Saturday, October 12, 2024

IV 29 (P.1) — KIEDYŚ KOCHAŁ TERAZ NIENAWIDZIŁ

    Stanęła w windzie przy jednej ze ścian i nieco sfrustrowana wcisnęła mocniej guzik ostatniego piętra. Poirytowana do granic możliwości bezczelnością i brakiem ogłady pewnej osoby, spoglądała spod lekko przymrużonych oczy na drzwi, które powoli zaczęły się przed nią zasuwać, a ona wręcz westchnęła ciężko, starając się jak najbardziej pohamować i uspokoić po sprzeczce, do której naprawdę nie chciała dopuścić. Przykro jej było, że po części była osobą, którą zrobiła taki raban na przyjęciu urodzinowym Brada, jednak nie poczuwała się całkowicie do wywołania tej awantury jednak osobami, które powinny czuć się winne, był jej były partner z obecną żoną.
    Nie pojmowała tego, dlaczego i w jakim celu ją zaczepiali?
    Nadal nie potrafiła sobie odpowiedzieć na to pytanie i sądziła, że raczej nie pozna odpowiedzi na nurtujące ją obecnie wątpliwości. Jaki w ogóle oboje mieli cel w zaczepkach a Michael w uszczypliwych komentarzach pod jej adresem.
    Gdyby naprawdę chciała utrzeć mu nosa, przy grupce ich wspólnych znajomych z chęcią wytknęła mu to, jak wręcz korzył się przed nią i błagał o przebaczenie, jak usilnie próbował ją przekonać do tego, by przebaczyła mu ten mały wybryk, którego się dopuścił, jednak jako jedyna ich trojga wolała zachować przede wszystkim godność i klasę, której prawowało osobą, które kreowały się na małżeństwo wręcz idealne.
    Szczerze nie miała ochoty na nich patrzeć. To jak bardzo jej były był zapatrzony w obecną partnerkę i to nie dlatego, że im zazdrościła. Ostatnią rzeczą, jaką miałaby poczuć odnośnie ich to jakkolwiek forma, zazdrościła to ich wzajemne relacje, które zapewne nie zostały nawet ponownie odbudowane, a tutaj już biorą ślub i planują wspólną przyszłość, dla niej wydawało się to mocno naciągane, jednak nie zamierzała się absolutnie wtrącać a tym bardziej interesować się ich życiem.
    Od momentu zerwania z Michaelem tak naprawdę oboje wiodą zupełnie inne życie. On idzie własną ścieżką tak, jak ona idzie własną drogą przez życie. Ich wspólna droga rozeszła się w momencie gdy nie poszanował lojalności i poszedł do łóżka z obecną żoną.
    Nie żałowała go!
    W zasadzie może to zabrzmi abstrakcyjnie, ale cieszyła się z takiego rozwoju wypadku. Jego nieumyślne i głupie zachowanie kosztowała jego związek, utratę kobiety, którą podobną kochał, a ona odzyskała wolność, którą niemal od razu wykorzystała po paru dniach gdy otrząsnęła się z szoku i uznała, że nie warto, jest zawracać sobie głowy, tym mężczyzną poszła dalej i tak naprawdę to podejście było jak najbardziej słuszne to nie ona powinna czuć wina i wypłakiwać oczy i myśleć, co zrobiła nie tak, a raczej to jej już były partner powinien się zastanowić, co zrobił, jednak nie wykazywał nawet chęci do przemyślenia tego, co zrobił.
    Naprawdę szkoda jej było, że ten wieczór tak się zakończył, że przez swoją chęć obrony zniszczyła przyjęcie przyjacielowi, jednak ona się jedynie broniła. Nie była osobą, którą zaatakowała, bo nawet nie spoglądała w ich kierunku. Niby dojrzalsi ludzie od niej, jednak zachowali się jak dzieci a szczególności Shinoda. Miała go za poważnego faceta, który potrafił rozbawić, ale nie miała go za tak mało rozsądnego człowieka. Jednak jak widać, ludzie się zmieniają, jednak jemu to wyszło na ogromny minus.
    — Żałosne — mruknęła do siebie, spoglądając na swoje odbicie w lustrze windy — Jak mógł się tak bardzo stoczyć! — mówiąc to, lekko pokręciła głową — Ciągnie swój do swego — dodała kąśliwe.
    Wkrótce poczuła, jak winda zwalnia i zatrzymuje się, rozbrzmiał nad jej głową ten znajomy dźwięk, a ona stanęła tuż przed drzwiami, które po chwili się rozsunęły. Wyszła na korytarz i od razu pochyliła się, idąc wolnym krokiem w stronę drzwi. Odnajdując w małej kopertówce kartę magnetyczną, wyprostowała się i niemal stanęła jak zamurowana na środku korytarza.
    Patrzyła na stojącą przed nią postać, a ona czuła, jakby ją sparaliżowała, a ona nie miała pojęcia, jak on się tutaj znalazł. Spoglądali na siebie przez dłuższą chwilę, cisza, która ich ogarnęła, wręcz zdawała się trwać wiecznie w końcu, jednak zdołała zapanować nad swoim głosem i wykrztusiła, będąc w nie małym szoku.
    — To ty…!? — jej zdumiony głos rozbrzmiał wśród ścian najwyższego piętra.
    Mimo że nie musiała nawet krzyczeć, a mówiąc bardzo spokojnie, jej głos potoczył się echem po korytarzu, gdy zrobiła kilka kroków w przód, patrząc jak na ustach, nieznajomego pojawił się ciepły uśmiech.
    — Chyba o mnie nie zapomniałaś Señorita — widziała uśmiech na jego twarzy, gdy spojrzał na nią swoimi ciemnymi oczami.
    Przed nią stał nie kto inny jak Ricardo Armando. Jej wakacyjny kochanek, z którym nie widziała się od czterech miesięcy i mimo że w ostatnim czasie ze sobą pisali, to nie spodziewała się go ujrzeć tutaj. Nie sądziła, że ujrzy go ponownie, a jednak, stała teraz tuż przed nim nie wierząc własnym oczom, że on tutaj jest. To wydawało się jak nie realistyczny sen, jednak to nie była fikcja a prawdziwe życie, a on stał przed nią, praktycznie nie zmienił się od tych kilku miesięcy.
    — Co ty tu robisz? — zapytała wprost, podchodząc do niego znacznie bliżej.
    — Przyjechałem cię odwiedzić Bella, czyś nie mogłem — odparł z niewinnością w głosie.
    Zamilkła jednak momentalnie spojrzała na niego w pełni podejrzanym wzrokiem. Wręcz wbiła w niego spojrzenie swoich jasnych oczu, on zdawał się nawet nie ugiąć pod naporem jej spojrzenia, stał przed nią, ubrany w ciemną koszulkę i spodnie, wyczekując, aż się pojawi. Jednak jedno było dla niej nieco nurtujące.
    — Skąd wiesz, gdzie mieszkam!? — niemal wlepiła w niego swoje intensywne spojrzenia.
    On jednak w następnej chwili roześmiał się w głos, co ją zaskoczyło jeszcze bardziej dopiero gdy się zdołał opanować, widząc jej zdumienie spojrzenie, odpowiedział:
    — Zapomniałaś Bella, że chciałem kupić od ciebie mieszkanie początkiem roku? — spytała.
    Dopiero wtedy przypomniała sobie tamto południe. Wtedy był jej potencjalnym klientem, którego zainteresowało kupno sprzedaży, jednak musiała mu odmówić. Gdy ponownie zobaczyli się w Hiszpanii, początkowo nie skojarzyła ze się już znali, potrzebowała paru dni, by zrozumieć, że już się widzieli jednak teraz mogła od razu połączyć kropki gdy przypomniał jej ofertę, jaką wystawiła, którą musiała po czasie wycofać.
    — Faktycznie — przypomniała sobie — Ale co cię tutaj sprowadza Señor? — zapytała wprost, przykładając kartę do zamka, który po chwili ustąpił.
    — Jak już wspomniałem byłem w okolicy i… — urwał gdy zobaczył na sobie jej spojrzenie gdy tylko odwróciła się w jego kierunku, spoglądając na niego podejrzliwe.
    — Przelotnie? — spytała z podejrzliwością — Chyba raczej co innego cię tutaj sprawdza, słusznie sądzę?
    Weszła do mieszkania, tuż za nią Ricardo, który nawet nie pytał się o pozwolenia. Rzuciła kartę na komodę i odwróciła się w jego kierunku w momencie gdy zamknął za sobą drzwi.
    — Co jest celem twojej wizyty? Bo jakoś ciężko mi jest uwierzyć, że byłem „przelotem” — skomentowała z przekąsem.
    Nie otrzymała odpowiedzi od razu, przez moment trzymał ją w napięciu jednak podszedł do niej na znaczą odległość a ona chwilę późnej poczuła jak obejmuje ją w pasie swoimi ramionami i przyciąga do siebie.
    — Prawda jest taka, że przyleciałem do ciebie, bo jednak uznałem, że muszę cię zobaczyć — wyznał szczerą prawdę.
    — Ale.
    Jednak następne co mogła poczuć to jego namiętne usta na swoich…

    Zamruczała rozkosznie, gdy zaczęły do niej docierać pierwsze pojedyncze odgłosy miasta, które już od paru godzin tętniło rannym życiem. Zdawało się, że nic nie mogło zbudzić jej ze snu. Wręcz z niechęcią powracała do realnego świata, wymykając się ze świata własnych sennych mar, w którym śniło się jej wręcz cudowne spotkanie.
    Pomimo że nie rozbudziła się do końca, oczami wyobraźni nadal widziała twarz pewnego Hiszpana, który złożył jej właśnie w jej sennych marzeniach wizytę, a potem spędzili wręcz niezapomnianą noc, o której wręcz nie potrafiła zapomnieć. Na samą myśl, czuła jak usta unoszą się jej w znaczącym uśmiechu, przywodząc tamte chwile w pamięci, pragnąc tak naprawdę, by stało się to realnością.
    Niestety tak nie wyglądała rzeczywistość, a ona ostatni raz widziała się z nim ponad cztery miesiące temu, gdy rozstawali się na lotnisku i gdy pod impulsem chwili, wręcz momentu, pocałowała go, co wręcz nie miała w planach. To nie było w żaden sposób planowane jednak czy żałowała tamtej spontanicznej decyzji?
    Może odrobinę.
    Wiedziała, że już się nie spotkają i wręcz pogodziła się z tą myślą, jednak co nikt jej nie zabierze to wspomnienia, które wręcz miała cudowne ze swoich niedawnych wakacji. Nie chciała wstawać, naprawdę nie miała nastroju ruszyć się spod ciepłej narzutki jednak pomimo swoich niechęci i pragnienia pozostania dłużej tutaj to jednak miała swoje psie obowiązki i ktoś wymagałby się nim zająć.
    Leżała jeszcze przez moment jednak coś wyraźnie nie dawało jej spokoju, z każdym momentem gdy zaczęła się rozbudzać, czuła niepokojące uczucie, a dziwny głosik z tyłu głowy krzyczał coś nie wyraźnie, a ona nie była w stanie tego zrozumieć. Nie miała pojęcia czemu, tak się dziwnie czuje, jednak po chwili zrozumiała, że tak naprawdę leżała zupełnie naga pod pościelą co jeszcze bardziej ją zaskoczyło, a w jej głowie zaczęły pojawiać się pytanie, na które nie znała odpowiedzi.
    Dręcząca myśl nie dawała za wygraną szczególnie gdy poczuła, dziwny uścisk na swojej talii tym bardziej wprawiło to ją w osłupienie. A obok siebie z każdą chwilą zaczęła słyszeć coraz wyraźniejszy czyjś oddech i to jeszcze bardziej ją zastanowiła.
    W końcu nie chcąc jedynie sunąć swoich domysłów, pewnie otworzyła oczy i spojrzała mimowolnie w bok i widok, jaki tam ujrzała ją, wręcz zaszokował. Niemal zachłysnęła się chałatem powietrza, gdy zobaczyła, że tuż obok niej leży postać nagiego mężczyzny i nie był jej obcy wręcz bardzo znajomy.
    — Nie żartujcie sobie ze mnie — mruknęła wprost do siebie nie wierząc tak naprawdę w to co się właśnie dzieje.
    Gdy teraz o tym pomyślała i powróciła do wyobrażeń, które wcześniej brała jedynie za senne marzenia, teraz wręcz nie mogło do niej dostrzec, że to nie były jedynie wyobrażenia jej dość wybujałej wyobraźni, jednak to się wydarzyło naprawdę. Gdy przypomni sobie, co się stało poprzedniego wieczoru, gdy powróciła do imprezy urodzinowej swojego bliskiego przyjaciela, a potem co skłoniło ją do szybszego powrotu do domu i zobaczenia jego, pojęła, że sen nie był jedynie wyobrażeniami jej umysłu a realnością i chwilami, które naprawdę przeżyła.
    Jednak nie zamierzała się nad tym rozwodzić, czy snuć swoich domysłów a jedyne czego teraz tak naprawdę pragnęła to cieszyć się chwilą. Zwłaszcza gdy miała tak ujmujący widok pewnego mężczyzny tuż przy niej który nadal śnił pogrążony w swoim własnym śnie. Nawet nie sądziła, jak bardzo brakowało, jej tak wręcz niepozornego rzeczy, niby nic wielkiego, a jednak ujrzenie go tuż przy sobie sprawiło, że niechęć czy brak motywacja do wstania minął. Mimo że była osobą, którą wręcz kochała, wylegiwał się w łóżku. Lekko odwróciła się w jego ramionach, by móc spojrzeć bardziej na niego, czuła jak kącik jej ust jeszcze bardziej unosi się do góry, gdy delikatnie przysunęła swoją twarz do jego twarzy i chwyciła kosmyki jego włosów i ogarnęła z czoła.
