Friday, December 6, 2024

IV 06 (P.2) — PRZYSZŁA WRAZ Z NIM

    — Jesteś przekonana, że mam z tobą pójść? — zapytał po raz kolejny mężczyzna.
    Stojąc lekko pochylona nad lustrem, trzymając w dłoni konturówkę do ust, odwróciła delikatnie głowę w jego kierunku i spojrzała na niego, gdy dotarł do niej sens jego słów. Opuściła dłoń, w której trzymała nieco ciemnej kredki, a w jej spojrzeniu można było dostrzec zaskoczenie, a jednocześnie zdziwienie. Bo jeszcze o poranku był absolutnie pewny, że chce wraz z nią wyjść, a teraz tuż przed wyjściem chyba zaczął wątpić, mimo że tego nie pokazywał, jednak miała przeczucie, że jego słowa wręcz były jawnym podtekstem.
    — Dlaczego by nie? — odpowiedziała nieco zdziwiona.
    — Nie chce być sceptykiem Señorita, jednak żaden z nas nie ma pojęcia, jak zostanę przez nich odebrany.
    — Obawiasz się tego, że zostaniesz odrzucony? — pytała z powagą.
    Nie odpowiedział, nawet nie mogła dostrzec na jego twarzy żadnych innych emocji poza wręcz obojętnością. Znała Ricardo i zupełnie jak ona był bardzo powściągliwy w okazywaniu emocji. Często je krył w głębi swojego serca, w tym wręcz byli do siebie identyczni nawet gdy targały nią jakiekolwiek obawy czy strach starała się tego w żaden sposób nie okazywać, ale zmierzyć się z tym sama. Pomimo ogromnego nie wątpliwie wsparcia, jakie miała wokół siebie, zaczynając od jej wieloletniego druha i przyjaciela po Ricardo, czy brata po resztę jej znajomych to nawet jeśli coś im mówiła starała się robić to niezwykle rzadko gdy sama nie potrafiła odnaleźć rozwiązania swoich zmartwień i pragnęła spojrzenia z innej perspektywy na daną sprawę. Im dłużej z nim przebywała tym, przekonywała się, że był w tym do niej bardzo podobny i to absolutnie żaden powód do wstydu.    
    Byli tacy, którzy gdy w ich życiu są zmartwienia czy kłopoty szukają od razu pomocy u swoich bliskich, a są tacy, którzy starają się sami nad tym zapanować, a gdy już nie są w stanie tego opanować, to potrzebują tych osób, którym najbardziej ufają.
    — Bella sama dobrze rozumiesz, w jakiej obecnie jesteśmy sytuacji. Prócz twojego kręgu znajomych nie poznałem tak naprawdę nikogo prócz tego brata czy przyjaciela, oczywiście z mojej strony wygląda to podobnie, bo prócz rodziny i Courtney nie znasz za wiele osób, jednak nie jestem pewien czy mówiłaś im o mnie.
    — Nie — odparła, opuszczając dłoń — Ricardo, mogę zrozumieć, że możesz mieć wątpliwości, zwłaszcza że możesz dostrzegać to, że Chester jakoś nie zapałał do ciebie sympatią i tego się nie da ukryć i byłabym skrajnie głupia gdybym tego nie widziała, jednak owszem jestem tego całkowicie świadoma, jednak oboje zdajemy sobie sprawy, że nie zawsze można wszystkich polubić. Mój brat ma ku temu prawo i nie będę zmieniać jego postrzegania, tylko dlatego by ciebie zaakceptował. Może faktycznie potrzebujecie oboje znacznie więcej czasu, by się poznać, może i bariera językowa jest utrudnieniem w komunikacji. Oboje wiemy, że nic nie jest tak prostolinijne jak się mogło wydawać. Nie wszystko idzie po naszej myśli. Jednak ja cię kocham i to ja cię zaprosiłam na, te urodziny więc idziesz ze mną jako osoba towarzysząca. Nie sądzę, by Chester był na tyle chamski, by cię wyrzucił. Jesteśmy w końcu wszyscy dorosłymi ludźmi — powiedziała z powagą — A jeśli ty nie będziesz czuł się na tyle dobrze w towarzystwie, to jeśli tylko poprosisz, wyjdziemy i wrócimy, to absolutnie nie będzie stanowić problemu — zapewniła.
