski swojego własnego zachowania z młodzieńczych lat i to jej spokoju nie dawało.
Przechodząc przez hol, powędrowały do przedszkolnych drzwi i wyszły na zewnatrz. Niemal od razu poczuły jak zalewa ich fala ciepła, a na chodniku można było dostrzec kręcących się mieszkańców czy turystów tak jak one zwiedzając jedno ze renesansowych miast starego kontynentu. To jej się niezwykle podobało w Europie, która mogła poszczycić się wielowiekową kulturą i trakcyjną i nie zarzuca, że tego brak w Ameryce jednak obserwowanie budowali z dawnych wieków, było czymś niezwykle fascynującego, bo tego nie uświadczy się w jej rodzinnym kraju, dlatego tak bardzo ciekawiły ją inne kraje, w których mogła poznać ich historie, kulturę czy zabytki. Poznać losy przodów obecnych ludzie. Chociaż ich kraj bardziej słynną z przyrody, która w wielu miejscach była wręcz zachwycająco to stare budowle, które przetrwały wieku można było ujrzeć w wieku krajach na świecie jednak nie na kontynencie, który istniał od siedemnastego wieku, który został skolonizowany przez imigrantów. Jej kraj powstał z osób, które stworzyły na nowym kontynencie kolonie i wszystko zaczęło się rozwijać.
— A jak długo będziemy tam szli? — nagle padło pytanie wprost z ust Summer.
— Musimy kawałek przejść jakieś piętnaście minut ale zanim tam pójdziemy, musimy ci kupić, czapeczkę i okularki — powiedziała, bo naprawdę nie chciała narażać małej na tak ostre promienie słoneczne, a Taylor praktycznie nic jej nie dała.
Szukała między czasie jakieś sklepu z ubraniami dla dzieci i gdy już znalazła, weszła do środka i po krótkich poszukiwaniach oraz wybraniu przez małą Smith nakrycia, które najbardziej się jej podobało. Zapłaciła za nią sama, przy okazji kupiła sobie kapelusz, bo nie mogła sobie odmówić i wyszły na chodnik i powędrowały do pól Marsowych, przed którymi stała Żelazna Dama.
Miedzy czasie mała bardzo ekscytowała się widokami, jakie obserwowała, dla niej również trasa jest swego rodzaju wycieczką, a raczej wtedy gdy ona ją zabierze gdzieś, bo Taylor nie wykazywała się tymi chęciami, by coś jej pokazać. Miała wiele do zarzucenia tej kobiecie nie tylko fakt, co zrobiła z jej związek, ale to jak zachowuje się jako matka. Była na to niezwykle wyczulona i czuła naprawdę ogromne porityowanie gdy widziała tak skrajnie nieodpowiedzialne zachowanie matki.
W końcu stanęły na ogromny placu, z którego rozciągał się widok na ogromną konstrukcję.
— Ona jest ogromna — odezwała się nagle Summer gdy mogła patrzeć teraz, z dołu jak wielki to jest zabytek — A była taka malutka.
— Owszem słoneczko, z samolotu wydawała się taka maleńka, a ona jest wysoką nawet wyższa od naszego hotelu — rzuciła z uśmiechem.
— Wyjdziemy na górę? — pytała, patrząc na nią z uśmiechem.
— Możemy, ale by nóżki cię nie bolały, bo jest tam dużo schodów — powiedziała ciepło, gdy obie szły po placu, który sam w sobie potrafił ująć wprost za serce.
— Dam radę! — powiedziała twardo.
Nagle zatrzymała się i przykucnęła przy niej i powiedziała spokojnie:
— Umówimy się tak słoneczko, że jeśli obie wejdziemy na samą górę, to kupimy sobie po największym pucharku lodu i lemoniady jak tylko zejdziemy. A wiem, gdzie robią najlepsze lody w mieście — powiedziała z uśmiechem.
— Jak to wiesz? — zainteresowała się żywo.
— Mam bardzo dobrą koleżankę która zanim nie wyjechała do Ameryki, mieszkała tutaj i poleciła mi kilka miejsc.