    Nie zamierzała go budzić, jednak pragnęła tak leżeć i spoglądać na spokojną twarz podczas snu.
    Wydawać się mogło, że absolutnie nic nie mogło przerwać tej spokojnej, wręcz spokojnej chwili jednak jej nadzieja została brutalnie zrujnowana, gdy niespodziewanie po mieszkaniu rozbrzmiał dzwonek do drzwi, co zupełnie ją zaskoczyło. Niechętnie przewróciła się na bok, by móc rzucić spojrzeniem na zegarek elektroniczny, który stał na półce, a w ciszy, która ogarnął pokój, rozbrzmiał dość wyraźnie jej głos:
    — Kogo niesie o ósmej rano? — spytała samej siebie.
    Liczyła na to, że to tylko kurier, który daje jej znać, że zostawił paczki pod drzwiami, jednak z tego co sobie przypominała, niczego ostatnio nie zamawiała, gdy ponownie potoczył się ten natarczywy dźwięk po mieszkaniu, który zaczął być uporczywy z każdą kolejną chwilą. Ktoś po drugiej stronie pragnął najważniej usilnie się do niej dostać i nie byłoby w tym nic zaskakującego gdyby nie to, że był wręcz poranek, a ona praktycznie nigdy nie zapraszała nikogo o tak wczesnej godzinie.
    Popatrzyła po raz ostatni na śpiącego przy niej mężczyzny, który nawet nie drgnął, pomimo że dźwięk stawał się usilnie natarczywy z każdą chwilą. Westchnęła cicho i delikatnie wyswobodziła się z jego objęć, chociaż bardzo niechętnie to zrobiła. Rozejrzała się wokół siebie, a na szelągu dostrzegła swój szlafrok, po który sięgnęła i wstając, nasunęła sobie na ramiona.
    Wiążąc wstążeczkę u boku, wyszła z sypialni, cicho zamykając drzwi za sobą, by móc dać pospać swojemu kochankowi a ona zeszła po stopniach apartamentu, gdzie w salonie dostrzegła dwoje kotów, których natarczywy dźwięk rozbudził ze snu, z czego była niezadowolona. Junka wręcz wsunęła łepek pod pobliską poduszkę, chcąc jeszcze sobie drzemkę uciąć.
    Widząc, że zaraz ten natręt pobudzi cały dom, wyszła na podwyższenie i podeszła do drzwi, ówcześnie zabierając z komody kartę, którą przyłożyła do zamka. Słyszała, jak zamek puszcza, a ona nacisnęła na klamkę, by otworzyć nieproszonemu gościowi.
    W momencie gdy tylko uchyliło skrzydło ciemnego dębu, niemal od razu pożałowała swojej decyzji o wstaniu z łóżka a tym bardziej, by sprawdzić, co to za natręt od dłuższej chwili katuje jej dzwonek do drzwi, usilnie domagając się wejścia. Gdy tylko ujrzała jego po drugiej stronie po wcześniejszych, wręcz miłych chwilach nie pozostał już ślad, a zastąpiła go niechęć i a jednocześnie ciekawość czego on tu właściwie szuka, bo tak naprawdę nie miał powodu tutaj przychodzić już od kilku miesięcy, a tu nagle pojawia się na progu jej drzwi ze wściekłością wymalowaną na twarzy i wręcz odrazą na jej widok.
    Patrzył, na nią takim wzrokiem jakby pragnął ją zabić swoim spojrzeniem tu i teraz. Jedno pytanie jednak wciąż ją nurtowało, jednak niemal od razu zamierzała go skonfrontować gdy splotła dłonie na zakrytym biuście i spojrzała na niego spod lekko przymrużonych oczu.
    — Czego? — spytała oschle, nie siląc się nawet na uprzejmości w jego przypadku, nie zamierzała być absolutnie miła.
    Nie zamierzała być grzeczna w stosunku do osoby, która wczorajszego wieczora w tak obrzydliwy sposób ją potraktowała i niemal pragnęła zmieszać z błotem na oczach ich najbliższych. Wręcz mogła śmiało rzecz, że ma on niesamowity tupet, przychodząc tutaj i stawiać nią twarzą w twarz i widziała, z jaką wręcz odrazą na nią spogląda, czego praktycznie nie próbował skryć.
    — Mamy do pogadania! — rzucił i nie zdążyła mrugnąć, a on wręcz przeszedł tuż obok niej, wręcz wpraszając się do środka.
    — Czy ja ci zezwoliłam na wtargnięcie do mojego mieszkania?
    Odwróciła się gwałtownie w jego stronę, widziała, jak wręcz przechodzi, przez korytarz i wchodzi do kuchni.
    — Jesteś bezczelny Michael! — wyrzucił mu, gdy stanęła na środku kuchni, spoglądając na niego, z niechęcią — Zanim zaczniesz się rzucać, pragnę ci przypomnieć, że od ponad pół roku jesteś na liście byłych facetów, więc nie masz prawa wchodzić jak do siebie! — oznajmiła z oburzeniem.
    — Mogę…
    — Michael! — niemal wrzasnęła, spodziewając się, do czego on właśnie zmierza — Nie zezwoliłam ci tutaj wejść — wściekła się — Wynoś się! — wrzasnęła.
    — Nie! — zagrzmiał stanowczo.
    — Słucham?
    Patrzyła wręcz na niego z niedowierzaniem, bo w tej chwili miała, poczucie jakby rozmawiała z osobą, która w tym momencie rościła sobie prawa do jej własności, do czego absolutnie nie miał żadnych praw.
    — Powiedziałam, że nie opuszczę tego mieszkanie, póki nie przeprosisz mojej żony!
    Patrzyła wręcz na niego z niedowierzaniem, a w jej oczach wręcz czaiło się jawne rozbawienie gdy patrzyła na swojego byłego narzeczonego, wręcz z trudem hamując cisnący się na jej usta śmiech. Starała się zachować, powagę jednak nie potrafiła i po chwili wybuchła gromkim śmiechem, a jej rozbawiony głos potoczył się echem po mieszkaniu.
    — Rozśmieszyłeś mnie Michaelu — rzuciła, teatralnie udając, że ociera łezkę śmiechu.
    — Uważasz, że to zabawne szarganie dobrego imienia mojej k…
    — Mike błagam cię, nie badż komendantem większym niż jesteś, bo obecnie robisz z siebie istne pośmiewisko w moich oczach — rzekła z powagą.
    Patrzyła, jak patrzy na niego w osłupieniu, jakby nie do końca do niego dotarł sens jej słów. Ona cicho westchnęła i opuściła ramiona, a jej dekolt nieco się rozszerzył, jednak nie zamierzała się tym przejmować. Widziała, jak wręcz zmierzył ją spojrzeniem swoich ciemnych oczu.
    — Według ciebie ja robię z siebie obecnie, błazna go chronię honor mojej kobiety? — spytał wręcz ostrym głosem.
    — Ciekawe… — rzuciła z namysłem.
    — Co niby jest takiego interesującego? — powielił jej słowa, jednak wyczaiła w jego głosie nutkę zastanowienia.
    — Wiesz Mike, to wydaje mi się nieco śmieszne, gdy przypomnę sobie, wręcz gardziłeś Taylor, potem gdy złapałam cię na zdradzie… — widząc, jak otwiera usta gotów się sprzeciwić, weszła mu stanowczo, nawet nie pozwalając powiedzieć żadnego słowa — Niby nagrania kłamały w twoim własnym domu! — rzuciła ostro, spoglądając na niego z nienawiścią — Nie zamierzał słuchać dłużej tej twojej taniej wymówki i nawet nie wysiliłeś się o odrobinę kreatywności, która jest twoją mocną stroną i nie postarałeś się wymyślić jakieś innej wymówki. Poszedłeś po najtańszej linii obronnej, która jest tak popularnie stosowana przez osoby, które zdradziły. Błagam cię Shinoda, trochę oryginalności sprawiłoby, że faktycznie bym ci uwierzyła, ale przykro mi nawet nie starałeś się zatuszować dowodów swojej niewierności i naiwnie sądziłeś, że dam wiarę twoim słowom? Po prostu śmieszy mnie twoja wpadka. Tak naprawdę w kolejnych tygodniach potem miesiącach pokazałeś jak bardzo ci zależało na tym co nas łączyło. Kto normalny bierze ślub z kochanką po sześciu tygodniach od zerwania z uprzednią narzeczoną? — powiedziała wręcz wyśmiewającym tonem.
    Widziała, jak patrzy na nią oszołomiony, jakby nie sądził, że dowie się prawy o prędkim poślubieniu byłej partnerki. I mimo że sama nie chciała o tym, wiedzieć to została poinformowana. A teraz mogła to użyć jako kontr argument w ich obecnej dyskusji, którą była bardzo zniesmaczona.
    — Kto?
    — Mój braciszek — wyjaśniła krótko — Mike czy naprawdę uważasz mnie za małą bystrą osobę, czy wręcz zarzucać mi brak inteligencji. Posłuchaj mnie, naprawdę mnie nie obchodzi twój związek, po drugie, przychodząc tutaj, dziś rano strzeliłeś sobie w kolano. Zapewne zapytasz dlaczego, jednak odpowiedzieć jest wręcz banalna. Nie mam powodu nikogo za nic obrażać a szczególności twojej obecnej żony, bo to nie ja byłem osobą atakująca, a to właśnie ty i ona. Ja spędzałam czas, z przyjaciółmi to ty zacząłeś ciskać we mnie, jakimiś głupimi tekstami uznając to za idealną prowokację. Miałeś wobec tego mylne spostrzeżenia, bo ja nie zamierzam cię czy Taylor za nic przepraszać.
    Wszystko, co aktualnie mówiła, było szczerą prawdą, której się nie wstydziła. Tak naprawdę nie rozumiała jego zachowania już do momentu ich pierwszego spotkania po jej nieobecności. Zachowywał się niezwykle arogancko, jakby ona swoją osobą mu jawnie przeszkadzała i był wręcz w furii, że to on na nią wpadł. Nie było nic bardziej zabawnego niż ten moment, lecz nie zamierzała, pozwalać sobie na to by nawet on tak ją traktował.
    Nie zamierzała sobie pozwolić, żeby ktoś pluł jej jawnie w twarz.
    — Czy ty naprawdę uważasz, że ja wyjdę, teraz nie oczekując od ciebie przeprosin!? Chyba się mylisz. Przyszedłem tu by usłyszeć od ciebie, że…
    — Michael! — wrzasnęła, przerywając mu gwałtownie.
    Widziała, jak w następnej chwili spogląda wręcz z niechęcią na nią, gdy zwróciła na siebie jego uwagę i się odezwała:
    — Nie mam pojęcia, co się z tobą stało przez ten czas i jeśli miała, by być szczera, nawet mnie to nie obchodzi, ale gdy przychodzisz tutaj, wręcz wpraszasz się do mojego mieszkania i żądasz ode mnie przeprosin za coś, co nie zrobiłam, sprawiasz, że nie mogę traktować cię poważnie. Popsułeś mi wręcz poranek, tym, że twoja urażona duma i męskie ego nie pozwoliła ci zostawić tak tej sprawy. Ja nie rozumiem czemu mnie nagle tak znienawidziłeś doskonale pamiętam jak wręcz korzyłeś się przede mną…
    — Nigdy przed taką dziewuchą się nie ukorzyłem!
    — Dobrawy Michaelu? — spytała, udając zaskoczenie — Bo jakoś inaczej pamiętam tamten dzień gdy przyszłam, odebrać swoje ostatnie rzeczy od ciebie wręcz niemal miałeś ochotę klęczeć przed moimi kolanami i błagałeś mnie, bym cię nie opuszczała.
    — Niczego takiego nie…
    — Było? — dokończyła za niego — Naprawdę? Bo ja pamiętam to właśnie tak. Mówię to po raz ostatni. Michael zdradziłeś mnie, jest to wyłącznie twoja wina, zanim się tego dopuściłeś, wolałeś ograniczać moją wolność, bo coś sobie wbiłeś do głowy. Dałam ci jeszcze jedną szansę, co zrobiłeś wraz ze swoją kochankom? Wystarczyło, że wrócili do Los Angeles, a prawda wyszła na jaw. Nie uchroniłeś swojego małego słodkiego sekretu wraz z Taylor potem wręcz mnie usilnie prosiłeś, bym została. Nie wiem, co się stało potem, bo straciłam kontakt z tobą, tak naprawdę prócz tego, że Chester powiadomił mnie, że wziąłeś ślub twoje życie dla mnie, było mało istotne, wręcz praktycznie o tobie zapomniałam. Wystarczyło, że pojawiłam się na przyjęciu czy to u mojego brata, czy Brada a ty wraz z Taylor zaczepiście dla mnie niezrozumiały atak gdy ja jedynie co robiłam to, spędzałam czas z bliskim, dlatego twoje wręcz karkołomne próby zmuszenia mnie do przeprosin, których i tak nie otrzymasz, są zbędne…
    — Bella? — niespodziewanie usłyszała za sobą dość znajomy głos.
    Odwróciła się niemal w tej samej chwili gdy Michael spojrzał w tamtą stronę. Zobaczyła przed sobą swojego kochanka, ubranego jedynie w ciemne bokserki, zobaczyła jego zaspane oczy i jego włosy, które były wręcz w jednym wielkim chaosie, lecz mimo tego wyglądał naprawdę zniewalająco.
    — Kto to jest!? — usłyszała nagle za sobą głos wręcz do granic możliwości wściekłego faceta.