    — Bella zgodzę się z tobą absolutnie, ale czy na pewno dobrze zastanowiłaś się nad tym, że chcesz ze mną pójść — drążył.
    Mogło, by się wydać, że jej decyzja mogła być nieprzemyślana, jednak ona tego tak nie odbierała. Wiedząc o nastawieniu starszego Benningtona, zastanawiała się przez ostatnie dni, co zrobić, jednak w końcu podjęła decyzje, by jednak zaprosić go i by poszedł wraz z nią na dzisiejsze przyjęcie.
    Odbywało się dziś przyjęcie urodzinowe muzyka, zapewne większość osób, które tam będą, to będą kumple, z kapeli z partnerkami i najbliżsi znajomi więc osoby, które wręcz zna doskonale lub mniej. I zdawała sobie sprawę, że gdy przyjdzie wraz, z Hiszpanem może zaskoczyć, bo tak naprawdę prócz właśnie jubilata nikt nie wiedział, że od pewnego czasu z kimś się widuje, jednak nie zamierzała się tym przejmować. Póki przy niej był, będzie go zapraszać tam, gdzie pójdzie i nie zamierzała już ukrywać swojego związku. Była szczęśliwa i to bardzo i nie zamierzała kryć się, z tym że w jej życiu nikogo nie ma, skoro od ponad trzech miesięcy jej serce ponownie wypełniło tak piękne uczucie, jakim jest miłość i naprawdę nie miało znaczenia dla niej, jak odbiorą go inni. To było właściwie jej życie i jej wyboru miłosne, których była pewna, a to czy oni go zaakceptują, czy nie, to będzie wyłącznie ich decyzja. Uważała, że postępuje właściwie, bo czuła, że Ricardo jest dla niej wyjątkowy i tak mówiła to przy poprzednich związkach, że odnalazła tego jedynego, tak naprawdę nie wiedziała, jak potoczy się jej wspólna droga z Ricardo, czy będą mogli się cieszyć wieloletnim związek, czy zakończą go przed ołtarzem, a potem ich rodzina powiększy się o gromadkę dzieci, o których wręcz marzyła, czy wręcz przeciwnie się rozejdą, to nie chciała, aż tak bardzo wybiegać w przyszłość i cieszyć się obecną chwilą która trwała.
    Nie zastanawiać się co będzie za tydzień, miesiąc czy rok. Cieszyć się dniem jak to mówiła i jakim obecnie mottem się kierowała carpe diem, może było to nieco bezmyślne, a może sens istnienia. Zamiast zastanawiać się, co przyniesie kolejny dzień, cieszyć się obecnym i co się dzieje w twoim życiu. Nie mogła innego bardziej motywującego powiedzenia mieć w swoim życiu, którym owszem kierowała się, bo wcześniej uznałaby to za niepotrzebne bzdety teraz nawet w obecnej chwili gdy straciła stronę, z której się utrzymywała, mogła się załamać i poddać a w zamian za to zaczęła szukać pracy. Może praca w agencji reklamowej nie była tak satysfakcjonująca jak tworzenie obrazów dla klientów, jednak dla niej było istotne, że może zarabiać nawet jeśli obecnie jest na okresie próbnym.
    Co do śledztwa ono utkwiło w martwym punkcie i nie mogli znaleźć żadnych poszlak, więc nadal nie miała pojęcia kto, wręcz czyhał na jej śmierć. W tej kwestii wciąż żyła w niewiedzy a ona naprawdę nie miała pojęcia, kto prócz Clarka mógł, by posunąć się do takiego kroku. On sam wręcz od jakiegoś czasu nie był uchwytny. Policja szukała go, jednak nigdzie nie można było go znaleźć. Skutecznie się zaszył i nie można było zebrać od niego zeznań, czuła, że czeka na odpowiedni, moment by się ujawnił i pomimo że miała, to z tyłu głowy starała się żyć i nie siedzieć zadręczając się myślami o nim.
