Saturday, April 26, 2025

V 21 — BIEL ŚCIAN

    — Jesteś pewna? — pytał ją już po raz kolejny.
    — Ricardo, zapewniam, dam sobie radę to tylko dwie godziny — próbowała go praktycznie bez skutecznie uspokoić.
    Nie musiała się nawet przyglądać, by wiedzieć, że jej słowa nie były dla niego zbyt przekodowujące. Nie można było tego ukryć, że obecnie ta sytuacja mocno odbija się na ich obojgu. Nie dość, że są dość młodym małżeństwem, to w przeciągu paru tygodni mierzyli się z ogromnymi problemami, głównie które obracały się wokół niej, bo wszystko praktycznie rozpoczęła lawina zmagać gdy dowiedziała się, że utraciła swoje mieszkanie. Wszystko, co potem się działo, miało dość negatywny skutek na nią, ale również to wystawiało ich związek na ogromną próbę.
    Miała poczucie, że od dłuższego czasu ich relacja była testowana przez los, czy zdołają przebrnąć przez to wszystko razem, czy w pewnym momencie zagubią się w tej wspólnej wędzące. O ile Ricardo wykazywał się ogromem cierpliwości, współczucia czy po prostu miłości i nie dawał jej powód do tego, by mogłaby zwątpić w nich, czy ona miała podobne odczucia?
    Musiała przyznać, że była to bardzo to bardzo dyskusyjna sprawa i sama tak naprawdę do końca nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć.
    Oczywiście ani na moment nie przestała go kochać nawet teraz, jednak z czasem pojawiały się w jej głowie obawy czy wątpliwości, czy ona jest w stanie oddać mu tym samym, taką samą czułością czy uczuciowością, jaką mogła obecnie od niego poczuć. Nie chciała jednak nic mówić i dzielić się swoimi roztargnieniami, bo doskonale zdawała sobie sprawę, że obecnie była mocno rozchwiana emocjonalnie i nie chciała podejmować dość pochopnych decyzji, których mogłaby w przyszłości rzeczywiście żałować, dlatego zachowywała to dla siebie.
    — Cholerny kontrakt… — zamruczał, a w jego głosie dało się słyszeć ogromne niezadowolenia — W takim momencie mam zajmować się sprawami biznesowymi gdy nie mam w ogóle do tego głowy — mówił z westchnieniem.
    — Nie prześcigniesz tego i doskonale o tym wiesz. Nie będę cię zatrzymywać, wiem, że zależy ci, byś był przy mnie, ale rozumiem również że jednak po takim czasie musisz zapanować nad sytuacją w firmie i absolutnie cię nie winie — powiedziała ze spokojem.
    Wiedziała, że i tak nie był to dla niego zbyt przekonujący argument. Wiedziała, co siedzi mu w głowie, ona jako jego żona teraz leżała w szpitalu i zamiast nadal przy niej być, pomimo że trwał u jej boku od samego początku, to musi wyjść na wzgląd na umówione spotkanie i musiał wrócić do domu, jednak absolutnie była wyrozumiała wobec niego i jego obowiązków.
    Ona sama jednak nie była osobą, którą zbytnio się narzucała innym, była bardziej osobą, która przeżywała swoje emocje, przeżycia czy wspomnienia wewnątrz siebie, jednak rozumiała, że nie było mu wcale po drodze po prostu wracanie do mieszkania i jej zostawianie. Wspomniał już jej o poranku, że będzie jednak musiał dziś wcześniej wyjść i to zrozumiała.
    — Mam jednak wyrzuty sumienia, że cię po prostu zostawiam — odezwał się nagle — Anthony’ego nie ma, bo siedzi w Phoenix…
    — I tak bardzo dużo dla mnie zrobił. Nie jestem również dzieckiem, przy którym trzeba było siedzieć wiele godzin i pojmuje, że jednak macie swoje obowiązki. Umówmy się Ricardo, przedłożyliście wszystkie swoje rzeczy nade mnie gdy mnie nie było, gdy leżałam w śpiączce, teraz jest znacznie lepiej i mogę jednak zostać sama, poza tym mogę w każdej chwili zawołać pielęgniarki czy lekarza i teraz praktycznie nic nie zagraża mojemu życiu.
    Bo było to rzeczywistą prawdą, po tygodniach życia w ciągłym strachu wręcz bojąc się czy przeżyje kolejny dzień, teraz wszystko wydawało się układać, a ona powoli dochodziła do siebie. Mimo końcówki listopada rokowania były coraz lepsze i lekarze wspomnieli, że jeśli kolejne badania okażą się być na tyle zadowalające to może z początkiem grudnia w końcu ją wypiszą do domu.