— Ona tutaj mieszkała? — dziwiła się.
— Owszem, dlatego wiem, gdzie są najlepsze rogaliki oraz lody w mieście, bo mi powiedziała, gdzie iść.
Nie musiała bardziej zachęcać małej, która momentalnie porwała ją znowu za rączkę i pocisnęła za sobą. Roześmiała się cicho, bo tak naprawdę nie musiała, specjalnie namawiać jej nawet nie chciała tego robić, a sama pięciolatka rzuciła sobie wyzwanie, chociaż liczyła się, z tym że jednak może nie wytrwać i mogła polec.
Wkrótce stanęły w kolejce za jakaś starszą parą, która rozmawiała w obecnym języku i na pewno nie byli to francuzi. Słyszała kilkakrotnie jak Marinette rozmawiała z Adrienem w ojczystym języku i próbowali ją nauczyć podstaw i był to jej obcy język. Nie zastanawiała się nad tym. Obserwowała jednak z uwagą małą, która wręcz bardzo podekscytowana wyglądała na przód kolejki, zniecierpliwiona tym ze zaraz spróbują wejść na górę.
— Ile jeszcze? — pytała nagle gdy kolejka dość powolnie się ruszyła.
— Jeszcze chwila słoneczko — powiedziała — Jest dużo osób przed nami, oni też czekają.
— Chciałabym już wejść.
— Wiem skarbie, najbardziej czekasz na lody co? — pytała rozradowana.
Widziała, momentalnie jak kręci główką zadowolona po praktycznie półgodzinnym czekaniu w kolejce w końcu wykupiła bilet dla siebie oraz małej i obie weszły na środek i zatrzymały się i spojrzały w górę:
— Dasz radę maleńką? — odezwała się gdy teraz można było sobie zdać sprawę ze skali i ogromu tej żelaznej konstrukcji.
— Idziemy ciociu! — powiedziała.
Wręcz szybkim krokiem pognała w stronę stopni, powędrowała prędko za nią, pozwalając jej pójść o dwa kroki przed nią. Była naprawdę ciekawa czy dotrą na ostatni taras widokowy. Liczyła się, z tym że to dużo schodów i mała może w końcu polec, ale szła twardo wraz z innymi i nią i nie chciała, odpuści.
I co ją wręcz mogło zaskoczyć to moment gdy mała Smith nie odpuściła gdy weszły na drugie piętro tarasu widokowego, wręcz po części zaczęła ją poganiać.
— Szybciej ciociu — mówiła do niej.
W końcu po kilkunastu minutach dotarły na sam szczyt i obie jednocześnie podeszły już do obleganej barierki. Widziała jak mała, próbuje coś zobaczyć przed tłum osób, które się tam gromadził. Schyliła się do niej i chwyciła ją, na ręce by mogła zobaczyć więcej. W końcu jakiś mężczyzna, widząc, je ustąpił im, miejsca, za co podziękowała skinieniem głowy, on tylko się uśmiechnął i poszedł.
— Ale pięknie — zachwyciła się mała — Ale wysoko — mówiła.
Widziała, jak rozgląda się i obserwuje wszystko z dołu. Sama musiała, przyznać był to niezwykle zachwycający widok. Sam fakt, że wyszły na praktyczny szczyt, bo owszem wiedziała, że na sam czubek raczej się nie dostaną to i tak widok z tylu metru robił niesamowite wrażenie.
— Cioci patrz jaka mała łódka — mówiła, wskazując końcem paluszka w stronę Sekwany, która z tej perspektywa nie wyglądała jak dość głęboka rzeka a maleńki strumyczek.
— Widzę skarbie, wszystko jest takie małe — mówiła.
— Tak, te ludziki są na dole takie malutkie — powiedziała, wskazując na przechadzających się po placu ludziach.
— To prawda — zgodziła się.