    — Ricardo jestem absolutnie pewna tego co robię jak i tak będziemy się nudzić, to się zmyjemy i wrócimy do swoich spraw — rzuciła z delikatnie kuszącym uśmiechem.
    — Kusicielka — rzucił Hiszpan, odchodząc i znikając w sypialni, jednak dało się dostrzec pojawiający się uśmiech na jego twarzy.
    Zaśmiała się cicho pod nosem i ponownie odwróciła się do lusterka, kończąc rysować kontur pomiędzy wzdłuż swoich warg, po czym skryła ją i chwyciła dopasowaną pomadkę i pomalowała usta. Podstawiła na bardzo naturalny makijaż, bo nie chciała się bawić w żadne cienie czy bawienie się kolorem na oku. Wstając, chwyciła flakonik swoich ulubionych perfum i się z nimi spryskała. Nie oglądając się za siebie powędrowała w stronę sypialni w chwili gdy weszła do środka zobaczyła Ricardo, który kończył zapinać guziki swojej ciemnej koszuli. Przystanęła w progu i spojrzała na niego a kącik jej ust delikatnie uniósł się ku górze gdy go zobaczyła. Spoglądała potem, jak chwyta jej mankiety i podwija w dość gustowny sposób. Nie zawsze musiał być ubrany, idealne w dopasowany garnitur czy koszulę poza domem preferował bardziej swobodny styl jednak nadal była w nim elegancja. Gdy tak na niego patrzyła, uważała, że bardzo mu to pasuje. Widziała go, kilku tonie w stroju do treningu i nie wyglądał źle, jednak koszula dodawała mu uroku.
    Miała ochotę roześmiać się gdy tak naprawdę pomyślała o tym, że w dorosłym życiu wybierała facetów, którzy lubili chodzić w dopasowanych koszulach, jej były wręcz w ostatnich latach często chodził w nich, mimo że był muzykiem i raczej można by pomyśleć, że postawi na swobodny styl, jednak on często chodził, ale to były bardziej sportowe, niż eleganckie a teraz Ricardo. Uśmiechnęła się dyskretnie pod nosem na samą myśl. Nie mogła nic na to poradzić. Zwyczajnie miała słabość do eleganckich mężczyzn, a także do tych ubranych w skórę.
    — I jak wyglądam? — spytał gdy dostrzegł jej obecność.
    — Doskonale — powiedziała zachwycona.
    Podeszła do niego i uniosła dłonie do jego kołnierzyka, który delikatnie się przekrzywił, a potem rozpięła jeden z górnych guzików i oparła dłonie na jego klacie, przez cały czas patrzył na każdy jej ruch.
    — Teraz jest idealnie — skomentowała zadowolona.
    Niemal w następnej chwili poczuła jego zmysłowe i bardzo namiętne usta w namiętnym pocałunku. Uśmiechnęła się kącikiem ust, odwzajemniając go, gdy poczuła, jak obejmuje ją swoimi ramionami. Od razu gdy znalazła się w jego uścisku, wręcz poczuła spokój i poczucie bezpieczeństwa coś, co było wręcz priorytetem w związku. Nie żałowała swojego wyboru czy decyzji. Może ich związek zaczął się dość spontanicznie, jak cała ich znajomość jednak życie pisze różne scenariusze, dla nich zapisał właśnie taki i oboje byli nim w pełni usatysfakcjonowani, bo gdyby nie tak, to nie byliby razem i od ponad półtora miesiąca nie mieszkali razem.
    Na razie Ricardo mógł przebywać spokojnie w Ameryce, jednak przyjdzie czas, że będzie musiał wrócić albo będą musieli się zdecydować na inne rozwiązanie, jednak będą myśleć o tym bliżej terminu. Wolała, by oboje uniknęli problemów, on deportacji do kraju, bo siedzi zbyt długo na visie turystycznej, a ona by nie miała dodatkowych zmartwień.
    — To jak Bella, idziemy? — spytał nagle.
    Odsunął się od jej ust, co przyjęła z cichym jękiem niezadowolenie, co nieco rozbawiło górującego nad nią mężczyznę, a ona mogła się cochnąć, jednak nie widziała w tym żadnego sensu. Westchnęła cicho, nadal nie spuszczając dłoni, z jego torsy i odparła.
