Saturday, May 3, 2025

V 23 — W KOŃCU OPUŚCIŁA TE MURY

    — O to pani wypis — zwrócił się do niej lekarz.
    Widziała, jak wyciąga w jej kierunku prócz standardowej kartki, z wypisem również dość grubą teczkę, w której był zawarty opis całej jej historii leczenia od momentu gdy trafiła do tej placówki, poprzez zalecenia stosowania leków czy zmian opatrunków co wydawało się chyba istotnie rachunek.
    Nie zamierzała ukrywać, obawiała się spojrzeć do środka i zobaczyć, jaka jest tam cyfra, zwłaszcza obecnie gdy nie mając żadnej absolutnie pracy, nie było jej stać na wykupienie ubezpieczenia, a stare już dawno wygasło.
    Owszem może nie powinna przykładać do tego wagi zwłaszcza teraz, jednak doskonale wiedziała, w jakim żyje kraju i z jakimi problemami się mierzy, dlatego kwestia opłacenia jej leczenia było dla niej również powodem do zmartwień.
    Była gotowa już ją zabrać z jego rąk, gdy została uprzedzona. Widziała, jedynie jak znika ona z boku, co ją nieco zaskoczyło. Nie musiała jednak długo szukać osoby, która śmiała skraść jej dokumenty, bo wystarczyło, że odwróciła głowę, by ujrzeć swojego męża, który zdecydował się zabrać jej sprzed nosa tak ważne papiery.
    — Masz nie zawracać sobie tym głowy — zwrócił się do niej po hiszpańsku — To leży w moim interesie, by tym się zająć — uniósł teczkę, by ukazać jej, co ma na myśli — Masz skupić się teraz na sobie — dodał z nieukrywaną troską.
    — Ale…
    On jednak pokręcił przecząco głową, nie pozwalając jej nawet dokończyć swojej wcześniejszej myśli. Owszem rozumiała go, że chce zabrać od niej, chociaż część zmartwień nawet jeśli były one bardziej finansowe. Nie był nierozsądny i doskonale zdawał sobie sprawę z jej sytuacji.
    Spoglądał przez moment na swoją ukochaną, a w nieco przygaszonym spojrzeniu ujrzał po wątpienie i absolutnie szanował i rozumiał jej poglądy, którymi się kierowała. Zdawał sobie sprawę, że pomimo podpisanej intercyzy chciała zabrać na siebie odpowiedzialność za swoje długi, jednak jak sama wspomniała, było to nieco tajemnicze, że nagle została tak mocno zadłużona jednak w przypadku, właśnie tego leczenia nie chciał, by męczyła sobie tym głowy. Stać go było, by zapłacić za ostatnie tygodnie, które spędziła w tym szpitalu, dlatego wolał, by nawet nie zaglądała do środka. Miała już wystarczająco zmartwień oraz problemów, którymi się zadręczała. Fakt, że przeszła przez istny horror, sprawiało, że teraz takie błahostki jak pieniądze przestają mieć znaczenie. Był jej mężem i pomimo wszystko, co się stało, obiecał trwać przy niej, bo ją kochał.
    Nie było dla niego, istotne to jak wyglądała, nawet teraz gdy kwas poniszczył znaczną część jej ciała. Było to najmniej istotne, bo pokochał ją za to, jakim była człowiekiem, za jej barwną i dość charyzmatyczna osobowość to dla niego się liczyło i mimo że zdawał sobie sprawę, że obecnie pod gruzami tych wydarzeń, które rozegrały się w jej życiu, ta jej dawna osobowość utknęła to, postawił sobie za cel, by jej pomóc. Nie tylko pod względem fizycznym gdy medycy uznają, że może wykonać operację plastyczną, ale również pragnął zadbać o jej psychikę, która była w zupełnej rozsypce.
    Otrzymała zalecenia, o wykupienie leków uspokajających oraz nasennych gdy zaczęła się uskarżać na koszmary, jednak zalecono stosować je jedynie w skrajnych sytuacjach. Miała nadal być pod opieką specjalisty oraz terapeuty, o co zamierzał zadbać. Wiedział o tym, że bardzo ceniła sobie pracowania nad swoją psychiką z odpowiednią specjalistką, dlatego zwłaszcza teraz nie zamierzał przymykać oczu i załatwić jej spotkanie z jej terapeutką nawet domowe, by czuła się na tyle komfortowo.
    Zależało mu, na tym by jego żona doszła do siebie, a takie zmartwienia jak opłaty za leczenie czy leki było to w jego interesie.