    Było wręcz nie do pojęcia, że przychodzi rozmówić się ze swoją byłą narzeczoną, a on dostrzegł u niej jakieś nagiego faceta. Mógł dojrzeć, jak odwraca się ku niemu, a na jej ustach pojawił się bardzo ironiczny uśmieszek pełen wręcz pogardy w jego kierunku.
    — Chyba już na ciebie pora!
    — Pytałem, kto to jest!? — rzucił wściekle.
    — Święty Mikołaj — rzekła, wręcz z rozbawieniem na niego patrząc — Miał dla mnie wczesny prezent — jawnie sobie żartowała — Jednak na ciebie już Michaelu pora. Wiesz, gdzie są drzwi? Chyba że chcesz, bym zadzwoniła po ochronę budynku, która z przyjemnością cię wyprowadzi… — widział, jak mężczyzna podchodzi i staję tuż za nią, co niesamowicie go zirytowała go, objął ją w pasie.
    Niemal zazgrzytał zębami gdy na to patrzył, jednak ona pozostała nieustępliwa i wskazała ruchem ręki w stronę drzwi.
    — Żegnam ozięble i nie zapraszam ponownie! — rzuciła ozięble.
    — Jeszcze mnie popamiętasz! — mruknął wręcz przez zaciśnięte zęby.
    — Nie strasz, chyba że chcesz, bym powiedziała twojej żonie, gdzie się wałęsa jej mąż i że przychodzi do swojej byłej. Zmiataj Shinoda i nie pokazuj się na oczy. Mam dużo ciekawszy plan na tę sobotę niż użeranie się z natrętem, który myśli, że pozjadał wszelkie rozumy i myśli, że wszystko mu wolno.
    Przez moment wręcz mierzyli się swoimi spojrzeniami, w końcu rozjuszony muzyk odpuścił i wyszedł, rzucając w jej przyjaciela, nienawistne spojrzenie. Po chwili rozdarł się dźwięk mocno zatrzaskiwanych drzwi. Niemal w tej samej chwili poczuła, jak Ricardo odwrócił ją w swoich ramionach, a po chwili poczuła jego pełne namiętności usta w czułym pocałunku. Odsunął się od niej po dłuższej chwili i dostrzec mogła ciekawość, która iskrzyła w jego ciemnych oczach.
    — Kto to był? — zapytał nieco ochrypniętym głosem.
    — Nikt istotny! — rzuciła, machając lekceważąco dłonią, którą po chwili oparła na jego ramieniu — Szkodnik, którym nie warto sobie zawracać głowy.
    — Może i nie rozumiałem waszej rozmowy, bo dyskutowaliście, wręcz kłóciliście się po angielsku, ale odnoszę wrażenie, że mocno ci zaszedł za skórę, bo pierwszy widzę cię Señorita, tak mocno podenerwowaną wręcz śmiem ośmielić się twierdzić, że jesteś wściekła.
    Tak naprawdę nie zamierzała mu mówić niczego na temat jej przeszłości z Michael’m. Nadal trzymała się mocno swojego postanowienia, że nie zamierzała opowiadać o swoich dawnych związkach po tym co przeszła przy Shinodrze i tym jak ujawniła mu prawdę o byłych związkach, nie zamierzała powielać ponownie tego błędu i zachować tę część jej życia w tajemnicy tylko i wyłącznie dla siebie.
    — Wierz mi Señor, że z takim osobami trzeba postępować krótko — uśmiechnęła się niezwykle przebiegle — Mógł wręcz nie wpraszać się bez zaproszenia, to nie zostałby tak nie miło potraktowany — komentowała — Ale nie warto się tym przejmować, bo chyba nie zaczniemy poranku od jakiegoś natręta, który nam przerwał poranek.
    — Który nawet dobrze nie zaczęliśmy — rzucił sugestywnie.
    — Odnoszę wrażenie Señor Armando, że coś chodzi po twojej głowie — rzuciła sugestywnie, gdy czuła jak jeszcze mocniej zaciska swoje dłonie na jej biodrach.
    — Byłbym naiwniakiem sądząc Señorita Bennington, że i po twojej pięknej główce nie chodzi ta sama myśl — odparł, wręcz wbijając w nią spojrzenie swoich oczy.
    Czuła jak kącik jej ust drga nieznacznie do góry w bardzo przekornym uśmiechu, nie zdążyła nic powiedzieć gdy nagle odezwał się mężczyzna, a ona dostrzegła, jak jego oczy wręcz zaczęły iskrzyć, a po jego głowie zaczęły chodzić bardzo kosmate myśli:
    — Gdzie łazienka?
    — W sypialni, lewe drzwi od wejścia — odparła.
    Nie była nawet w stanie zareagować w żaden sposób, gdy nagle ziemia uciekła wprost spod jej stóp, a ona potrzebowała paru sekund, by zrozumieć, co się dzieje. Jednak po chwili wręcz Ricardo szedł z nią którą zawiesił sobie ówcześnie na ramieniu w stronę górnego piętra. To był jedynie wspólny prysznic, który miał być początkiem ich wspólnie spędzonego dnia.
    Znienawidził ją, jednak jej serce zaczęło powoli należeć do innego!





Sunday, October 6, 2024

IV 28 (P.1) — AWANTURA PODCZAS URODZIN

    Wpatrywała się wręcz w oszołomieniu na ekran swojego telefonu. Siedząc przed toaletką w swojej garderobie, patrzyła nieco otępiałym wzrokiem na podświetlony ekran smarthona, który leżał pośrodku rozrzuconych na biurku kosmetyków, a ona wręcz wstrzymała dech, patrząc na wiadomość, którą przed dwoma minutami wyświetliła. Czuła istną pustkę, która panowała w jej głowie, miała wrażenie, jakby jej myśli i uczucia odeszły gdy czytała tekst, który wywołał u niej tak wszechogarniająca ją pustkę.
    Przez jej umysł przetoczyła się jedna myśl:
    Zerwali.
    Nie docierało to nadal do niej. Miała wrażenie, przez moment jakby śniła, a nie miała kontakt z realnym światem, ale to prawda, im dłużej wpatrywała się w dwa krótkie zdania, tym bardziej nie chciała w to uwierzyć, czytając wiadomość od byłego kochanka.
    Tak, właśnie w tej chwili czytała SMS od byłego kochanka, który w tym momencie poinformował ją, że wraz ze swoją wieloletnią dziewczyną zakończył związek. I pomimo że starała się nie angażować w żaden sposób w ich relacje to i tak sami się jej przyznali, że nie czują już tego co kiedyś, obciążenie pracą, zabieganie, czy napięty grafik, oddalił ich zupełnie od siebie. Ricardo jak i Courtney wspomnieli jej o tym osobno, każdy z nich miał podobne odczucia wobec swojej relacji, w jakiej żył. Związek praktycznie od liceum zaczął się powoli wypalać. Również doszły czynniki zewnętrzne, praca, która dla obojga była bardzo pochłaniająca czas, w jej przypadku ciągłe podróże po świecie i gromadzenie materiałów filmowych, z jego strony prowadzenie firmy, która powoli zaczęła się rozkręcać, plus sam zaczął interesować się inwestowaniem, na giełdzie to również wymaga czasu. Więc ich drogi w pewnej chwili zaczęły się rozdzielać, praktycznie mogła z perspektywy osoby trzeciej widzieć, że byli ze sobą z przyzwyczajenia i dla seksu, a ta emocjonalna strefa zaczęła zanikać.
    Czytając jednak to pomimo panującej pustki w niej, poczuła wyrzuty względem samej siebie, niepotrzebnie wdawała się z nimi w romans, co sprawiło, że bardziej ich rozdzieliła. Była pełna wątpliwości. Nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć i co zrobić, a również odpisać. Nie mogła wręcz dojść do siebie po tym co się dowiedziała i to może wydawać się dziwne, że przeżywa rozstanie byłych kochanków, ale właśnie nie powinna, jednak to wywołało u niej niemałe zaskoczenie.
    Ponownie dobiegł ją dźwięk przychodzącego powiadomienia, jednak to już była wiadomość od Chestera, który pytał kiedy będzie.
    Ona sama popatrzyła na swoje lustrzane odbicie, od dłuższej chwili siedziała przed toaletką, po tym gdy uporała się z makijażem i fryzurą. Dziś był pierwszy grudnia, a zarazem urodziny gitarzysty, który zorganizował imprezę jak co roku zresztą, takie szczęście, że dziś była sobota, więc każdy z nich mógł poszaleć, jednak gdy otrzymała wiadomość od Ricardo zamarła i zastygła wręcz w bezruchu wpatrzona w ekran telefonu. Jednak musiała odrzucić myśli o nim, o jego zerwaniu z kilkuletnią partnerką i skupić się na obecnej chwili. Jednak było to trudne gdy wracała wspomnieniami do tego mężczyzny, który tak wiele ostatnio znaczył w jej życiu. Była jednak zmuszona porzucić wszelkie nadzieje czy plany wobec niego, z przytłaczającą wiadomością, że nie jest osiągalny, lecz teraz było zupełnie inaczej, jednak nie! Musiała przestać o nim myśleć!
    Im dłużej będzie uciekać myślami do tego Hiszpana, tym o nim nie zapomni.
    W końcu sięgnęła po telefon i ignorując jego wiadomość, weszła w rozmowę z bratem, odpisując mu pośpiesznie kilka słów, wkrótce wstając z wygodnego krzesła. Podeszła do pufy gdzie zostawiła sukienkę, którą chciała dziś ubrać. Sięgnęła po nią i wyciągnęła na długość ramion i przyjrzała się jej, była to jedna z sukienek, jakie kupiła, jeszcze w Hiszpanii wydawać się mogła, że klasyczna, krótka czarna, jednak pomiędzy piersiami był bardzo głęboki dekolt, który jedynie był spięty trzema delikatnymi srebrnymi nićmi, a rozcięcie na prawy udzie zszyte zupełnie podobnie jak krańce jej gorsetu. Cały materiał mienił się srebrnymi wykończeniami oraz kamyczkami, które odbijały blask świateł. Może nieco wyzywająca, ale nie zamierzała się powstrzymywać. Lubiła ubrać się, by czuć się, seksowna i atrakcyjna i nie musiała się nikomu podobać tylko sobie. Ostrożnie nasunęła ją na swoje ramiona, nie zakładając pod spód nic prócz stringów, oszczędziła sobie biustonosz, który by nie pasował do tak głębokiego dekoltu. Gdy tak stała przed lustrem zmrużyła w zamyśleniu brwi, patrząc na swoje nieco odsłonięte piersi, a raczej przerwę między nimi a w jej głowie pojawiła się myśl o potencjalnym tatuażu między nimi, on mógłby wyglądać ciekawie, jednak nie miała czasu się nad tym zastanawiać, poprawiła sukienkę na sobie i ponownie przysiadła na pufie i chwyciła sandałki, które leżały obok i wsunęła sobie na stopy wysokie obcasy. Spięła czarne rzemyki przy nich i ponownie się wyprostowała. Musiała przyznać, że wyglądała świetnie. Sukienka jak nieco mocniejszy makijaż idealnie się komponowały, a włosy pokręciła lekko, lecz jedną stronę zaczesała bardziej do tyłu, chcąc przełożyć wszelkie pasma na drugi bok. Brakowało jej jedynie biżuterii, którą pozostawiła na toaletce. Wróciła do niej i nachylając się, zaczęła wpinać kolczyki do uszu, które były wypełnione kryształkami, bransoletka była w podobnym tonie do nich a wszystko wieńczył naszyjnik z małym kamieniem. Wyglądała wręcz zniewalająco. I pomimo że to nie jej impreza. Chciała sama dla siebie być piękną.
    Gdyby miała być szczera, nie miała nastroju iść na tę imprezę, jednak nie chciała łamać słowa danemu kumplowi i go zwyczajnie zawodzić, jednak przygnębiająca perspektywa, z którą mierzyła się od kilku godzin o obecności jej byłego faceta oraz jego obecnej żony po prostu doprowadzała ją do tak ogromnej niechęci, by tam iść.
    Momentalnie poczuła poirytowanie na myśl o Michaelu i jego partnerce. W przeciągu ostatniego miesiąca pokazali swoją klasę i nie bała się mówić tego z ogromną dozą ironii i sarkazmu.
    Dlaczego?
    Powód wydawał się dość banalny i tak śmieszny w swojej prostocie. Każdy bliżej zaznajomiony z rozstaniem jej i Mike doskonale widzi jej obecne podejście, gdy wręcz w żaden sposób nie miesza się ani tym bardziej nie interesuje się życiem swojego byłego narzeczonego, bo to tak jakby się przejmowała, co robi Justin czy Clark, a to ją nic nie obchodziło. Przekreśliła to co było między nimi grubą kreską. Lecz jest również ta druga strona, Mike i jego żona, jeden starał się jej zagrozić, starać się zaszantażować, a drugi z nim pod maską uprzejmości, dobroci i zachowaniu uroku osobistego, pragnął oddalić ją od byłego partnera. Naprawdę nie chciała ich obrażać, chociaż słowa wyzwisk cisnęły się jej na usta, względem nich jednak nie zamierzała zachowywać się tak nie dojrzale i dać się ponieś emocją. Mimo że kompletnie nie rozumiała zachowania Shinody, to nie zamierzała się z nim sprzeczać. Bo po co.
    Dlatego czuła niechęć do pójścia na urodziny Delsona.
    Nie chciała wywoływać zgrzytów między sobą a Shinodami, którzy zapewne znajdą każdy możliwy sposób, by tylko ją sprowokować do dyskusji. Nie chciała powtórki z imprezy Halloweenowej Chestera, gdzie wdała się w przepychankę słowa z dawnym ukochanym. Nie chciała tego, ale udało się mu ją sprowokować. Skoro jednak zakończył etap ich obojga, to dlaczego ją próbuje w złośliwy sposób prowokować do awantur czy rozmów. Tego nie potrafiła zrozumieć.