    — A mam inny wybór? — odezwała i pomimo dość pytającego tonu można było czające się rozbawienie — Chester mi by tego nie podarował — dodała, a na jej ustach pojawił się znaczący uśmiech.
    — Jesteście zżyci? — spytał nagle, gdy oboje już powoli zbierali się do wyjścia.
    Zobaczył, jak nagle jego ukochana zatrzymuje się na progu drzwi, ubrana w dopasowaną ciemną sukienkę, z lekkimi zdobieniami, a w dłoni trzymała małą kopertówkę a w drugiej zapakowany prezent, przez krótki moment patrzyła na niego, by potem się odezwać:
    — Jak ci wspomniałam w szpitalu — odezwała się gdy podszedł do niej i oboje zeszli na dół — Prócz niego nie mam nikogo. Moja matka nie żyje od lat, nigdy jej nie poznałam — mówiła — A co do ojca dla mnie ten skurwysyn to jedynie dawca plemników, nie ma dla mnie większego znaczenia prócz tego, że zapłodnił moją matkę to śmierć, który nie jest wart mojej uwagi.
    — To znaczy, że on żyje?
    — Owszem ma się całkiem dobrze i ma nową rodzinę. Ironią sytuacji jest to, że związał się z kochanką i ma z nią córkę — powiedziała kpiącym głosem — A ja i Chester mamy przyrodnią siostrę jednak ona jak i ten kretyn jest i będzie dla mnie nikim. Dla mnie jedyną rodziną jest właśnie on. Moja historia wydaje się skomplikowana i zagmatwana może więcej, ci kiedyś powiem na ten temat, na razie jednak się śpieszymy.
    Mówiąc to, weszła do windy. Nie zamierzała tak prędko mówić jej o historii własnej rodziny, mimo że jego poznała stosunkowo prędko. Jednak sytuacja ją do tego delikatnie przymusiła i tak wie, że nie do końca zaspokoiła jego ciekawości, jednak musiał uszanować to, że na razie tyle wiedział.
    Z perspektywy czasu zupełnie zapomniała o ojcu, bo przestał być istotny a od chwil gdy wyprowadziła się od starszego Benningtona, nie widywała go w ogóle i bardzo dobrze. Nie zamierzała zaprzątać sobie myśli o tym pełnym fałszywości człowieku pełnym hipokryzji. On nie był wart jej czasu i nawet myśli. Miała życie, o którym wcześniej mogła jedynie śnić i to w pełni ją satysfakcjonowało.
    Wkrótce oboje podeszli do jej samochodu i już widziała, że Ricardo zamierza usiąść na miejscu kierowcy jednak ubiegła go, wkładając prezent i torebkę na tylne siedzenie:
    — Ja prowadzę — oznajmiła.
    — Znowu? — spytał nieco niezadowolony — Nie dajesz mi poprowadzić od dłuższego czasu.
    — A znasz adres mojego brata? — spytała racjonalnie, spoglądając na niego z podejrzliwością.
    Widziała, jak delikatnie marszczy brwi, po czym wzdycha. Patrzyła, jak machnął ręką i przeszedł na drugą stronę, wyraźnie nie zadowolony gdy ona wsiadła na miejsce kierowcy w momencie gdy on usiadł na siedzeniu obok. Widziała skryty na jego ustach grymas niezadowolenia.
    — Dam ci poprowadzić powrotem radzę zapamiętać drogę powrotną — skomentowała.
    Pochyliła się ku niemu i skradła mu drobny pocałunek na policzku. Wkrótce wyjechała spod budynku. Droga była zbyt dobrze jej znana, by ją pomylić. Nawigacja zupełnie nie była jej potrzebna, gdy wyjechali z osiedla, wdali się w małą dyskusję, jednak ona nie traciła skupienia nad drogą.
    Przedarcie się w sobotni zgiełk na praktycznie drugą stronę miasta graniczyło z cudem. Jednak był to najlepszy dzień, by zorganizować imprezę, bo jak w tygodniu każdy był zajęty pracą, to ten dzień był zwyczajnie odpowiedni. Zjeżdżając z jednej z głównych autostrad, wjechała na dość znaną sobie ulicę.