    — Bella — powiedział do niej z uczuciem, spoglądając wprost w jej oczy, które skrywała teraz za oprawkami okularów — Wiem doskonale o twoich poglądach, jednak pragnę byś na moment zapomniała o tym i skupiła się, ale na samej sobie. Nie jestem, ignorantem widzę, że wiele przeszłaś. Nie powinnaś się teraz przejmować pieniędzmi, zadbam o to, by wykupić wszystko i opłacić, ty skup się na sobie. Przeszłaś przez prawdziwe piekło i wolę byś teraz odpoczywała, a na dniach postaram się załatwić ci spotkania z terapeutką. Nie zostawię cię z tym samej, ale pewne kwestie pozostaną tylko dla mnie — powiedział do niej spokojnie.
    — Nie wiem, czy postępujemy właściwie…
    — Señorita zdaje sobie sprawę, że to jest sprzeczne z twoimi przekonaniami i wartościami, ale są sprawy ważne i ważniejsze w tym przypadku, ty musisz skupić się na sobie. Zależy mi byś, popracowała nad swoim zdrowiem psychicznym, który jest w ruinie i to widać i obecnie ma cię nic więcej nie obchodzić. Nawet to, by zakupić bandaże czy leki, bo to jest na mojej głowie.
    Gdy go słuchała, trudno jej było się z nim nie zgodzić, mimo wszystko jej moralność nie pozwalała jej tak po prostu zapomnieć. Miała sztywne zasady, jakich się trzymała i słuchając tego, że ma poświęcić uwagę samą sobie ze świadomością, że zapewne czeka ją, spory wydatek jednak wiedziała, że z Ricardo jednak nie ma dyskusji.
    On tak jak i ona należał do osób upartych i nie łatwo go przekonać do zmiany swojej decyzji. Rozumiała, że chciał ją obciążyć z pewnych zmartwień, ale czuła się paskudnie, że pomimo podpisanej intercyzy on płaci za nią.
    — Julio rozumiem twoje wątpliwości — odezwał się ponownie.
    Słysząc jego spokojny i pełen uczuć i miłości głos, poderwała głowę, by popatrzeć na nią. Spoglądał na nią z taką miłością i troską, jaką widziała od chwili gdy zaczęli się ze sobą spotykać. Nawet teraz w obliczu dość niekorzystnego czasu i to nawet jak wyglądała obecnie, to nie sprawiło, że jego uczucia nagle osłabły, a wręcz mogła stwierdzić, że pogłębiły się jeszcze bardziej. Przez ostatni okres gdy tutaj leżała nie ujrzała ani razu, by w jego oczach mogła ujrzeć niechęć czy obrzydzenie, nic z tych rzeczy, wciąż spoglądał na nią z takimi sami odczuciami jak dawniej.
    — Chce zabrać od ciebie, chociaż część zmartwień, z jakimi się mierzysz — powiedział i poczuła momentalnie, jak chwyta jej dłoń w czułym uścisku, zanim dokończył — Na ten czas zapomnij o tym, czym się kierujesz i pozwól mi zatroszczyć się o ciebie, bo w pełni na to zasługujesz.
    Nie odpowiedziała, jednak spoglądnęła na niego z czułością i delikatnym uśmiechem. Może miał odrobinę racji i nie powinna teraz tymi mniej kluczowymi sprawami się przejmować. Mimo że wiedziała, że będzie to dla niej trudne do jednak teraz dla niej priorytetem, były jednak jej zdrowie, ale psychiczne.
    Chciała sobie wszystko uporządkować i poukładać w głowie i przepracować ten koszmar pod opieką specjalistki.
    W końcu skinęła głową, dając mu jednocześnie do zrozumienia, że w pełni popiera jego zdanie. Jak zawsze była mocno wygadaną osobą, to w ostatnim czasie mocno stała się milcząca jak nie cicha i Ricardo nie naciskał na rozmowę gdy widział, że nie jest do tego chętna, za co go ceniła.
    Nie dostrzegli momentu gdy lekarz wyszedł i powrócił do swoich obowiązków i opieki nad innymi pacjentami, a oni zostali sami, jednak nie zamierzali dłużej tu tkwić. To był moment gdy Ricardo chwycił torbę wypełnioną jej rzeczami i przerzucił sobie na ramię i ostrożnie objął ją ramieniem gdy wspólnie wychodzili z pokoju i nie ukrywała część, jej cieszyła się, że może w końcu opuścić te szpitalne mury. Nie spoglądać już na te białe ściany. Zostawiała to za sobą.