    Otrząsając się z wewnętrznego monologu, chwyciła torebkę z prezentem dla przyjaciela i wyszła z garderoby, przeszła przez sypialnie, gdzie nie dostrzegła swoich futrzastych domowników, jeśli nie było ich tutaj, to pewnie siedzieli w salonie. Zeszła po stopniach i na moment zatrzymała się u ich krańcu patrząc na sofę gdzie Junka wraz z Walterem i Cindy spali w najlepsze mimo dość wczesnej godziny, ale nie dziwiła się im, wykończyła ich dziś zabawą, z Junką wyszła wręcz na trzy godziny spacer, pozostawiła im w miseczkach jedzenie na potem oraz świeżą wodę, jednak po tylu harcach, jakie im zapewniła, czuli się zmęczeni. Uśmiechnęła się lekko pod nosem i przeszła cicho do drzwi. Gasząc światło, wyszła na korytarz.
    — No w końcu — odezwał się znajomy głos, gdy tylko stanęła przy drzwiach.
    Z uniesioną ręką, w której trzymała kartę magnetyczną, przyłożyła do zamka, lecz w tym czasie odwróciła głowę w bok, spoglądając na Chestera oraz Alice, którzy na nią czekali. Owszem mogła pojechać samą taryfą, jednak to kobieta zaproponowała jej, że ją zabiorą ze sobą, bo skoro i tak jechali w tę samą stronę, a jej facet był z nią, a ona mieszkała drzwi dalej to, czemu nie mogli wybrać się we troje.
    — Pisałam ci, że potrzebuje pięciu minut — odezwała się, podchodząc do nich i wsuwając klucz do torebki.
    Nie umknęło jej uwadze, jak Alice wręcz przebiegła spojrzeniem wzdłuż jej ciała, przyglądając jej się z uwagą. Z chwilą gdy popatrzyła na nią, wyrwało się jej jedno pytanie:
    — Co? Tak źle wyglądam? — spytała, z delikatnym uśmiechem.
    — No nie... — wykrztusiła pani architekt — Wręcz przeciwnie wyglądasz zajebiście! Gdzie kupiłaś tę sukienkę? — spytała zachwycona.
    — Ją...? — popatrzyła na siebie — Z Hiszpanii ją przywiozłam w jakimś lokalnym butiku w San Sebastian, ją znalazłam — przyznała.
    Zobaczyła niemal w tej samej chwili, jak brunetka zwrócą się do swojego, chłopaka celując w niego palcem.
    — Teraz wiesz, gdzie jedziemy na kolejne wakacje.
    Z trudem udało się jej ukryć śmiech, który cisnął się na jej usta. Zobaczyła jak starszy Bennington wywraca oczami na jej śmiech. Skłamałaby gdyby powiedziała, że ta dwójka nie pasowała do siebie, pasowali do siebie doskonale. Byli ze sobą już kilka lat, mimo że nadal nie mieszkali razem, to jednak widziała, że bardzo się kochają. Niby spotkali się przez czysty przypadek ze sobą, jednak czasami takie spotkania są najlepszym, co może człowieka spotkać w życiu, bo spotyka drugą połówkę, z którą chce spędzić całe życie. Oni tak naprawdę nie mieli już zobowiązań studenckich tylko pracę, Alice była praktycznie dwa lata młodsza od Chestera nie dzieliła ich tak znacząca różnica wieku jak między nią czy Mike'm. Ale zdawała sobie sprawę, że każdy związek jest inny. Ona cóż przeprowadziła się do Shinody po zaręczynach a praktycznie cztery miesiące później zdjęła z palca pierścionek oraz się wyprowadziła.
    Życie jest bardzo nieprzewidywalne.
    Nie wiele już mówiąc, zeszli na dół do taryfy, która na nich czekała przed apartamentowcem. Oczywiście ona i Chester nie byliby sobą gdyby się o coś nie pokłócili tym razem, poszło o zapłacenie za kurs. Ona chciała, by zapłacili po połowie, lecz on się uparł, że zapłaci za nią również. To nic takiego, jednak przez moment było jej głupio, że brat płaci jej za podwózkę. Ale nie chciała się już sprzeczać i resztę drogi minęła im w przyjaznej atmosferze.
    Pół godziny później dojechali do domu Brada, gdy tylko wyszli, a muzyk uregulował rachunek za przejazd, weszli przez uchyloną bramkę na podjazd. Podchodząc do otwartych drzwi, zobaczyli stojącą tam Anais, ubraną w błękitną sukienkę ze srebrnymi zdobieniami.
    — A wy w troje? — spytała zdziwiona.
    — Chester był u Alice, więc zaproponowali zamówienie wspólnej taryfy — streściła młoda Bennington stając twarzą w twarz z dziewczyną gitarzysty.
    — Zapomniałam, że wy dwie mieszkacie obok siebie — mruknęła.
    — Bywa — odparła, wchodząc do środka, gdzie już weszła para, z którą przyjechała.
    Weszła do salonu, gdzie dostrzegła już Davida z Ines oraz kilku znajomych solenizanta, prócz basisty zobaczyła, jak z ogrodu wychodzi Joe, który zgubił gdzieś swoją partnerkę. Brakowało z zespołu Roba oraz Mike'a. Przystanęła z boku i czekając, aż będzie, mogła swobodnie podejść do Brada, który rozmawiał z Chester i Alice.
    Tknęło ją coś i dyskretnie odwróciła się przez ramię za siebie i niemal wypuściła głośno powietrze gdy zobaczyła, jak na korytarzu pojawia się Michael oraz Taylor. Nie wiele się zastanawiając, ruszyła do przodu, wykorzystując okazje podeszła do gitarzysty, by złożyć mu życzenia i podarować mały upominek.
    Gdy zdołała się od niego odsunął gdy wręcz ją objął odeszła na bok jak najdalej od pary, której tak bardzo nie chciała widzieć. W końcu po pół godziny, przybyli ostatni goście, po pierwszym toaście za solenizanta każdy zaczął się bawić, przy dźwiękach głośno puszczonej muzyki a pierwszy alkohol zaczął się lać. Ona jednak wybrała drinka i trzymała się nieco na uboczu, by nie wdawać się w konflikt ze swoim byłym.
    Po dwóch godzinach od rozpoczęcia zabawy, stała wraz z Joe oraz Robem, oraz jego dziewczynami nieco z boku dyskutują na jakieś luźny temat praktycznie przestała zwracać uwagę na to co odstawia Michael z Taylor. Jednak nie dało się ukryć ze niektórzy czuli niesmak wobec ich zachowania, lecz nikt im nic do tej pory nie powiedział.
    — Wszystko rozumiem, miłość zakochani, ale już przesadzają z okazywaniem tego — zirytowała Susan, gdy patrzyła na kolejną dość ostentacyjny pocałunek małżonków.
    Ona nawet nie odwróciła się w tamtą stronę, nawet nie miała chęci na to spoglądać. Tak wiele było tutaj par na tym przyjęciu, ale potrafili zachowywać umiar nawet po wypiciu dużej ilości alkoholu. Mruknęła coś pod nosem, jednak nie uszło jej uwadze stwierdzenie Roba:
    — Nie zachowywali się tak, nawet gdy byli poprzednio razem — skomentował poczynienia kumpla z kapeli i jego żony.
    — Mam dziwne wrażenie, że robią to na pokaz, by wszyscy widzieli, jak się kochają — stwierdziła Nicky — Ale po co, przecież tutaj jest większość par...
    — Albo chcą u kogoś wywołać zazdrość — momentalnie poczuła wręcz przeszywający wzrok Roba na sobie.
    Poderwała głowę do góry i wzruszyła lekko ramiona z nieco zdziwioną miną.
    — Tak, bo nie mam nic innego do roboty i patrzeć z zazdrością na faceta, który mnie z nią zdradził — rzuciła ironicznie — Tak, bo jestem tak zdesperowana, że o niczym innym nie myślę. Ale z nas dwojga to on po mnie rozpaczał nie ja po nim — dodała sarkastycznie — To jest skrajnie głupie, nie uważacie?
    Wystarczyła jedna chwila, w której nie przyglądali się małżonką, którą wykorzystał Mike i w następnej chwili stanął tuż za swoją byłą dziewczyną, lecz jego mina nie wyrażała nic dobrego. Spoglądał na nią pełen złości i nienawiści.
    — Ty sobie ze mnie teraz żartujesz? — furknął na nią.
    Lekko wystraszona, odwróciła się na pięcie i spojrzała na niego z wręcz zastygłym wyrazem twarzy. Nawet nie otworzyła ust, by coś powiedzieć. Widziała po nim jak wręcz ma ochotę napluć jej w twarz gdy dotarły do niego jej ostatnie słowa.
    — Miałem rozpaczać po takiej gówniarze jak ty!? — wręcz krzyknął oburzony.
    — Stary nie przesadzaj... — zaczął powoli Robert, gdy widzieli jak za plecami Shinody pojawia się Chester — Uważaj na słowa! Możesz mieć żal tylko do siebie.
    — Stajesz w jej obronie...? — spytał z wyrzutem Shinoda zwracając się do przyjaciela — Przynajmniej moja żona, w porównaniu do niej — wręcz popatrzył na nią z obrzydzeniem — Myśli poważnie o życiu a ona, wiecznie tylko myśli o imprezach i bzykaniu...
    — Mike! — wtrąciła się już bardzo poirytowana — Jeszcze jedno słowo a dostaniesz po twarzy! — powiedziała wściekle — To ty się przespałeś z tą... — ruchem ręki wskazała na jego małżonkę — To ty zniszczyłeś to co było, nie ja. I jeśli masz do mnie żal o to, że nie wybaczyłam ci zdrady, możesz mieć pretensje do siebie. Bo zamiast nie zachowywać się jak pieprzony egoista, który chciał mnie kontrolować i by zapomnieć o kłótni, poszedłeś się do baru nachlać i uprawiałeś seks ze swoją byłą świadomy, że miałeś narzeczona przykro mi, ale to twoja wyłącznie wina i nie obwiniaj innych, że dostrzegają, że to ty zjebałeś. I tak mogę być gówniarą, mogę, być nie dojrzała, ale z nas dwojga to ja pogodziłam się, z tym że my to przeszłość a ty nadal nie...
    — Nie kocham cię! — wręcz wykrzyknął jej w twarz — Mam żonę...
    — Którą poślubiłeś po paru tygodniach — zauważyła — Bo uwierzę, że nagle laska, która cię zdradzała i... w sumie dobrze wiesz co, ci zrobiła, nagle się zmieniła, a tak jej nienawidziłeś. Teraz to ja jestem obiektem twojej niechęci. Ale jeśli szukasz winy, poszukaj jej w sobie. Bo ja ci dawałam szansę, to ty świadomie ją zmarnowałeś i przestać wciskać kit ze nic nie pamiętałeś, bo to jest tak oklepana wymówka przez facetów, którzy przespali się, z inną za plecami dziewczyn ze wręcz trąca o ironie. Mike my to już przeszłość. Ja i ty nie istniejemy! Przelań się zgrywać, odstawiać szopki, bo ja się twoim życiem nie interesuje. Mam gdzieś twoje życie i Taylor, żyjcie szczęśliwie, jak chcecie! Zakładajcie rodzinę, mnie to nie obchodzi. Ja mam własne życie i własne problemy co mnie obchodzi życie mojego byłego. To tak jakbym się interesowała co u Justina czy tego zjeba Clarka, a to mnie w ogóle nie obchodzi teraz i ty mnie też nie obchodzisz!
    Naprawdę chciała unikać ze wszystkich sił takiej sytuacji, do jakiej doszło właśnie teraz zwłaszcza na przyjęciu urodzinowym. Jednak to racja, Mike nadal nie potrafił pogodzić się z tym, że oni są już przeszłością. Atakuje ją bez żadnego powodu i próbuje zakłamać fakty, które istnieją.
    — Gratuluje ci Mike — odezwała się po chwili ciszy — By mi dopiec, wolałeś urządzać awanturę na przyjęciu kumpla i co napawa cię to dumą? Zjebałeś imprezę przyjaciela, bo musiałeś utrzeć nosa byłej!
    — Jesteś bezczelna!
    — I co jeszcze może zaczniesz mnie od szmat wyzywać? Mike po prostu mam drobną radę. Po prostu się zamknij!
    Zapadalność chwila niezręcznej ciszy, w ciągu której, odstawiła szklankę z upitym alkoholem i ominęła Shinodę oraz jego partnerkę, która teraz starała się go uspokoić a sama podeszła do stojącego dalej Brada, z nieco przepraszającym wyrazem twarzy zwróciła się do niego:
    — Wybacz za to, ale chyba najlepiej będzie, jak już sobie pójdę — powiedziała do przyjaciela — Widzę, że ja i Mike w jednym pomieszczeniu nie przynosi nic dobrego. Dlatego nie będę psuć ci zabawy. Jeszcze raz Wszystkiego Najlepszego.
    Uściskała go po raz ostatni i zagarniając swoją torebkę, od razu wyciągnęła telefon i wybrała numer po taryfę. Wychodząc przed drzwi, umówiła się z operatorem, który wspomniał, że samochód będzie za dwie minuty, bo jest w okolicy. Wsunęła ponownie telefon do torebki i czekając przed wjazdem, wręcz z niesmakiem, słyszała muzyki, która dudniła w domu.
    Wiedziała tylko jedno, to nie był dobry pomysł tutaj przyjeżdżać.