    — Czemu mnie to nie dziwi? — odezwał się nagle Ricardo, gdy zobaczył, w jakiej okolicy się znajdowali.
    — Może sobie na to pozwolić, zupełnie jak ty na mieszkanie nad oceanem.
    — Nie chodzi o to, że się czepiam, ale po prostu mogłem się domyślić ze akurat w tych okolicach mógł się zatrzymać wystarczyło powiedzieć. Przecież wiele osób wie, że to głównie siedzą gwiazdy w Los Angeles, to nie jest nic zaskakującego.
    — No tak, to racja, jednak pomimo tej medialnej otoczki, to jednak mój brat jest normalny on nie gwiazdorzy jak inni. Sam mogłeś go poznać, może nie rozmawialiście wiele, ale naprawdę to osoba, która po prostu osiągnęła sukces. W pełni zasłużony. Cenie osoby, które pracowały sumienie na to, co mają, a nie mają tego podarowane. Wiem, co znaczy ciężko na coś pracować i niestety ostatnio przekonałam się, co znaczy to stracić — dodał z niesmakiem.
    Pomimo że miała, tego nie przeżywać to jednak myśl o utracie strony sprawiała, że czuła zwyczajne rozżalenie. Poświęciła tej stronie, wręcz firmie tyle czasu poświęcenie i pieniędzy a ktoś to bezczelnie zaprzepaścił. Uwielbiała to robić, a teraz musiała się wdrożyć w zwyczajne obowiązki, pomimo że i tak pracowała zdalnie, bo mogła mieć taką możliwość to, jednak czuła zwyczajny niesmak i tęsknotę za malowaniem obrazów dla klientów.
    Westchnęła cicho i odsunęła od siebie te natrętne myśli, a ona skręciła na znajomy podjazd i wjechała przed dom, gdzie dostrzegła kilka samochodów. I nawet nie musząc się przyglądać, rozpoznała pojazd Brada czy Joe, czy Kate najlepszej przyjaciółki jej brata. Zaparkowała z boku i zgasiła silnik. Oboje wyszli z samochodu, a ona wyjęła swoją kopertówkę wraz z prezentem, który dla niego miała. Może on nie był jakiś spektakularny, jednak nie miała zwyczajnie pomysłów na niego i wiedziała, że nawet z tego co dla niego miała, się ucieszy.
    Niemal w tej samej chwili Ricardo podszedł do niej i gdy tylko się wyprostowała, trzymając swoje rzeczy, zaoferował jej swoje ramię. Uśmiechnęła się do niego, zamykając auto i wrzucając kluczyki do torebki, a oni powędrowali do otwartych drzwi, przy których zobaczyła Dave’a oraz Lara. Widziała, jak spoglądają w jej stronę, a raczej bardziej ich spojrzenia powędrowały na jej towarzysza.
    Patrzyła, jak się odwracają ku niej, a gdy tylko podeszli, zatrzymała się tuż przy nich, a oni nie spuszczali z niej zaciekawionego spojrzenia:
    — Cześć Julio — powitała ją Lara — Widzę, że przyprowadziłaś gościa.
    — Owszem — przyznała szczerze.
    — Może nas przedstawisz? — zainteresował się Dave — Mam dziwne wrażenie, że chyba to nie tylko przyjaciel — odezwał się, z przebiegłym uśmiechem — Chyba nie będziesz nam tutaj koloryzować.
    — A miałabym? — spytała przekornie — Mogłabym, ale nie ma sensu tego ukrywać. Poza tym co tu jest do zatajania. Zakochałam się i nie zamierzam kłamać, że nie a chyba każdy wie, że od roku byłam wolna.
    — Chyba już ktoś zastąpił Mike — nagle usłyszała głos Roberta.
    Odwróciła się w jego kierunku. Zobaczyła, jak podąża ku nim wraz ze swoją dziewczyną i zupełnie jak oni przed momentem się przywitali.
    — Więc kim jest ten jegomość, bo jakoś się nie odzywa — zainteresował się David — Czyżby się wstydził? — zasugerował.
    — Raczej nie rozumiał naszej rozmowy — odpowiedziała pośpiesznie.