    — Mam dla ciebie mały drobiazg w samochodzie Señorita — widziała, jak uśmiecha się delikatnie w jej kierunku.
    — Prezent? — zdziwiła się, spoglądając na niego.
    — Zapomniałaś — stwierdził nagle.
    — Czy jest coś, o czym nie pamiętam? — zapytała wprost.
    Wytężyła swój umysł, by przypomnieć sobie, czy faktycznie jest coś, co wypadło jej z głowy, lecz tak naprawdę nic nie mogło wpaść jej do głowy. Widziała, jednak po chwili jak uśmiecha się i mówi:
    — Bella czy szósty grudnia nie jest dla ciebie znajomą datą? — spytał wprost.
    Dopiero widząc jego spojrzenie, zrozumiała, który dziś jest i co to za dzień. Przez to wszystko zupełnie zapomniała o swoich urodzinach. Nawet jeśli by wciąż by o nich pamiętała, zapewne nie przykładała, by do tego takiej wielkiej wagi, jednak perspektywa, że wyszła ze szpitala w dniu swoich dwudziestych trzecich urodzin, było w pewien sposób pocieszające.
    — Wszystkiego najlepszego piękna — powiedział ciepło.
    Nie zdążyła zareagować gdy pocałował ją krótko i nawet się nie burzyła, bo nie miała tak naprawdę po co. W końcu opuścili oboje szpital i wyszli na zewnątrz gdzie, pomimo że był grudzień na dworze, dało się wyczuć ciepło. Nie były to już te niemal upalne dni, podczas których zazwyczaj się siedziało w domach, ale było naprawdę przyjemnie.
    Ricardo poprowadził ją w stronę parkingu i pomimo że nadal trzymał lekko, ją obejmował, zaprowadził pod jeden z pojazdów, który czekał wśród innych i gdy tylko się zbliżyli, mogła ujrzeć, że wkrótce stanęli przed najnowszym modelem Tesli z obecnego roku.
    Popatrzyła dość zaskoczona na ukochanego, który jedynie popatrzył na nią z błyskiem w oku i powiedział:
    — Tak to mój, kupiłem go jakiś czas wcześniej — wyjaśnił spokojnie — Oboje potrzebujemy samochodu tak samo jak mieszkania…
    — Miałeś do tego głowę — spytała, spoglądając na niego.
    — Nie do końca, jednak musiałem załatwić nam obojgu jakiś transport czy dach nad głową. Nie będziemy mieszkali w hotelach czy motelach. A właśnie jedziemy do naszego, małego gniazdka gdzie czekają na ciebie już mali lokatorzy.
    — Czekaj jak ich znalazłeś, nie mówiłam ci, u kogo zostawiam zwierzaki — stwierdziła wprost.
    — Anthony dowiedział się, że są u twojej kumpeli i je przywiozłem do nas. W końcu zasługują, by być w domu, a nie u obcych ludzi. Tak cały czas się nimi zajmowałem. Nie porzuciłem ich — powiedział, uspokajając go — Widać, że oni za tobą tęsknią, dlatego zabieram cię do nich — zapewnił.
    Nie zamierzała ukrywać, ona również za nimi mocno się stęskniła, prawdę mówiąc swoich futrzastych przyjaciół ostatni raz widziała jeszcze w czerwcu, a obecnie był początek grudnia. Pół roku rozłąki z nimi ponad półtora miesiąca było planowane, reszta absolutnie nie nad czym ubolewała.
    Ricardo otworzył przed nią drzwi i pozwolił wsiąść gdy to zrobiła, zamknął je, wkrótce usłyszała, jak otwiera bagażnik i wrzucił torbę oraz teczkę z dokumentami do środka i po paru sekundach usiadł na miejscu na kierowcy. Na szczęście w Ameryce było stosunkowo łatwo zdobyć prawo jazdy dlatego niebyłe zdziwiona, że i o to zadbał. Jednak wymagane było one wymagane zwłaszcza gdy chce się poruszać po drogach w Ameryce, które dostosowane są bardziej do samochodów niż do pieszych wędrówek.
    — To dla siebie Bella.
    Głos Ricardo wyrwał ją ze swoich myśli. Ujrzała tuż przed sobą, piękny, lecz bardzo ogromny bukiet czerwonych róż, które spięte były w fioletowo — różową bibułę opasane wstążką.