    W końcu zobaczyła, jak na drodze pojawia się taksówka, która zatrzymała się po paru sekundach przy niej, wsiadła pośpieszenie do niej i podając adres kierowcy, z cichym westchnień oparła się o siedzenie kanapy, wspominając ten nieudany wieczór.
    Jeśli sytuacje mają się powtarzać i dochodzić do takich spięć jak dziś nie wyobrażała sobie dalszych spotkać w tym towarzystwie, póki Shinoda się nie opanuje. Naprawdę nie sprowokowała go nawet do głupiej dyskusji, wręcz siedziała cicho, a on ponownie pokazał jak bardzo, jest rozżalony po zerwaniu z nią, mimo nowego związku. Próbuje przekonać każdego do nowej wersji, zdarzeń co jest tak absurdalne.
    Nie powinna sobie zawracać nim głowy.
    Dojechała pod swój apartamentowiec, wysiadając, zapłaciła mężczyźnie za kurs, z napiwkiem i wyszła. Wchodząc do nowoczesnego bloku, gdzie mieszkała od razu podeszła w stronę wind, wciskając guzik, czekała dobrą chwilę, aż mały pokoik zjedzie. Wsiadła do środka i nacisnęła guzik ostatniego piętra, po kilku sekundach była już u góry, wychodząc na korytarz, sięgnęła do torebki, by wyjąć kartę, stanęła na środku korytarza i gdy już podnosiła głowę i chciała podejść do drzwi zamarła w jednej chwili, patrząc na osobę która stała parę metrów od niej, a ona w szoku zdołała wydusić.
    — To ty...!
    Nie oczekiwała, że ten wieczór jednak może skończyć się dobrze. 

Saturday, October 5, 2024

IV 27 (P.1) — NIECHCIANE SPOTKANIE

    Siedząc na podłodze w przybrudzonym od farb za dużym męskim podkoszulku, który bardziej nadawał się do wyrzucenia, niż do noszenia, nakładała w skupieniu, robiła ostatnie ruchy pędzlem na ogromnym płótnie stojącym przed nią, a ona sama wyglądała niezbyt atrakcyjnie. Spięte w ciasny kok włosy, by ich bardziej nie pobrudzić, narzuciła na siebie koszulkę jej byłego już faceta, który bardziej służyła jako ten brudny ciuch do malowania, nałożyła swoje stare sorty, które już w kilku miejscach się przetarły, jednak podczas malowania nie zwracała na to uwagi. Była świadoma tego, że zawsze coś skapnie na nią czy na podłogę wokół niej i dlatego często ubierała wręcz szmaty na siebie gdy siadywała do obrazów. Może mogło się obejść bez tego, ale gdy tworzyła wręcz pełnometrażowe obrazy, często stała albo jak obecnie siadywała na podłodze, by mieć lepszy dostęp do tkaniny, na której pracowała.
    Kończyła zlecenie dla jednego ze swoich klientów, który zamawiał portret swojej córki. Otrzymała zdjęcie urokliwej dwunastolatki, wraz z jej ukochanym psem, z racji, że powolnym korkiem zbliżały się święta ludzie, myśleli nad prezentami, a on chciał podarować swojemu dziecku portret jej samej wraz z psem która odeszła rok temu za tęczowym most. Dziecko źle zniosło rozstanie z czworonogiem, zwłaszcza że kupili go gdy narodziła się ich córka, wręcz obie dorastały, jak dowiedziała się była to suczka.
    Zależało jej, by uchwycić w obrazie wszystko, co najlepsze, cudowny obraz dziecka oraz jej wiernej psiak przyjaciółki. Mogła się tylko domyśleć, jak bardzo może boleć pożegnanie psiego przyjaciela, ona sama nie wyobrażała sobie gdyby miała stracić swoją ukochaną Junkę, chociaż zdawała sobie sprawę, że nie będzie ona żyć wiecznie, lecz póki co Junka miała już pięć lat, była już dorosłym pisakiem, jednak maltańczyki żyją okół dwunastu lat, miała ponad połowę życia przed sobą, a ona nie darowałaby sobie gdyby ją teraz za wcześnie straciła. Mimo że otrzymała ją w prezencie na osiemnastkę, tak bardzo ją pokochała, że była dla niej członkiem rodziny tak jak dwójka jej kocik przyjaciół. Nie miała nudną z tą dwójką nicponi zwłaszcza gdy zaczną jej broić. Jednak zdawała sobie sprawę, że nie zwalczy kociego instynktu polowania, dlatego jedyne co mogła to chować szybko tłukące się przedmioty przed nimi, tak że praktycznie w jej domu na pierwszy rzut oka było nie wiele dekoracji, a jeśli już były to takie, które nie łatwo potłuc. Trzeba liczyć się z ustepstawiami gdy ma się koty, a zwłaszcza jednego, który wciąż broi. Lecz do było jedno miejsce, do którego absolutnie nie pozwalała im wejść była to właśnie jej pracowania. Mogła spodziewać się jakiego rabanu mogli tu narobić podczas zabawy dlatego, tutaj nie mieli absolutnie pozwolenia do wejścia, zazwyczaj starała się zamykać na klucz swój gabinet.
    Przeciągnęła po raz ostatni pędzlem po płótnie, tym samym wieńcząc swoją pracę nad portretem, odłożyła do kubka z wodą pędzel i z cichym mruknięciem, przyłożyła swoje dłonie do swoich dolnych pleców i wyprostowała się, pomrukując pod nosem, gdy poczuła łapiący ją nagły skurcz. Syknęła cicho z bólu, po czym powoli zaczęła się wstawać, a ona spojrzała na zegarek, który wskazywał parę minut po piątej po południu.
    Była sobota a ona, zamiast iść na imprezę, właśnie kończyła pracę, właściwie to miała plany na wieczór, umówiła się około dziesiątej z ekipą na trening, więc nie zmarnuje tego wieczoru na kompletnym nic nierobieniu. Od rana siedziała i pracowała, by skończyć ten obraz, a teraz miała przez kilka godzin wolne.
    Podchodząc do biurka, sięgnęła dłonią po telefon i jednym dotykiem odblokowała ekran, gdzie zobaczyła niewyświetlone połączenia, przesunęła w dół, przeglądając je, aż nie natknęła się na jeden numer. Ten sam, który dzwonił do niej gdy wychodziła z imprezy Halloweenowej i on wcale nie miał powodu napełniać ją trwogą czy niepokojem, raczej był to numer, którego nie oczekiwała. Myślała, że zdołał tak jak ona zamknąć ten krótki rozdział w swoim życiu, lecz ten nieoczekiwany telefon wręcz sprawił, że wszystko odżyło i powróciło ze zdwojoną siłą. Przez tygodnie starała się zapomnieć o tych tygodniach, wyprzeć te wspomnienia, stłamsić je w sobie i myślała, że się jej udało, już żyła swoim zwyczajnym życiem, jej jedynym zmartwieniem były studia, praca czy normalne życie aż do ostatniej soboty gdy jeden telefon wywrócić jej życie do góry nogami.
    Momentalnie przymknęła oczy, powracając wspomnieniami do tamtego wieczoru.
    Przekraczając próg domu swojego brata, słyszała nadal za sobą dźwięk grającej muzyki, odgłosy rozmów i dobrze bawiących się gości. Pomimo tak późnej godziny, tylko ona opuszczała zabawę jako jedyne z pierwszych. Zostałaby dłużej na tej zabawie, gdyby nie zgrzyty, które zaczął tworzyć jej były facet, nie chciała, by to przyjęcie było pełne napiętej atmosfery, wzajemnej niechęci, która i tak była już widoczna między nimi. Tylko ślepcy nie dostrzegli, by tego, że między nimi już nie jest jak dawniej, ale jak miało, by być skoro, została wręcz oszukana i zdradzona przez swojego ówczesnego narzeczonego, nie miał na tyle odwagi, by przyznać się, do tego co zrobił, nie miał na tyle pokory, by powiedzieć, że zjebał. Nie była pewna czy by mu wybaczyła, ale ceniła szczerość w związku, lecz on ją okłamywał, już mało ważne jak bardzo ostatnie tygodnie sprawiły, że ich relacja była bardzo napięte, ale czy nie zasługiwała na odrobinę szczerości? Czy naprawdę uważał, że zdoła to ukrywać dalej i jak sobie to wyobrażał, że nabierze wody w usta i nic nie powie? Wzięli, by ślub a ona nadal byłaby oszukiwana przez niego? Czy na tym polega zdrowy związek?
    Tak bardzo jej wciąż powtarzał, jak bardzo gardził tą kobietą, jak bardzo jej nienawidził za to co mu zrobiła, a tutaj bez żadnego pohamowania wręcz ją rozbierał. Naprawdę jak miała to tolerować? Jak miała go poślubić? Okłamywał ją i zdradzał. Pokazał w ostatnich tygodniach ich związku brak poszanowania do niej oraz tego co robiła. Powtarzała mu, że tak bardzo ceni to, że o nią dba i chce ją chronić, ale to do czego się posunął, przypomniało jej do złudzenia związek z Clarkiem, który deklarując się, że ją bezgranicznie kocha i dba, zaczął uzależniać od siebie, tak by po czasie gdy pokazał swoją prawdziwą twarz, bałaby się mu przeciwstawić. Nie tolerowała takiego zachowania i nie zamierzała wybaczać nawet jeśli jest to bronione, dbaniem o drugą osobę, kradzieży tożsamości, okłamywanie i oszukiwanie drugiej osoby było czymś niedopuszczalnym. Dlatego może i lepiej, że prawda wyszła na jaw, a ona poznała twarz swojego narzeczonego, który deklarując jej miłość jednocześnie, ją okłamywał.
    I jeszcze ta sytuacja sprzed chwili. Rozumiała wiele, ale co on sobie wyobrażał. Siedziała, nikomu nie wadząc, a szczególności jemu i jego żonie, wręcz unikała spotkania z nimi może i to dziecinne, ale nie widziała innego sposobu by efekt jej rozstania, z Mike nie wpływał na innych oraz na imprezę Chestera. Chciała się zachować dojrzale i postawić to co ich łączyło, lecz on co on sobie myślał, kpiąc z niej?
    Co to w ogóle za zachowanie?
    To bardziej przypominało jej zranionego nastolatka, który nie potrafi się pogodzić, że go dziewczyna zostawiła. Co miał na celu próbując z niej kpić i to w tak żałosny sposób. Chyba zapomniał o jednym, że to on sam przyczynił się do tego, że go porzuciła, ale odniosła wrażenie, że starał się przekształcić sytuacje, w którym byli na obraz, ten, że to ona była sprawdzą ich rozstania, a on był tym niewinnym i wręcz pokrzywdzonym.
    Prychnęła pod nosem.
    Była zupełnie pochłonięta swoimi myślami, dopiero dźwięk przychodzącego połączenia wyrwał ją z myśli. Popatrzyła na swoją torebkę, gdzie leżał jej wibrujący telefon. Otworzyła ją i sięgnęła po telefon i zerknęła na nieznajomy numer.
    Zmarszczyła lekko brwi, zastanawiając się przez dłuższa chwile, kto to mógłby być. Poczuła lekki stres, miała wiele obaw wobec odbierania połączeń ze nieznajomych numerów, nadal tkwiła w niej ta obawa, że może to być znowu Clark, że zdobył jej numer i znowu zacznie ją nękać. Zawahała się przez to, jednak końcówka numeru wydawała się jej dziwnie znajoma, lecz nie potrafiła, sobie przypomnieć zupełnie skąd ją w ogóle zna i gdzie ją już widziała.
    Pomimo wielu niepewności z mocno wręcz bijącym sercem, odebrała połączenie, przykładając telefon do ucha, niemal słyszała swój lekko przyśpieszony oddech, mając w głowie wręcz najmroczniejsze myśli i scenariusze. Obaw, które w momencie gdy dobiegł ją głos po drugiej stronie, nagle odpłynęły, a ramiona, które nawet nie dostrzegła, że miała spięte, przez ten czas rozluźniły się, wręcz odetchnęła z ulgą, jednak nie zamierzała ukrywać, że poczuła się zaskoczona i wręcz zdumiona.
    — Hola Señorita,
    Jej serce mocniej zabiło na dźwięk jego głosu. Nawet nie zdawała sobie sprawę, jak bardzo jej mu go brakowało, Zamarła w jednej chwili, nie mogąc nawet wydusić z siebie jednego słowa. Cały świat jakby zatrzymał się w jednej chwili, a ona niemal poczuła się jakby znowu była w San Sebastian, przeżywając najcudowniejsze wakacje swojego życia w towarzystwie pewnego przystojnego Hiszpana. Wręcz dobiegł ją jego cichy śmiech, gdy ona nawet nie wydusiła z siebie jednego słowa:
    — Bella — rzekła rozbawiony — Czyżbyś już o mnie zapomniała?
    Jego pytanie nimi tak bardzo banalne, lecz ono sprawiło, że wreszcie zdołała się wyrwać z własnego menacholii i odparła.
    — A może mi Señor, wyjaśni, jakim cudem dzwoni do mnie, skoro nie podawałam mu numeru telefonu?
    Ponownie usłyszała jego śmiech po drugiej stronie.
    — A czy ty Bella zapomniałaś, że w ogłoszeniu sprzedaży poddałaś swój amerykański numer? — spytał.
    Stanęła niczym wryta na kilka kroków przed taryfą. Tak ostatnio o tym myślała i naprawdę nie sądziła, że dojdzie do takiej sytuacji. Nie spodziewała się tego, że on przypomni sobie o tym, że odnajdzie jej numer, jeśli go zapisał. Ale chyba się myliła. Jednak wciąż chodziło jej po głowie jedno pytanie:
    Dlaczego on dzwonił?