    Widziała, jak czwórka przyjaciół spogląda na nią dość zaskoczona po jej słowach, a on uśmiechnęła się lekko, po czym pośpieszyła z wyjaśnieniami:
    — Ricardo jest Hiszpanem i nie zna angielskiego, dlatego się nie odzywa, bo nie do końca nas rozumie, o czym dyskutujemy, ale jestem tutaj by was przestawić i być także tłumaczem.
    — Brad raczej nie będzie mieć problemu ze zrozumieniem, bo sam umie hiszpański…
    — Czy ktoś o mnie wspominał — nagle pojawił się Delson, który wyszedł ze środka domu bez swojej partnerki, która zapewnię, została w środku.
    Wtedy jego spojrzenie powędrowało na nią oraz jej towarzysza, na którego spojrzał z ciekawością i zainteresowaniem.
    — Wspominaliśmy, że nie będziesz mieć trudności w zrozumieniu partnera Julii — odezwała się Susan.
    — Czekajcie, to jest twój facet? — zainteresował się gitarzysta.
    — No tak — przyznała szczerze i zwróciła się do Ricardo już po hiszpańsku — Chciałabym ci przedstawić moich przyjaciół, ten z burzą loków to Brad, z nim łatwiej będzie ci się dyskutować, bo jest osobą, którą zna hiszpański. Ten rudzielec jak go nazywamy to David oraz jego partnerka Lara — wskazała na basistę oraz jego dziewczynę a on wskazała na perkusistę — To Robert, ale dla wszystkich Rob wraz z Susan.
    Widział gdy ich przedstawiała, on skinął im delikatnie głowami na powitanie, na co odpowiedzieli uśmiechami czy podobnym gestem, a potem zwróciła się już po angielsku do przyjaciół.
    — To jest Ricardo…
    — Co tutaj się dzieje, co to za zgromadzenie? — nagle w drzwiach pojawiła się Alice, która zaciekawiona co dzieje się przed wejściem, wyszła do nich, a ona spojrzała na jedyną jej nieznajomą twarz, a potem na swoją przyjaciółkę — Julio…
    — Alice to jest Ricardo, nie wiem, czy ci Chester coś wspomniał na jego temat — ruchem dłoni wskazała na stojącego przy niej Hiszpana, po czym znowu odezwała się do niego — Ricardo, to partnerka mojego brata Alice.
    Po wstępnym przywitaniach, w końcu wszyscy po kolei weszli do środka, gdzie zastali resztę towarzystwa, a ona wkrótce zobaczyła brata, który rozmawiał z Joe. Niemal od razu do niego podeszła witając się z nim, nie dało się ukryć, że i DJ spojrzał zaciekawiony na mężczyznę u jej boku, gdy składała życzenia bratu i wręczyła podarunek.
    — Chyba kogoś nam nie przedstawiłaś — odezwał się Joseph, do którego wkrótce dołączyła partnerka.
    — To jej facet — odezwał się nagle Chester, zanim zdołała cokolwiek powiedzieć czy nawet otworzyć usta.
    — Chester odpuść, nie psuj sobie urodzin, tylko dlatego, że przyszłam z nim. Pewnie i tak wcześniej się zmyjemy — skomentowała, gdy wręcz wyczuła napięcie w jego głosie.
    — Chyba komuś się nie podoba nowy wybranek jego siostry — skomentował zgryźliwie Brad.
    — Nawet jeśli to moja sprawa — skomentował uwagę przyjaciela — Ale w tym się akurat zgodzę z młodą. Nie zamierzam sobie psuć zabawy — po czym zwrócił się bezpośrednio do niej — Bawcie się dobrze, nie będę was wyganiać. Miałaś prawo przyjść z osobą towarzyszącą i go wykorzystałaś. Nie zamierzam robić problemów, tylko z tego powodu w końcu nie jesteśmy dziećmi, a dorosłymi ludźmi — odezwał się, chociaż miała poczucie, że mówi to wręcz przez zęby.