    — Jeszcze raz Wszystkiego Najlepszego i to jeden z prezentów, wiem, że zapewne nie tak sobie wyobrażałaś te urodziny, ale…
    — Liczy się gest i to, że pamiętałeś — uprzedziła go delikatnie, kładąc mu rękę na przegubie — Nie spodziewałam się raczej obchodzenia ich, bo wyleciało mi to z głowy, ale kwiatami nigdy nie powadze zwłaszcza tymi, które tak uwielbiam — jej twarz na moment się rozjaśniła.
    Rzadko widywałam u niej, chociaż jakąś małą radość na twarzy, dlatego ujrzenie, chociaż cienia uśmiechu było dla niego mocno pokrzepiające. Wiedział, że przed nią czeka jeszcze długa droga do pełni zdrowia, jednak zamierzał ją wspierać przez cały ten czas.
    — Wracamy? — zapytał, odpalając silnik.
    — Owszem, mam dość szpitali na rok — stwierdziła wprost z lekkim rozbawieniem w głosie.
    Delikatnie zaciągnęła się zapachem swoich ukochanych kwiatów. Od zawsze miała do nich słabość, mimo że nie miała zupełnie podejścia do roślin, bo często przy niej usychały, to jednak o róże potrafiła dbać i kochała fakt, jak wiele kolorów mogły mieć.
    W końcu jednak wyjechali spod klinki i ruszyli w głąb miasta, tak naprawdę teraz mogła, tylko się zastanawiać dokąd zmierzali, bo nie miała pojęcia, gdzie obecnie mieściło się ich lokum, a właściwie jego mieszkanie.
    W końcu jednak po czterdziestu minutach skręcił w jedną z ulic, która prowadziła do zamkniętej bramy. Popatrzyła na rozciągające się przed nimi osiedle z kilkoma wieżowcami. Ricardo jednym kliknięciem otworzył bramę, a ona skupiła się na rozglądaniu po okolicy. Wiele zieleni, które rozciągała się między pnącymi się górę apartamentowcach. Mimo że nie widziała tego, co kryje się za budynkami, tak dokładnie zapewne znajdował się tam parki czy place zabaw.
    Wkrótce wjechał pod podziemia jednego z wyższych budynków i po krótkiej chwili manewrów odnalazł miejsce, na które zaparkował. Zgasił silnik i wyjął kluczyki i zwrócił się do niej, mówiąc:
    — Jesteśmy na miejscu Bella — oznajmił z uśmiechem.
    Spoglądnęła na niego z dozą ciekawości jednak nie zdążyła nic powiedzieć gdy on wysiadł z pojazdu, by wkrótce otworzyć przed nią drzwi. Wyciągnął w jej kierunku dłoń, za którą prędko złapała i wyszła na zewnątrz. Mężczyzna wykorzystał ten moment i wyjął z bagażnika torbę oraz dokumentacje i podszedł po chwili, do niej mówiąc:
    — Zapraszam na górę — rzekł.
    Oboje powędrowali w stronę wind, przy których przystanęli. Wkrótce jednak po ówczesnym przywołaniu, zjechała na dół, a metalowe drzwi się rozsunęły. Weszli do środka i zdążyła tylko kątem oka zobaczyć jak Hiszpan, wciska guzik ostatniego pięta i wkrótce ruszyli w górę.
    — Liczę na to Bella, że… — zaczął powoli — spodoba ci się to mieszkanie. Wiem, że mocno przeżyłaś utratę poprzedniego, ale mam nadzieje, że to również ci się spodoba.
    — Ricardo, owszem dotknęło mnie to, ale nie zamierzam się aż tak mocno tym przejmować. Dla mnie liczy się, by mieć po prostu dach nad głową a o standardy tak nie walczę i wiem, że może to przeczyć, z tym że miałam na własność mieszkanie, które można kupić za sporą sumę w tak młodym wieku. Chciałam jednak wykorzystać okazje, że miałam wtedy dość dobry zastrzyk gotówki i zamiast wydawać na pierdoły kupić mieszkanie i wyprowadzić się od brata.
    — I słusznie postąpiłaś. Bo na alkohol czy imprezy te pieniądze szybko się rozchodzą, a tak mogłaś zainwestować i zdobyć mieszkanie. Owszem utraciłaś je, ale czy miałaś na to wpływ no nie, bo ktoś cię wrobił — podkreślił.