Zostały jeszcze przez chwile, by móc podziwiać te zachwycające widoki, jednak wkrótce musiały zejść. Summy chwyciła jej rączkę gdy już zaczęły schodzić i szła u jej boku, tym razem szła z nią u boku i ani razu nie narzekała podczas wychodzenia na górę, ani schodzenia marudzenia.
Mogła ją nazwać małą twardzielką, bo dzielnie się trzymała.
Wkrótce obie zeszły na sam dół. Zeszły do metra, by podjechać w miejsce, gdzie serfowali podobno jedne z najlepszych lodów w Paryżu. Gdy sprawdziła w nawigacji między lodziarnią Berthillon a placem Place de Varsovie jest ponad godzina spacerkiem. Wiedząc, że nie tylko jej, a także pięciolatce nie będzie chciało się iść, aż tyle wolała skorzystać z komutacji miejskiej.
Z drobną pomocą tłumacza znalazła potrzebne sobie informacje i dowiedziała się, że tramwaj ma być lada chwila. Wkrótce stanęły na peronie wraz z innymi i czekały na pociąg o wyznaczonym numerze. Zobaczyły go w momencie gdy tylko stanęły, jak podjeżdża na stacje. Wkrótce zatrzymał się, a drzwi rozsunęły się, a one weszły do środka. Trudno było znaleźć wolne miejsce, dlatego przystanęły z boku, a z ust dziewczynki nie chciał zejść z uśmiech na myśl o przepysznych lodach, które zakosztuje.
Dojechanie na 31 Rue Saint-Louis en l'Île zajęło im ponad czterdzieści minut jednak gdy wysiadły na odpowiedniej stacji mała, która przez większość czasu albo stała, albo chodziła, nie narzekała ani przez moment na bolące nóżki jak zdarzało się wielu dzieciom w jej wieku, ona wręcz była podekscytowana na myśl o chłodnych gałkach słodziutkich lodów, o których marzyła.
Z małą pomocą map dotarły na miejsce i ustawiły się w dość długiej kolejce.
— I znowu czekamy — powiedziała pięciolatka i nie wyczaiła w jej głosie pretensji czy niezadowolenia.
— Owszem, ale wiele osób czeka na to, by te lody spróbować my również.
— Poczekam, na dobre lody warto poczekać — powiedziała.
Mała, ale wykazywała się ogromną bystrością i cierpliwością co nie zdarza się przeciętnemu rozbrykanemu pięciolatkowi jednak Summer była inna i naprawdę nie chciała zarzucać Taylor, że źle ją wychowuje, jednak jej niepokojące przeczucia nie dawały o sobie znać.
Po dość długich minutach stania w kolejce, w końcu mogły wejść do chłodnego wnętrza lodziarni. Od razu mogły zobaczyć ladę smakołyków, do których Summy podeszła, lecz przyglądała się barwnym łakocią i mimo że początkowo widać było francuskie nazwy to pod spodem, można było ujrzeć również i te angielskie co ogromnie jej ułatwiło sprawę, bo mogła jej przeczytać, jakie są smaki, by mogła wybrać, jakie tylko chce.
— Nie wybierasz za mnie? — spytała nagle, spoglądając na nią.
— Dlaczego miałaby? — powiedziała, nachylając się do niej.
— Bo mamusia nigdy nie pozwala mi wybrać. Bierze takie, jakie nie lubię — dodała z niezadowoloną minką — I każe jeść, mimo że nie smakują.
— To tutaj możesz wybrać, jakie chcesz nawet czekoladowe — zapewniła ją.
— Naprawdę? — spytała wyraźnie ucieszona.
— Obiecałam lody i masz dowolny wybór, to tobie mają smakować — zapewniła.
Wkrótce mogła stanąć przy ladzie i pomimo początkowych problemów z językiem w i zmiany na młodszą pracownicę, która znała bardziej angielski, zamówiła po dwie gałki lodów oraz wodę i wkrótce obie siedziały przy stoliku na zewnątrz z butelką chłodnego napoju, rozkoszując się rzemieślniczymi lodami, które mają wieloletnią tradycję.
Wszystko wydawało się tak niepozorne.
No comments:
Post a Comment