    Westchnęła cicho, nawet tego nie komentując. Po prostu odeszła na bok, gdy ostatni goście zaczęli się schodzić, a w tle grała muzyka. Wkrótce można było usłyszeć gwar rozmów oraz brzdęk szkła, oraz sączących się koktajli po krótkiej chwili gdy wszyscy byli już gotowi przyjechali Alice, wyszła raz, z tortem dla jubilata i ona, która stała z boku słyszała odgłos śpiewów i pierwsze toasty.
    Wszystko zaczęło się rozkręcać a ona i Ricardo zaczęli wręcz doskonale się bawić, po dwóch godzinach wydawać się mogło, że nic nie mogło zakłócić imprezowego nastroju, tak sądzili, że nic się nie wydarzy. Ona wraz z ukochanym stała wraz z Bradem i Anais z boku i mężczyźni rozmawiali o czymś gdy nagle przez zgiełk i muzykę rozbrzmiałą dość głośna uwaga z ust osoby, która miała najmniej do powiedzenia, jednak wkrótce praktycznie wszyscy usłyszeli głośny komentarz Taylor:
    — Co ona tutaj robi? — rzuciła dość ostrym tonem.
    Widziała, jak kilka osób spojrzała w jego stronę tym również Chester oraz Alice, którzy zabawiali gości. Ona sama popatrzyła w jej kierunku. Stała wręcz pośrodku salonu, lecz jej męża nie dostrzegła od razu. Może i nie szukała go wzrokiem, jednak zobaczyła go, stojącego w kącie jednak co było dziwne, to stał milczący i niereagujący na uwagę swojej partnerki. Nie mogła bardziej się mu przyjrzeć, więc ponownie popatrzyła na jego żonę.
    — Do czego zmierzasz Taylor? — odezwał się Chester, stając nią wręcz twarzą w twarz — Powiedz mi do kogo ta uwaga?
    — Co ty odwalasz? — Alice stanęła u jego boku, mierząc go spojrzeniem swoich oczu — Jakim prawem przerywasz wszystkim dobrą zabawę i to na urodzinach mojego partnera. Albo prędko wyjaśnisz swoją aluzję, albo się po prostu zamknij!
    Stojąc z boku, patrzyła jak wręcz Adkins, napięła się i po mowie jej ciała mogła od razu powiedzieć, że ostatnie stosunki między nimi się pogorszyły, jednak nie dało się zauważyć, by one były w ogóle dobre. Co dało się zauważyć czy na przyjęciu Halloweenowym, czy na urodzinach pozostałych chłopaków, że można było wyczuć dystans między panią Shinoda a pozostałymi partnerkami członków zespołu. Ona wręcz się w to nie angażowała, stała z boku nie zamierzając wdawać się w niepotrzebne dyskusje czy spory.
    — O niej mówię! — rzuciła ostro i wskazała ręką w jej kierunku, co ją zaskoczyła — Przychodzi tutaj niezaproszona i psuje nam zabawę.
    — Słucham? — odezwał się starszy Bennington — Taylor czy ty jesteś poważna? — powiedział nieco wkurzony.
    — Owszem po raz kolejny wpieprza się do naszej grupy i psuje…
    — Dosyć! — zagrzmiał Bennington — Posłuchaj mnie, to jest moja siostra i ma prawo tutaj być. Powiem ci to prosto, to ją bardziej wolę z jej partnerem niż ciebie. Mike mógł tutaj przyjść zupełnie sam, bo to ty jesteś niepotrzebnym elementem, który psuje nam ostatnio towarzystwo.
    — Śmiesz bronić takiej szm…
    Nie zamierzała już tego dłużej słuchać, przeprosiła towarzystwo i podeszła do brata oraz jego dziewczyny i stanęła twarzą w twarz z obecną żoną Michaela.
    — Mów — rzekła stanowczo — Powidz mi to prosto w twarz co ci się ciśnie na język — odezwała się wojowniczo — Chętnie posłucham, co ma do powiedzenia szmata, która zniszczyła mi związek. Suka, która puściła się z moim byłym i usidliła sobie go po paru tygodniach. Skoro masz tyle odwagi kłócić się z Chesterem to mniej tyle odwagi powiedzieć to mi prosto w twarz.