    — Chciałem kupić od ciebie mieszkanie Señorita, miałem wcześniej zadzwonić, ale bylem w okolicy z Courtney więc zdecydowaliśmy się wtedy wpaść bez telefonu. Ale zapisałem sobie twój numer.
    — Cholera... — mruknęła pod nosem.
    Myślała, że ją nie usłyszał, jednak jego kolejne słowa zniszczyły jej przekonanie.
    — Nie cieszysz się z mojego telefonu?
    — Ricardo oboje uznaliśmy, że to była jedynie przygoda. Ty żyjesz swoim życiem, ja wróciłam do swojego życia — powiedziała z rozsądkiem.
    Jednak nie nigdy nie pomyślała, że usłyszy od niego te słowa...
    Dzwonek do drzwi sprowadził ją ponownie do teraźniejszości. Poderwała głowę lekko do góry, nie dostrzegając, jak lekko ją pochyliła, zatracona we wspomnieniach. Dzwonek ponownie rozbrzmiał w całym mieszkaniu, a ona słysząc z dołu poszczękiwanie Junki, wsunęła telefon do kieszeni sortów i wychodząc, z gabinetu krzyknęła w głąb mieszkania:
    — Już idę!
    Szybkim krokiem zbiegła po schodach apartamenty po czym, przechodząc przez salon, dostrzegła, jak maltańczyk zeskoczył z kanapy i wręcz podbiegła do niej i dorównała jej kroku gdy wspięła się po czterech stopniach i idąc do drzwi, psinka towarzyszyła jej merdając ogonem
    — Skarbie, to nie pora na spacer — powiedziała do małej, która szczęknęła na jej słowa.
    Przekręciła klucz w zamku i naciskając na klamkę, otworzyła je, po drugiej stronie zobaczyła mężczyznę trzymającego bukiet żółtych róż. Dostrzegając ją, zapytał:
    — Julia Bennington?
    — Tak — odparła, nie ukrywając zdziwienia.
    Wtedy wysunął w jej stronę bukiet kwiatów, mówiąc:
    — To dla pani — oznajmił.
    Nie zdążyła nic powiedzieć, bo kurier odwrócił się plecami i odszedł. Zamykając drzwi, przyjrzała się z uwagą kwiatom, które dostała. Komu chciało się wysyłać róże i na ironie, nie były to jej ulubiony kolor. Przyjrzała się bukiecikowi, wtedy w oczy rzuciło nagle w oczy do maleńka karteczka między kolcami. Z ostrożnością sięgnęła, po nią uważając, by się nie pokaleczyć i odkładając bukiet, rozłożyła zawiniątko:

To tylko małe ostrzeżenie.
Radzę ci trzymać się z dala, od mojej żony.
Nie podaruje ci gdy coś jej się stanie!

    Liścik nie zawierał adresata, jednak pismo było dla niej zbyt znajoma, stylistyka oraz charakter widziała już tak wielokrotnie, że wręcz trudno było jej pomylić go z kimś zupełnie innym, jednak zaczęło ją intrygować jedno. Po co jej wysyłał ten głupi list z bukietem z ostrzeżeniem jakimiś wręcz dziecinnymi groźbami.
    Owszem zablokowała numer Michaela jak i jego konta na portalach społecznościowych tak wiedziała zdawała sobie sprawę, że to durne zachowanie, jednak nie miała ochoty, patrzeć co wstawia, czy ciągle otrzymywać od niego jakichś telefonów. Właściwie, po co to wysłał, zadawała sobie wciąż to jedno nurtujące ją pytanie. Owszem w ostatnim czasie ich stosunki nie były za dobre, jednak co to miało znaczyć, że miała trzymać się z dala od jego żony. Tak naprawdę widziała Taylor tylko dwa razy w życiu, praktycznie zamieniając a nią kilka słów może i nie przyjemnych, ale i oziębłych, ale nie nawet ją nie interesowało ich wzajemne życie.
    Zakończyła ich związek z nim, a ich relacje w ostatnim czasie nie były zbyt dobre, ale pomimo że zdawała sobie sprawę, co Taylor nie wpieprzała się w ich życie ponownie. Tak była na nich obojgu wściekła, na nią, że rozwaliła jej związek, a na niego była zła, że próbował zataić swoją zdradę z nią, ale uznawała potem, że po co ma sobie głowę zawracać tym kolejnym nieudanym związkiem? Owszem przez pierwsze dni trudno było się z tym pogodzić, ale gdy pojęła, że to nie jej wina, kompletnie odrzuciła od siebie całe poczucie winy o rozpad tego związku i zaczęła cieszyć się życiem, a on nadal pomimo nowego związku próbuje o sobie przypomnieć, mimo że ma żonę to, po co się nią interesuje. Spotkali się dwukrotnie, a ona miała wrażenie, że bezcelowo ją atakuje za coś, czego nie zrobiła.
    Poirytowana zacisnęła, dłoń w pieść, gdzie trzymała kartkę, zmięła ją. Chwytając bukiet, nieco prędkim krokiem, podeszła do kuchni. Podeszła do kosza, otwierając jego wieko, wrzuciła roślinki jak i pomięty papier do środka. Zatrzasnęła go z lekkim hukiem, a ona mruknęła gniewnie pod nosem:
    — Nie będziesz mnie gnojku straszył — wyrzuciła z siebie.
    Naprawdę nie rozumiała i chyba raczej nie chciała pojąć zachowania tego faceta. Wystarczyło jedno spotkanie, po kilku miesiącach od ich rozstania a ten uparcie zaczął o sobie przypominać i tak naprawdę po co? Co on myśli, że osiągnie tym zachowaniem? Skoro tak bardzo jej nienawidzi teraz, to po co się trudzi i wręcz na ironie losu wydaje pieniądze na bukiet, który i tak wylądował w koszu.
    — A niby pogodził się z naszym rozstaniem — powiedziała z przekąsem, a jej kącik ust uniósł się w nieco ironicznym uśmieszku.
    Nie zamierzając sobie nim zaprzątać głowy. Odwróciła się ponownie na pięcie i wróciła do salonu, gdzie zobaczyła, że ich futrzaki doskonale się ze sobą bawią. Ona sama marzyła teraz jedynie by się wykąpać i zmyć z siebie farbę. Wspinając się do góry, weszła na korytarz, po czym przeszła przez uchylone drzwi jej sypialni i nawet nie wiele się zastanawiając, weszła do łazienki. Przymknęła ją i zrzucając z siebie brudne ubrania, rzuciła je do kosza.
    Naga weszła pod prysznic, włączając strumień lekko ciepłej wody, niemal poczuła, jak krople wody zmywają z niej brud oraz stres, który owładnął jej ciałem po odebraniu tej nieoczekiwanej niespodziewanej. Nie miała krztyny wyrzutów sumienia, że to zrobiła, że te roślinki wylądowały w śmieciach i tak zdawała sobie sprawę, że kolor żółty w kolorystyce kwiatów oznaczał nienawiść, jednak ona nie wierzyła w takie durne rzeczy, po prostu nie pojmowała, po co wydał kilka dolarów na bukiet i kuriera, by przekazać jej wiadomość.
    Co za ironiczny dupek z niego.
    Miała go nie wyklinać, ale widząc jego ostatnie zachowanie względem niej, trudno było jej to określić w jakiś naturalny sposób, by nie obrazić go, sam się o to prosił. Naprawdę chciała, by ich rozstanie przebiegło w normalny sposób, żeby oboje rozeszli się w naturalny sposób i nie brudzili sobie wzajemnie, zwłaszcza że mieli wspólnych znajomych i zdarza się, że będą się widywać z nimi, ale nie Michael musiał jej udowodnić, że nie potrafi na spokojnie przejść tego, że go zostawiła i stara się coś osiągnąć tym zachowaniem, lecz ona nie miała pojęcia co takiego i jeśli miała być szczera, wcale nie chciała się nawet domyśleć. To wiedział tylko on, co mu siedzi w głowie i jaki ma cel.
    Po dwudziestu minutach wyszła spod prysznica, zawinęła sobie ręcznik na włosach, a sama okryła się większym puchowym materiałem, który zaczął wsiąkać wodę z jej ciała, stanęła przed lustrem, lecz niespodziewanie po całym mieszkaniu ponownie rozniosło się echo dzwonka do drzwi.
    — Kogo znowu niesie, ludzie jest sobota wieczór! — powiedziała nieco poirytowana.
    W pośpiechu chwyciła szlafrok, który wisiał na uchwycie, zrzucając z siebie ręcznik, okryła się nim. Wychodząc w nim z turbanem na głowie, przeszła ponownie tę samą drogę. Po kilku sekundach ponownie przekręcała klucz w zamku i otworzyła drzwi.
    I natychmiast tego pożałowała:
    — Co tu robisz? — spytała, zaplatając dłonie na piersiach i nawet nie kwapiąc się, by zaprosić gościa do środka.
    — Nie zaprosisz mnie? — dobiegł ją uroczy kobiecy głos.
    — Skąd masz mój adres? — wręcz z naciskiem zapytała, mierząc swoim bladoniebieskim spojrzeniem stojącą na progu kobietę.
    A kim była ta nieznajoma?
    Odpowiedź była wręcz banalna. Była to nie kto inny jak Taylor Shinoda, która stała jak gdyby nigdy nic na korytarzu przed jej mieszkaniem ubrana w letnią sukienkę, a do tego na stopy wsunęła pantofelki. Swoje brązowe włosy puściła luzem, mogła dostrzec dość delikatny makijaż, jaki zrobiła, a ona sama trzymała swoje dłonie splecione przed sobą. Można by pomyśleć, że patrzy się na zwyczajną kobietę, jednak ona gdy patrzyła w jej twarz, widziała, ją owszem, ale jak zabawiała się z jej narzeczonym i nie potrafiła dostrzec tej naturalności, w niej skoro wyraźnie nasuwały się jej obrazy, jak oboje uprawiają seks u niego w łóżku.
    Momentalnie otrzepała się z obrzydzenia, na myśl, że bawił się z nią w tym samym łóżku co z nią.
    — Pytam po raz ostatni... — odezwała się gniewnie — Czego chcesz Smith!
    — Shinoda
    — Daruj sobie tę skromną uprzejmość, gadaj, czego chcesz i wynoś się z mojego mieszkania. Albo sama cię odprowadzę do windy, ale uprzedzam, twój mąż powita cię z podbitym okiem. Gadaj, czego chcesz i spływać!
    — Chciałam z tobą wyjaśnić tylko co....
    — Co takiego — wpadła jej w słowo z gniewem — To, że przeleciał cię mój były, że mu rozłożyłaś nogi, w chwili gdy ten złamas przed miesiącami się mi oświadczył. Czy może o tym jak kłamiesz w prasie o waszym kilkumiesięcznym związku gdy się wręcz wpierdoliłaś nam w życie? A może o tym, że zniszczyłaś komuś związek, a potem gdyby nigdy nic dowiaduje się po trzech miesiącach od własnego brata, że mój były wziął ślub ze szmatą, którą mnie zdradził!
    Widziała, jak pojedyncze łzy zaczęły spływać po policzkach tej kobiety. I dlaczego uważała, że wręcz to sztuczny udawany płacz. Cholera grała tak doskonale swoją grę, że ktoś z boku mógłby jej uwierzyć, że nic nie zrobiła, ale jej nie jest w stanie oszukać.
    — Przestać ryczeć wręcz zgrywać tę szopkę i spierdalać. Masz czego, chciałaś, Mike, jego pieniądze, dom i jego nazwisko. Spływam z mojego życia, oboje jesteście siebie warci!
    — Traktujesz mnie bardzo niesprawiedliwe, chciałam z tobą pogadać i się pogodzić a ty na mnie naskakujesz! — powiedziała z urażona, lecz przepełniona smutkiem.
    — Słucham! — wykrzyknęła oburzona — Pieprzyłaś się z moim facetem, okłamywaliście mnie i śmiesz mówić, że chcesz żyć ze mną w dobrych stosunkach? Jesteście z Shinoda tacy sami, fałszywi i obłudni. On nie potrafi się pogodzić z rozstaniem, a ty grasz jakieś pieprzone przedstawienie! Wynoś się! Nigdy nie będziemy znajomymi, koleżankami czy przyjaciółkami! Jesteś dla mnie nikim!
    Z furą zatrzasnęła drzwi swojego mieszkania.
    Nie wiedziała jednak, że to dopiero początek ich batalii.

Sunday, September 29, 2024

IV 26 (P.1) — HALLOWEEN Z KRÓLOWĄ LODU

    Siedząc przed toaletką w swojej garderobie, przeglądała się swojemu lustrzanemu odbiciu. Widziała w odbiciu tafli dziewczynę z bardzo mocnym makijażem. Stroniła, by się tak malować, jednak dzisiaj musiała, by pasowało do jej kreacji, którą miała na sobie nałożyć. Dziś był ostatni dzień października, co oznaczało jedno:
    Halloween
    Ten jeden dzień w roku, gdy dzieciaki, chodzą od drzwi każdego domu, do następnego zbierając masę słodyczy. To jedyny taki dzień w roku gdy każdego ponosi fantazje i przebiera się w zmyślne kostiumy, czy przebiera się w ulubione postaci z bajek, czy kreskówek, nawet filmów i seriali. Każdy się przybiera nawet dorośli a tacy młodzi ludzie jak ona czy jej znajomi często imprezują i dobrze się bawią, tworząc zabawy we wspólnym gronie. I tak też było dziś, tylko że dziś szła na zabawę do swojego brata, który już ponad dwa tygodnie temu ogłosił, że zaprasza czy to znajomych, czy kumpli z kapeli na zabawę nie pomijając oczywiście jej samej. Mimo że po raz pierwszy oficjalnie pojawi się na imprezie sama, bo zazwyczaj towarzyszył jej Mike. Chyba będzie jedyną singielką w towarzystwie, ale się zbytnio tym nie przejmowała. Bo tak naprawdę czym?