    I szczerze jedyne, o czym marzyła, to by wrócić i położyć się w normalnym łóżku. Ricardo wspomniał, że zakupił mieszkanie i gdy tylko wyjdzie, zabierze ją do nich, po utracie jej poprzedniego lokum musiał sobie jakoś poradzić i zakupił apartament w dość spokojnej dzielnicy miasta z dala od zgiełku oraz widocznej bezdomności, tam, gdzie wydawało się być najbezpieczniej, na czym mu naprawdę zależało.
    Bo owszem z pozoru wydaje się, że to dość urokliwe miasto, jednak mierzyło się ono ze swoimi problemami, które jednak były widoczne gołym okiem, a urzędnicy, zamiast zająć się bezdomnością, która bardzo była widoczna na ulicach, woleli przymykać na to oko, a to jedno z wielu zmagać tej ogromnej metropolii.
    — W razie czego po prostu dzwoń — poprosił.
    Popatrzył na nią dość smutno, zanim wyszedł i mogło zaskakiwać, że ani ją nie przytulił, ani nie pocałował, jednak wystarczyło spojrzeć na nią, by zrozumieć, że raczej i tak całusy były ograniczone, a przytulania nie chcieli naruszyć opatrunków, którymi była okryta. Patrzyła przez dłuższy moment na miejsce, gdzie przed momentem znikną, lecz po krótkiej chwili ciszy westchnęła cicho i delikatnie zsunęła swoje stopy na podłogę.
    Z jednego czego naprawdę się cieszyła, to, że wreszcie mogła chodzić o własnych nogach i nie musiała prosić się o przewiezienie. Mimo że fizycznie dochodziła do siebie oprócz oczywistych poparzeń, które jednak potrzebowały czasu nie kilku tygodni, a nawet miesięcy na to by w końcu mogła zdjąć te opatrunki, mogła już swobodnie się poruszać, co oczywiście wykorzystywała.
    Była zmęczona ciągłym leżeniem, najpierw na twardym betonie w tej cholernej piwnicy, a potem na szpitalnym łóżku więc wykorzystywała momenty gdy mogła to zrobić i wstawała i chodziła po swoim pokoju i tak jak teraz również zamierzała skorzystać z okazji i gdy tylko się podniosła wolnym krokiem podeszła do okna i przystanęła tuż przy nim.
    Widok był dla niej tak bardzo znajomy tak powtarzalny i monetowy, że nic ją nie było w stanie zaskoczyć, lecz mimo tego lubiła spoglądać tam i marzyć, by w końcu wyjść na zewnątrz.
    Z czasem gdy zaczęła powoli dochodzić do siebie, jednak zaobserwowała u siebie znaczne pogorszenie się samopoczucia i jednak nie można być zaskoczonym. Tkwiła zamknięta przez kilka tygodni zdana na tortury, jakieś psychopaty to ją doszczętnie wyniszczyło i mimo że była wolna od myśli bardziej destrukcyjnych to jednak nie czuła się już tak szczęśliwa jak dawniej.
    Nie radowały ją proste rzeczy, nie potrafiła cieszyć się z głupot, gdy w jej głowie wręcz panował istne szaleństwo. Pomimo że usilnie starała się nie wracać wspomnieniami do tamtych dni, tych koszmarnych momentów bywało to jednak silniejsze od niej i widziała je oczami swojej wyobraźni. Jednak najgorszej było gdy zapadał zmrok. Lęki nadal w niej tkwiły i zapewne prędko się ich nie wyzbędzie.
    Nie przestała się bać wieczoru czy nocy, niemal czuła dreszcz strachu na samą myśl, że za kilka godzin znowu niebo okryje się ciemnym płaszczem, a do niej znowu zaczną wracać koszmary. Nadal nie mogła zmrużyć oka nie gdy panował zupełny zmrok.
    Demony tamtych dni upokorzeń, znęcenia się czy… gwałtów tak głęboko w niej siedziały.
    Niepokoiła się, lękała się za każdym razem gdy nawet własny mąż starał się jej dotknąć. Znowu zaczęła stronić ot, tak wydawać się mogło zwyczajnej rzeczy, jednak obawy, które dzierżyła na swoim sercu, sprawiły, że nie mogła się pohamować i nie cofnąć się gdy on tego próbował. Chociaż powtarzała mu, że to nie jest jego wina, a raczej jej, co wręcz jej od razu próbował wyperswadować, mówiąc, że nie powinna czuć się winna, że była ofiarną nadużyć seksualnych to jednak czuła, że to w niej tkwi problem.
    Ponownie zaczęła brać na siebie winę za swój stan, za który nie była zupełnie odpowiedzialna a ten cholerny zwyrodnialec, który aktualnie przebywał w więzieniu o zaostrzonym rygorze i czy mogło ją to pocieszyć?
    Z jednej strony i owszem, bo w końcu mogła czuć się spokojna i bezpieczna, ale czy to w ogóle odczuje, wiedząc jak urazy na psychice, spodobał ten skurwysyn. Czy rzeczywiście poczuje, że może być spokojna i żyć życiem, o jakim marzyła?
    Raczej nie.