    Niestety jednak poznała prawdę. Dowiedziała się, kto sprawił, że jej poprzednie życie zaczęło się powoli sypać i czemu nagle traciła tak dla siebie ważne rzeczy, mimo że nie zrobiła absolutnie nic. I mogła powiedzieć wprost, po prostu czuła się rozdrażniona wściekła i rozgoryczona, bo gdyby nie ten głupi plan Michaela i jego chęci zemsty teraz nie byłaby na totalnym dnie a mogła utrzymywać się ze swojej pracy i nadal mieć swoje mieszkanie a tak przez niego i jego żonę utraciła to, na co pracowała przez ostanie lata.
    Niestety nie mogła nic zrobić, by to wszystko naprawić. Nie miała magicznego zegarka jak Hermiona, by cofnąć się w czasie i uchronić ją przede wszystkim z tą wiedzą, jaką obecnie posiadała.
    Jeśli myślała, że zawiedzie się bardziej na kimś, kto sprawił jej tyle przykrości, wystarczyło obecnie wczuć się w jej sytuacje. Żona jej byłego pozbawiła ją większości tego, na co zapracowała, jej były toksyczny chłopak dostatecznie ją zniszczył i czy mogła czuć się gorzej niż teraz.
    Gdyby na to spojrzeć obecnie znajdowała się na samym początku. Gdy przypomni sobie pierwsze lata w Los Angeles. Nie posiadała wtedy niczego prócz kilku starych rzeczy teraz oprócz zwierzaków i męża nie miała, nic zaczynała znowu od zera, ale czy była gotowa znowu zmierzyć się z tą drogą. Może z czasem zapragnie pójść dalej na razie chciała jednak skupić się na tym co było ważniejsze na zdrowiu.
    Winda zatrzymała się w końcu na ostatnim piętrze, a oni mogli wyjść na zewnątrz, tam prócz drzwi do jednego mieszkania nie było absolutnie żadnych innych, a Ricardo podszedł do nich i przekręcił klucz w zamku, zapraszając ją do środka.
    — Witam w naszym nowym gniazdku — powiedział.
    Ona z lekką niepewnością weszła do środka. Nie była jednak w stanie się rozejrzeć wokół gdy usłyszała w oddali głośne poszczekiwanie a ona zobaczyła jak w jej stronę biegnie wręcz przeszczęśliwa Junka. Przykucnęła widząc, że tuż za nią idzie Walter i Cindy jednak psiak wpadł wręcz w jej ramiona, chciała ją polizać, jednak ostrożnie ją odsunęła, bo jednak nie chciała narażać opatrunków.
    — Cześć malutka — zwróciła się do niej — Tęskniłaś za mną? — słyszała jej głośne poszczekiwanie i merdający ogon — Ja za wami równie mocno — zwróciła się do trojga futrzaków.
    Kociaki wykorzystały moment i zaczęły ocierać się o jej stopy gdy ona w końcu uklęknęła, a oni mogli wręcz wpaść na jej kolana. Ricardo, który stał obok, uśmiechnął się delikatnie, widzą to gorące powitanie. Nie był zdziwiony, dobrze wiedział, że cała trójka tęskni za Julią i widok jej po kilku miesiącach sprawił, że byli z tego powodu szczęśliwi.
    Odszedł na moment tylko po to, by zadzwonić, bo wiedząc, że Julia dziś wychodzi, nie miał głowy do gotowania i pragnął coś zamówić na szybko. Zabrał ówcześnie bukiet jej róż, które położył na wyspie w kuchni. Po krótkiej rozmowie z dostawcą pizzy, o której wręcz marzyła, jego żona zajął się kwiatami.
    Po dość dłuższej chwili w końcu ją ujrzał gdy podeszła do blatu w kuchni z Junką a wokół jej stóp kręciły się kociaki. Widział, jak spogląda w bok, by popatrzeć w głąb mieszkania i od razu zauważyła, że w salonie znajdowały się schody, które prowadziły na drugie piętro, a salon był bardzo wysoki, bo jego sufit znajdował się na drugim piętrze. Przeszklone ściany wręcz wpuszczały prominie popołudniowego słońca.
    — Chyba się mogę rozejrzeć? — zagadnęła.
    — Nie mam nic przeciw w końcu i to twoje mieszkanie — oznajmił — Jedzenie będzie za pół godziny — dorzucił.
    Widział, jak odchodzi, by pozwiedzać mieszkanie. Westchnął cicho i oparł się o krawędź blatu z myślą, że następne tygodnie będą trudne, jednak nie zdawał sobie sprawę jak bardzo ciężkie one będą.

No comments:

Post a Comment