    Odłożyła ostatnie cienie do powiek i przejrzała się, by zobaczyć czy czegoś nie dać więcej, starała się jak najbardziej udoskonalić, makijaż tak by pasował do jasnej karnacji, którą często jest widywana w kreacjach wampirów w jakiś filmach czy serialach, lecz ciemne wręcz czarne oczy oraz krwistoczerwone usta, z którą zrobiła imitacje spływającej krwi, niezwykle kontrahowała. Starała się jak najbardziej oddać ducha kreacji właśnie nocnych stworzeń, jednak nie była i nigdy nie będzie zbyt dobra w makijażu, tak malowała, jednak zazwyczaj albo nie nakładała żadnej tapety, jak przysłowiowo się mówi, albo robiła naprawdę delikatny, podkreślający jedynie jej oczy. Nic więcej. Nigdy specjalnie nie przepadała za malowanie się i tak nadal ma. Inne dziewczyny to lubią, ale ona do nich nie należała i wcale nie czuła się przez to gorsza, bardziej uwielbiała, siebie naturalną uważała, że piękno tkwi w naturalizmie. Poza tym, po co marnować tyle czasu na siedzenia nad makijażem, który i tak spływanie, zwłaszcza że w Los Angeles święci słońce przez cały rok, a upał jest tu normalnością, więc zostawianie bez niego też daje jej taką swobodę.
    Mogła chyba to powiedzieć.
    Kochała siebie taką, jaką jest.
    I wcale nie bała się tego powiedzieć, po latach terapii i walki o samą siebie, nie bała się przyznać ze nie jest piękna, ale nie popadała w samozachwyt nad sobą. Ceniła siebie taką, jaką jest i w dalszym ciągu pracowała nad sobą.
    Popatrzyła na drzemiącą na jej kolanach Cindy, którą wręcz z niechęcią zdjęła z kolan, na co biała kotka furknęła niezadowolona i z wysoko podniesionym ogonem podążyła w stronę wyjścia. Mimowolnie kącik jej ust drgnął do góry gdy stwierdziła, że wkrótce i tak tej małemu psotnikowi przejdzie.
    Podeszła do jednego z foteli i sięgnęła po kostium, który wypożyczyła na dzisiejszy wieczór i przejrzała się mu. Czarno — czerwona sukienka ciągnęła się do kolana. Dekolt idealnie był dopasowany do niej, kołnierz odstawał nieco od stroju, wszystko kończyło wykończenie długich rękawów, z boku leżała ciemna peleryna, którą można było zarzucić na ramiona. Dopasowane kabaretki oraz kozaki, uzupełniały tą strój. Ona sama nieco nastroszyła włosy, część podniosła lekko do góry tak by jej lekko pokręcone fale opadały na jej ramiona.
    Z ostrożnością zaczęła, wkładać sukienkę uważając za włosy oraz makijaż, by nie pobrudzić stroju. Uporała się z założeniem chwile później, podchodząc do jednego, z ogromnych luster spięła na szyi pelerynkę, by po chwili nieco wyprostować sukienkę i popatrzyć na swoje odbicie, brakowało jej jedynie małych dodatków i będzie wyglądać zabójczo.
    Wróciła do swojego biurka na kosmetyki i biżuterie i chwyciła już przygotowane dodatki, założyła je prędko. Niemal w tej samej chwili dobiegł ją dźwięk powiadomienia, zerknęła na ekran telefonu, gdy wyświetliła się wiadomość od kierowcy, że już jest. Nie chciała zabierać samochodu, ani męczyć kogoś bliskiego o podwózkę więc zamówiła taryfę, która właśnie czekała przed wyjściem.
    Zgarnęła torebkę, do której wrzuciła telefon i pognała w stronę wyjścia z sypialni. Na swoim łóżku zastała swoją małą rodzinkę, która już drzemała albo spała. Cindy i Walter ułożyli się na poduszczę a blisko nich Junka, która zwinęła się w kuleczkę na miejscu, gdzie zazwyczaj spała. Uśmiechnęła się na ten widok, jednak po chwili przypomniała sobie, że musi już iść i pognała w stronę wyjścia.
    Zamykając mieszkanie, wsunęła kartę do torebki i pognała w stronę wind, która akurat się otworzyła i wyszedł przez nie jeden z sąsiadów, nieco starszy pan, trzymający na smyczy labradora, widząc, ją skłonił się przed nią lekko, a ona sama pomachała z nieznacznym uśmiechem. Pies na jej widok zamerdał radośnie ogonem, czasami zdało się jej go zabrać na spacer, gdy została poproszona przez starszego pana, gdy sama wychodziła z Junką. Nie odmawiała mu, bo zawsze był wobec niej miły, więc zrobienie mu małej przysługi wcale ją nic nie kosztowało. Jego to uczciwszy, a jej psinka będzie mieć towarzystwo na spacerze.
    Wcisnęła guzik najniższego piętra i po krótkiej chwili przechodziła, przez hol zmierzając do wyjścia. Przechodząc przez przeszkolone drzwi, zobaczyła stojący na uboczu odpalony samochód i od razu domyśliła się, że to jej taryfa. Wsiadając do środka, przywitała się z siedzącym za kierownicom mężczyzną, który delikatnie odchylił głowę do tyłu, pytając:
    — Dokąd jedziemy?
    Poddała mu adres domu swojego brata i bez żadnych zbędnych pytań ruszył z miejsca. Wkrótce wyjechali z osiedla i podążyli znanymi jej ulicami, chyba kojarzyła już każdą drogę, która wiodła na tej najbardziej znanej ulicy w tym mieście. Trudno byłoby nie kojarzyć przez to, że bywała tam praktycznie co chwile, zanim nie rozstała się, z Mike jednak uważała, że ten splendor był niepotrzebny. Ulica jak każda inna, co z tego, że mieszkali tam dość majętni ludzie często powiązani ze światem show — biznesu w ogromnym posiadłościach, które w większości i tak były zakryte przez krzewy i drzewa, by mieszkańcy zaznali odrobinę spokoju od nadmiernych turystów. Doskonale wiedziała, czym rządziła się branże filmowe, muzyczne czy jakiekolwiek powiązane z popularnością i gdzie można było się dorobić ogromnym pieniędzy, ale jak wspominała tam, mieszkali na pozór zwyczajni ludzie, którzy pragnęli w swoim domu zaznaczyć odrobinę spokoju, a nie musieli się martwić czy paparazzi, czy ich fani ich nie nawiedzą. To ogromny minus sławy, a zarazem popularności. Brak poszanowania prywatności osób medialnych, mogła zrozumieć wszystko, ale każdy pragnie mieć odrobinę spokoju we własnych czterech kątach, dlatego dbanie o ciszę i spokój było tak ważne. Dlatego uważała ze im mniej się publikuje życia prywatnego w sieci, tym lepiej a ona praktycznie tego nie robiła od czasu do czasu, ale głównie z miasta, bo dbała o swoją strefę prywatną. Nie wiadomo na kogo, można w paść w sieci, więc ochrona życia prywatnego była dla niej tak ważna. Wcześniej również nie robiła tego, na wzgląd, by ukryć to, że jest siostrą znanego piosenkarza i fontanna jednej z coraz bardziej popularnej kapeli na świecie oraz dziewczyną drugiego z nich. Poza tym chłopacy z zespołu uchodzili za osoby, które prywatności strzegli, jak mogli, a najbardziej jej były, za co była mu cholernie wdzięczna, bo to dzięki niemu dużo nauczyła się jak dbać o swoje bezpieczeństwo w sieci. Coraz większe znaczenie miał w życiu internet czy różne portale społecznościowe i trzeba było uważać na to co się publikuje. Ta świadomość z czasem może się zacierać, ale to zależy od osoby. Nie zamierzała się wpieprzać innym w życie, ale wiedziała jedno, gdy w przyszłości nadal będzie działać po części w sieci i będzie mieć rodzinę, będzie robić wszystko, by nikt się o niej nie dowiedział. Zwłaszcza dzieci, maluchy są zależne od rodziców i to na ich barkach spada odpowiedzialność za nie, a ona raczej sobie nie wyobrażała sytuacji, że pokaże swoje dziecko w sieci, bo chciałaby, by miał zwyczajne życie jak przeciętnego dziecka bez blasku fleszy czy kamer przystawionych do buźki.
    Miała ochotę zaśmiać się ironicznie gdy przywiodła w pamięci jej ostatnią rozmowę, a raczej małą sprzeczkę ze swoim byłym, który śmiał jej wypomnieć brak odpowiedzialności i chęci do założenia rodziny, co za hipokryta z niego. Rozmawiali o tym wielokrotnie również po zaręczynach i wielokrotnie wspominała mu, że chce najpierw skończyć studia, a potem myśleć o ślubie i dzieciach i naprawdę czy on myślał rozsądnie przy ich małej kłótni, śmiąc jej powiedzieć w twarz, że nie chciała dzieci. On zdołał ukończyć studia i rozwinąć karierę i jej też zależało na samorozwoju. Nigdy nie powiedziała, że nie chce dzieci, bo pragnęła je. Chciała dla nich stworzyć dom, takiego jak ona nie miała nigdy, dlatego śmiać jej się chciało z tego. Jednak chyba najwyraźniej los chciał tego, by oni nie byli razem, tym samym to nie z nim założy rodzinę. Może pojawi się inny, z którym będzie w stanie zbudować związek na gruncie zaufania i wzajemnie miłości ukończy studia, nadal będzie pracować w tym co kocha, może uda się jej założyć fundacje, o której marzy, czy weźmie ślub i założy rodzinę. Niby normatywne życie, jednak obecnie bardziej szalała, przyjdzie czas gdy będzie się chciała ustatkować i myśleć poważnie nad życiem już dorosłej kobiety.
    Nawet nie dostrzegała momentu, gdy wjechali na słynną ulicę, a taksówkach zatrzymał się tuż przed wjazdem przed domem jej brata. Wyjęła z torebki portfel i opłaciła kurs z drobnym napiwkiem. Wychodząc na moment, zatrzymała się przed wejściem i jednym płynnym ruchem wygładziła sukienkę. Tym razem jednak stanęła przy bramce i zadzwoniła. Może z początku miała klucze do jego mieszkania, lecz po czasie je oddała, uznając, że nie są jej potrzebne i lepiej by dał je swojej dziewczynie, jej się bardziej przydadzą niż jej.
    Nie minęła nawet minuta, a furtka otworzyła się przed nią, a ona weszła na podjazd i już dostrzegła tak znajome dekoracje wzdłuż chodnika oraz rozłożone na przodzie ogrodu, a także przyozdobione wejście w dynie czy styczne pajęczyny wraz z pająkami. Doskonale pamiętała te ozdoby, bo sama je raz zakładała, słyszała już z oddali dźwięki muzyki, która dudniła w całym domu oraz uchylone drzwi wejściowe, przez które padł blask miotających świateł.
    Przykładając dłoń do ciemnego drewna drzwi, pchnęła je lekko, wchodząc do środka, już z przedpokoju dobiegł ją gwar rozmów mieszających się z grającą muzyką.
    — Nadchodzi Lady Drakula — dobiegł ją niespodziewany głos Chestera, który wyszedł za rogu kuchni, przebrany w zombiego, jednak jego kreacja nie kończyła się jedynie na ubraniach, ale zadbał, a pewnie pomogła mu Alice zadbać o makijaż.
    — Zabawny jesteś, wiesz? — skomentowała, podchodząc bliżej niego.
    — Ale wyglądasz zajebiście — zmierzył ją od góry do dołu swoim ciemnym spojrzeniem,
    Kącik jej ust drgnął nieznacznie do góry, nie była nic w stanie powiedzieć, gdyż z salonu wyszła jego partnerka i wcale nie była zaskoczona, że sama wybrała podobną stylizację, lecz w bardziej kobiecej wersji, włosy ułożyła w taki sposób, by wyglądały one na bardzo poniszczone oraz bardzo nieogarnięte. Widziała, że w pewnych miejscach pomalowała je na jasny szarawy kolor, jednak podejrzewała, że to zwyczajny zmywalny spray do włosów, a nie farba.
    — Rzeczywiście, wygląda jak żona Drakuli — zauważyła Alice — Ale chyba Drakuli brakuje — dodała z lekkim uśmieszkiem.
    Podeszła do niej i wspólnie podeszły do salonu gdzie zastała już większość znajomych, śledząc spojrzenie bliskich znajomym, widziała chłopaków ze swoimi partnerkami i niestety na moment zatrzymała swoje spojrzenie na Michaelu, który praktycznie był zapatrzony w stojącą przy nim kobietę przebraną w idealnie odwzorowany strój złej Królowej z Opowieści z Narnii. Momentalnie zacisnęła zęby, dyskretnie uciekając spojrzeniem od tej dwójki i popatrzyła na resztę imprezowiczów, przebrany był każdy nie zależnie czy postać z bajek, seriali, filmów czy postacie występujące we florkorze, czy popkulturze. Tutaj chodziło tylko o dobrą zabawę, a strój był dodatkiem do dodania tego mrocznego klimatu. Nawet przekąski czy dekoracje, wszystko do siebie pasowało. Pomimo że brakowało paru gości i tak zabawa się rozpoczęła, a ona może była jedyną singielką, jednak nie czuła wcale się z tego powodu nie komfortowo czy niezręcznie.