    Na razie nie widziała tego, by mogła w ogóle zachować takie opanowanie cieszyć się życiem, gdy jedyne czego chciała to po prostu usiąść i się rozpłakać. Jednak lata trzymania nerwów na wodzy nauczyły ją opanowania i dość rzadko roniła łzy i można pomyśleć, że teraz siedziała, by i szlochała, zamiast stać przy szpitalnym oknie i przyglądać się obrazu przed szpitalem, a jej spojrzenie wyrażało zupełną pustkę.
    I tak wiele nie dało się odczytać z jej twarzy, która i tak była w większej części skryta pod bandażami. Gdy tylko spojrzała w dół, dopiero wtedy gdy mogła w końcu wstać, zobaczyła, w jakim jest stanie. Całe jej lewę ramię było oparzone jak większa część klatki piersiowej czy brzucha. Łopatki były częściowo oparzone a jej lewa noga w praktycznie większej części, skryta była pod bandażami, ale nie z powodu złamań, ale właśnie kwasu, który ją oszpecił, więc tak praktycznie jedynie można stwierdzić ze jej prawa dłoń do ramienia czy noga, ale dolna część pleców była jedynymi miejscami, gdzie nie dotarł kwas.
    Bała się tak bardzo zobaczyć, co kryje się pod nimi. Strach był tak bardzo dotkliwy, że za każdym razem gdy pielęgniarki przychodziły je zmieniać, automatycznie zamykała oczy, by nie widzieć tej wręcz poniszczonej skóry, która przybrała czerwony wręcz czarny odcień. Słyszała to jedynie z opowieści kobiet, które się nią opiekowały, sama nie miała tej odwagi to zobaczyć. Sama nie czuła, by była gotowa po prostu uchylić oko i to zobaczyć. Cudem wręcz można było nazwać to, że udało przywrócić się jej spojrzenie, o ile w lewym oku było, znacznie pogorszę, spojrzenie to w prawym było o wiele lepiej i tak nie uniknie noszenie okularów czy soczewek na razie, mimo że nie miała ich założonych, mimo że widziała, to nie był już takie wzrok jak dawniej. Męczyła się po dłuższej chwili.
    Jak zawsze była osobą, którą nie znosiła się nad sobą użalać i raczej była osobą o silnym charakterze i osobowości, to teraz nie zamierzała po prostu oszukiwać i mówiła wprost, że czuła się wprost fatalnie.
    Jedna perspektywa jednak ją wręcz panicznie przerażała.
    Rozmowa z policją.
    Wiedziała, że jest to nie zniknione, oczywiście mogła odmówić składania zeznań jednak na obecną chwilę, nie była przesłuchiwana na wzgląd, że lekarze odmawiali tego, na dość kiepski stan zdrowia i nie tylko fizyczny, ale bardziej psychiczny. Nie chcieli jej bardziej męczyć i mimo że rozmowa ma być przyprowadzona przy obecności psychiatry, to ona sama nie była gotowa powracać do tamtych tygodni i opowiadać jak była dręczona, upokarzana, czy odzierana z ludzkiej godności. To było jednak ponad jej siły.
    Ale w tej całej sytuacji również wyciągnęła wnioski wobec osób, które kiedyś ufała i może nałożył się aspekt poprzednich wydarzeń, jednak pojęła, że odcięcie się od pewnych ludzi jest wręcz koniecznością. Chciała to zrobić z Clarkiem i starała się, jak mogła jednak on i tak ją dopadł i sama ta perspektywa sprawiła, że wiele myślała nad sytuacją z zespołem w tym własnym bratem.
    I owszem nie zamierzała ujmować mu, że naprawdę zrobił dla niej wiele, jednak to jaką ją potraktował tuż przed porwaniem, stało się dla niej czynnikiem, który nie była w stanie mu podarować i tak za pstryknięciem palca po prostu zapomnieć. On zapewne myśli inaczej, jednak trudno przebaczyć osobie, która dosłownie potraktowała cię jak najgorszego sortu przestępcę. Bolało to, szczególnie że miała świadomość, że ratowała ludzkie życie, a została kłamliwe oskarżona o jego próbę odebrania. Mogła wiele przebaczyć, ale nie to jak się zachował wobec niej.
    Miała teraz wpaść mu w ramiona, bo pojął, co nawygadywał. Tak świat absolutnie nie działa. Nadszarpnął mocno jej zaufanie wobec siebie dlatego wierzenie, chociaż nawinę, że nawet teraz po opuszczeniu tego koszmaru przymknie oczy na jego występki i zapomni no, jednak bywa osobą dość pamiętliwą i tak było również w stosunku do Michaela.
    Mogła go po części zrozumieć, ale z drugiej strony dowiedziała się zbyt wiele, by chociaż znowu myśleć o traktowaniu go jako kolegę.
    Czas pokazał jej komu, tak naprawdę może teraz ufać.
    

No comments:

Post a Comment