    — A chętnie — rzuciła wyzywająco — Bo uważam cię za wywłokę. Wpieprzać się do zgranego już towarzystwa i liczyć na to, że ktoś się tobą zainteresuje, pokazując się z jakimś fagasem.
    Słysząc to wręcz miała ochotę wybuchnąć śmiechem gdy zaczęła rozumieć kontekst jej wypowiedzi.
    — Nie zamierzam być w tej chwili ani trochę kulturalna. Śmiesz porównywać siebie szmato do mojego patnera podczas gdy to ty wykorzystałaś okazje i wręcz z chęcią rozłączyłaś przed Mike nogi, by miał z kim się zabawić, zapominając o jednym i to dość kluczowym fakcie — wręcz zmroziła spojrzeniem stojącego w cieniu muzyka, który jeśli było to możliwe, wycofał się jeszcze bardziej w cień i zwróciła się powrotem do kobiety — On wtedy miał narzeczoną, mnie — zwróciła na to uwagę — Z nas trojga największą podłość zrobił Shinoda, a suką nazywać możesz tylko siebie kochana — dodała wręcz wyśmiewający sposób.
    — Ty dziw… — widział, jak wręcz przymierza się, by na nią rzucić, ale ubiegła ją blokując jej ruch — I jeszcze jedno, przerywasz wszystkim zabawę, uważając, że masz jakieś prawo, wypowiadać się kto może być na tej imprezie. Urodzinach mojego brata. Z nas dwóch to ja mam większe prawo głosu. Może kiedyś byłaś ważna, te kilka lat temu, teraz wszyscy tutaj postrzegają cię tylko jako szmatę, która rozbiła związek. I w sumie nie mam do ciebie pretensji, bo dzięki tobie przekonałam się, że podarowanie twojemu obecnemu mężowi drugiej szansy nie była warta tych paru straconych dni na Majorce. Przekonałaś mnie, że ufam niewłaściwemu facetowi. I dziwi mnie wasze zachowanie twoje i Mike, bo mam zupełnie gdzieś wasze życie interesuje się tylko własnym życiem, a wy potrzepujecie mnie. Atakujecie, sądząc, że coś wskóracie, ale mam was gdzieś — dodała wręcz z rozbawieniem, widząc jej poczerwieniałą od złości twarz — Nie wiem, po co robicie i co chcecie na tym ugrać. Raczej pokazujecie, jak żałosne życie prowadzicie, atakując byłą twojego obecnego męża, myśląc, że coś na tym ugracie. Ja nie wiem, w co wy gracie i szczerze nie obchodzi mnie to. Nie jestem tutaj by zaprzątywać sobie głowę wami, ale by bawić się na przyjęciu Chestera i to on jest dla mnie ważniejszy a ty i Mike w ogóle mnie nie interesujecie, nawet nie zwróciłam na was uwagi, bo byłam zajęta zabawą z przyjaciółmi, a nagle ty wchodzisz cała na biało i komentujesz i przerywasz wszystkim zabawę — odezwała się, puszczając jej dłoń.
    — Skoro już zrobiłaś swoją żałosną pokazówkę Taylor, to won — powiedział ostro Chester.
    — Co!? — spytała zaskoczona.
    — Tam są drzwi — wskazał za siebie — Zabierz swój tyłek stąd i nie wracaj. Nie chce cię tutaj widzieć. Nikt nie ma praw obrażać Alice oraz Julii w moim towarzystwie. Więc radzę ci zabierać siebie i się wynosić. Mike może zostać, ale ty. Wynocha! — zagrzmiał.
    Jego mina wręcz nie wnioskowała, że żartował. Stał wręcz rozzłoszczony pośrodku salonu, wbijając w nią wręcz rozwścieczone spojrzenie.
    — Mike! — odezwała się w nagłej ciszy — Wychodzimy! — odezwała się, wręcz mierząc spojrzenia z Chesterem — Nie jesteśmy tutaj mile widziani — dodała.
    Każdy widział, jak podchodzi do nadal milczącego muzyka, którego chwyciła dość mocno za ramię i wyciągnęła za sobą. Ona nawet nie zwróciła na niego uwagę, po prostu wróciła do reszty, a wkrótce wszyscy doskonale się bawili.

No comments:

Post a Comment