    Musiała przyznać, że ostatnio miała tak bardzo zabiegany czas, że praktycznie zapomniała o Ricardo. Nie miała czasu kiedy o nim myśleć, wróciła na studia i zależało jej przyłożyć się do nauki, praca również zajmowało jej sporo czasu, a także doszły treningi motocyklowe, więc to rozmyślenia o byłym kochanku, zeszły na dalszy plan i w sumie bardzo dobrze, przynajmniej jej umysł był spokojny tak jak jej myśli, mogła odetchnąć i skupić się na sobie. Chociaż gdy o nim teraz wspomniała, poczuła ukłucie w sercu, lecz odrzuciła jakiekolwiek myśli o swoim przygodnym romansie. Była wręcz przekonana, że nie ma jej amerykańskiego numeru, miał jedynie ten, który miała w Hiszpanii, by jakoś mogli do siebie pisać. Lecz dopiero nie dawno uświadomiła sobie jedno. Przed kilkoma miesiącami w ogłoszeniu na sprzedaż mieszkania podawała swój numer, jak i numer jej byłego i jeśli Hiszpan nie przypomni sobie o nim, mogła być spokojna, że nie zadzwoni z drugiej, jednak stronę pragnęła, by do niej choćby napisał. Była w tym momencie tak rozchwiana emocjonalnie i nie wiedziała co będzie dobre dla niej brak kontaktu czy choćby otrzymanie tej jednej wiadomości od niego.
    Dobiegła powoli jedenasta wieczorem, impreza trwała wręcz w najlepsze, wszyscy wręcz się doskonale bawili i ona, pomimo że sama i tak świetnie się bawiła, ogromnie się cieszyła, że unikała jak najbardziej widzenia swojego byłego i tej jego żony, bo zauważyła, że za każdym razem gdy ona dostrzegała, że na nich spogląda, wręcz obłapiała Michaela i coś szeptała mu do ucha i wręcz zgrywała bardzo kochaną dziewczynę, jednak czemu ona odczuwała sztuczność tego zachowania? Sama nie wiedziała, jednak nie zamierzała i nawet nie chciała się zastanawiać, to była ich sprawa oraz ich związek, ale naprawdę nie znosiła, jak pary robiły, coś na pokaz uważała to za tak bardzo sztuczne zachowanie, że trudno było, jej to znieś, a ona właśnie to robiła.
    Odrzuciła te myśli od siebie i ostrożnie odłożyła szklankę z upitym drinkiem na schodek, na którym siedziała. Wyszła na ogród, by nieco odetchnąć i ochłonąć w oddali widziała kilku mężczyzn stojących na uboczu palących papierosy, przynajmniej robili to na zewnątrz, ale naprawdę nie lubiła gdy ktoś palił, sam ten zapas był tak mdły tak odpychający, że dla niej to była skrajna głupota się trucie tym, ale nie będzie innym zabraniać. Ona nigdy nie sięgnie po tytoń, brzydziło ją to.
    — Spójrz, skarbie, tak wygląda życiowy przegryw, który został sam.
    Zbyt dobrze znała tę barwę głosu, kojarzyła ten ton tak dobrze, że nie musiała się odwracać, by zobaczyć, kto za nią stoi. Nawet się nie ruszyła z drewnianego schodka, mimowolnie spoglądając na szkło, które trzymała w swojej dłoni, gdzie w krzywej talii okrągłej szklanki odbijał się zarys dwojga osób, lecz ona bardziej wpatrywała się w ciemnobrązowy napój, który upiła.
    To mogło wydawać się zabawne, lecz nawet nie ruszyły jej te słowa. I nie chodziło o fakt, że w swoim życiu nasłuchała się już naprawdę wielu wulgaryzmów pod swoim adresem, to ponowna zniewaga w jej kierunku, przestała mieć dla niej znaczenia. Zawsze znajdą się osoby, które w jakiś sposób ci ubliżą czy cię obrażą, ale ważne by znano swoją wartość i broniono jej jeśli, również ogromnym cechą w utrzymywaniu swojej dobrej opinii o sobie była pewność siebie. Ostatnie lata sprawiły, że przestała być tą wystraszoną dziewczyną, która jest uległa na opinie innych i ranią ją uwagi innych teraz, zupełnie to do niej nie trafiało, wręcz mogła powiedzieć, że to po niej spłynęło. Już ją próbował obrażać przy pierwszym spotkaniu gdy wróciła z wakacji, a przez ostatnie dwa miesiące unikała widywania się z nim, tak naprawdę nie miała powodów się z nim widywać. Nic ich już nie łączyło, ona zakończyła już ten etap, ale najwyraźniej on nie potrafił zachować, choć tej odrobiny klasy i zachować się normalnie, musiał ją atakować. Tylko zastanawia się po co, skoro i tak nic na tym nie czerpie jedynie swoją jakąś satysfakcje, że obrzydził ją tym słownym głównem, ale czy to coś wnosi do jej, czy jego życia, zwłaszcza że doskonale wie, że ją trudno obrazić. Wcześniej owszem, ale nie teraz gdy po latach pracy nad samą sobą znała swoją wartość i nie dawała sobie w twarz pluć.
    Mimowolnie kącik jej ust drgnął do góry w dosyć ironicznym uśmiechu, lecz nawet nie ruszyła się z miejsca, lecz w końcu powiedziała nieco znudzonym tonem, odwracając szkło w dłoni:
    — Zabawne — odezwała się kąśliwe — Bawi to, że jeszcze pół roku, płaszczyłeś się, przed tym przegrywam, błagając go o wybaczenie i powrót do siebie.
    Imprezowicze, którzy stali nieopodal, wręcz zgodnie mruknęli i spojrzeli w ich, kierunku czując, że zapowiada się fajne przedstawienie. Ona naprawdę nie chciała robić żadnych dymów, ale nie zamierzała, pozostawiać jego drwi tak po prostu i dać się mu obrażać. Więc przestało mieć znaczenie czy mieli publiczność, czy nie i tak było zaskakujące, że przez ostatnie godziny wręcz nic się nie podziało, zwłaszcza ze najbliżsi znajomi z kręgu zespołu wiedzieli o ich bardzo napiętych stosunkach w ostatnich tygodniach jak i miesiącach więc aż zaskakujące było dla nich, że tak długo wytrzymali, bez jakiekolwiek konfrontacji.
    Odwróciła głowę przez ramię i popatrzyła na stojącego nieopodal Shinoda w towarzystwie jego żony, oboje przebrani w iście królewskie szaty, panów zimna i lodu:
    — Mam wszem wobec powiedzieć, jak się korzyłeś, płakać, żebym do ciebie wróciła?
    — Nic takiego się nie wydarzyło!
    Czy spodziewała się tego, że się tego wyprze? Czy wręcz przewidziała to, że będzie grać na zwłokę i udawać, że wcale nie próbował jej przekonać do powrotu do siebie, posuwając się do błagania o to? Może była zbyt przewidywalna, ale zaczęła to odczuwać po ich spotkaniu po kilku miesiącach wtedy gdy niechcący spotkała go na ulicy.
    Podniosła się z odrobiną gracji ze schodów i zrobiła dwa kroki, do po prostu stojąc przed nimi, odstawiając ówcześnie szklankę na pobliski stolik. Zaplotła dłonie na piersiach, patrząc z przymrożonymi oczami, na swojego byłego narzeczonego.
    — Michaelu, nie oszukujmy siebie i innych, chłopacy wiedzą, jak trudno było, ci znieś rozstanie ze mną, mnie nie musisz okłamywać w końcu, to mnie wręcz błagałeś na klęczkach o to, żebym do ciebie wróciła — mówiąc to, wspomniała jedną z ich wielu rozmów, gdy ona zabierała swoje rzeczy z jego domu.
    Z uwagą śledziła, jak wręcz mocno zaciska zęby, próbując ukryć wręcz zarumienione policzki zawstydzenia, odruchowo kącik jej ust drgnął do góry, bo doskonale wiedział, że uderzyła w czuły punkt.
    — Chyba sobie żartujesz!? Nie błagałem cię o powrót.
    Mimowolnie wywróciła oczami na jego słowa, widząc, do czego zmierza ta rozmowa, która wydawała się tak bardzo bezwartościowa i płytka, ale dobrze skoro chce się tak bawić, chętnie do tego dołączy.
    — Chwileczkę, a czy to nie ty, wręcz płakałeś za mną gdy ja pakowałam swoje rzeczy w twoim mieszkaniu?
    Widziała kątem oka, jak coraz więcej osób zgromadziło się wokół nich, niedaleko zobaczyła chłopaków jakby gotowych zainterweniować gdyby sytuacja zaszła za daleko, ale ona nie zamierzała nic robić, jedynie spokojnie rozmawiała ze swoim byłym.
    — Niczego takiego nie było — wręcz wysyczał przez zaciśnięte zęby.
    — Jesteś niesprawiedliwa — po raz pierwszy odezwała się Taylor i czemu czuła fałszywość jej dość uprzejmego tomu — Okrążać mojego męża, a tak naprawdę to ty go zostawiałaś i próbujesz teraz przekształcić obraz na swój wizerunek, tak byś to była tą pokrzywdzoną, a nie Mike. Oszukałaś go...
    Wiedziała, że jak zaraz nie przerwie tego monologu, to zaraz wybuchnie. Momentalnie poczuła, jak wzrasta w niej ciśnienie, słysząc wypowiedzieć Smith. Nie pozwoli sobie na to, by oni zakłamali wszelkie szczegóły, by tylko ich historia się zgadzała.
    — Zaczekaj Taylor, czy to nie ty byłaś tą, która wskoczyła wtedy mojemu narzeczonemu do łóżka. Zanim się oburzysz, sama się mi wsypałaś, oboje wręcz się wkopaliście — wskazała na nich obojga palcem — Mogliście być bardziej ostrożni i zacząć się rozbierać w sypialni, ale zrobiliście to na korytarzu i takim sposobem, udowodniliście jedynie mi, że się przespaliście. Jesteśmy dorosłymi ludźmi, jeśli naprawdę jeśli oboje uważacie, że tandetna manipulacja rodem z liceum, ukształtuje wasz obraz, tej historii to się mylicie. Zacznijmy od tego, że wykorzystałaś kryzys w związku moim i Mike i to ze on wolał się upić, zamiast przemyśleć co zrobić i oddać mi moją własność, ale wolał być złodziejem. Mike nawet nie próbuj znowu tego... — uprzedziła go gdy widziała gdy chciał coś powiedzieć — Bezczelnie mnie okradłeś, zwabiłeś mnie do łóżka, przeleciałeś i wykorzystałeś okazje, że padłam zmęczona i bezczelnie zababrałeś moją własność, ja wiem, że oboje próbujecie kreować przeszłość na swoje własne upodobanie, ale nie przy mnie. Nie przy osobie, która zna prawdę.
    — Jesteś gówniara która...
    — Może i jestem Mike, ale przynajmniej mam swoją godność i nie poleciałam do mojego byłego i nie zaobrączkowałam go tylko po to, by nie czuć się samotną — przerwała mu w pół zdania — Wyzywajcie mnie, jak chcecie, ale pamiętajcie to, nie pokazuje waszej dojrzałości, a wręcz dziecinność waszego zachowania.
    Tłum przyglądał się im, z zapartym tchem oczekując, co wydarzy się dalej, lecz ona nie chciała robić komedii, również nie chciała robić syfu i niesmaku na imprezie Chestera. Nie chcąc zawracać sobie nimi głowy, przeszła obok nich i już była blisko wejścia gdy nagle usłyszała ponownie głos Michaela za sobą:
    — Nie zrozumiesz nas i naszej miłości!
    Odwróciła się niemal natychmiast by spojrzeć na niego i odpowiadając mu z lekkim uśmieszkiem.
    — Wcale nie muszę, by widzieć, że połasiłeś się na byłą, by tylko z kimś być i być może utrzeć mi nosa.
    — Ona się zmieniła! Nie jest jak dawniej!
    — Nie obchodzi mnie to Mike, to twoje życie, przepraszam wasze państwo Shinodów — odparła z nieco ironicznym uśmieszkiem — Masz to co chciałeś, żonę i plany na wspólną przyszłość. Masz to co ci taka gówniara jak ja nie chciała dać. Więc czego ode mnie oczekujesz? Twoje życie twoja sprawa. Nasza historia zakończyła się pół roku temu i rozpoczęła nowa, którą piszemy już osobno.
    — I co ja w tobie widziałeś przez ostatnie lata? — usłyszał za sobą jego głos pełen wyrzutów.
    — Chyba to, że byłeś z młodszą nieodpowiedzialną laska, której w głowie wyścigi i imprezy, a nie dorosłe życie — skomentowała — Mike po prostu zajmij się swoim życiem z Taylor i nie wpieprzaj się do mojego skoro, ja nie wtrącam się do waszego i wreszcie pogódź się, z tym że my to już koniec!
    Nie zważając na nic więcej, weszła do domu.
    Jednak gdy minęła kolejne pół godziny w dość napiętej atmosferze między nią a Shinodamii, zdecydowała się odpuścić. Zamawiając taryfę, poczekała na nią, gdy kierowca podjechał pod wjazd, odnalazła w tłumie imprezowiczów gospodarza, z którym się pożegnała. Chester próbował ją jeszcze przekonać, by została, jednak ona wolała już iść.
    Z chwilą gdy wyszła z domu, dobiegł ją dźwięk przychodzącego powiadomienia, przystanęła na moment, wyciągając wibrujący telefon z torebki i zerknęła na nieznany numer. Zmarszczyła lekko brwi, nie wiedząc, co to w ogóle za ciąg liczb nic jej nie mówił. Na moment zawahała się, jednak po chwili odebrała i przyłożyła telefon do ucha, a po drugiej stronie usłyszała:
    — Hola Señorita