. Pchnął mocniej ramieniem, dość ciężkie mosiężne ciemne drzwi studia nagraniowego, będąc w naprawdę znakomitym humorze, jednak jak nie czuć się nieszczęśliwy, bo tak znakomitym rozpoczęciu poranka. Spędzone w towarzystwie swojej ukochanej żony, mimowolnie kącik jego ust poderwał się ku górze na samą myśl o ukochanej, którą zostawił w domu wraz z jej małoletnią córką i mimo tego, że nie chciał wychodzić do pracy, to jednak umówił się dziś z chłopakami na nagrania i jednak nie chciał ich zawieść.
Byli umówieni na dzisiejszą sesję nagraniową i chciał ją prędko stworzyć by móc powrócić do domu i spędzić więcej czasu z ukochaną i na ironie losu jej córką.
Tak naprawdę nie sądził jeszcze ten rok temu, że jego życie potoczycie się w takim kierunku. Przed kilkunastoma miesiącami był zaręczony z byłą narzeczoną i uważał, że wręcz nie mógł wymarzyć sobie lepszej kandydatki na swoją przyszłą żonę, żył w przekonaniu o tym, że nikt nie daje mu takiej radości jak ona. Nikogo tak bardzo nie kochał jak właśnie tej młodziutkiej dziewczyny i pomimo dzielącej ich różnicy wieku ona zdawała się zupełnie mu nie przeszkadzać, jednak mógł teraz z perspektywy czasu powiedzieć, że ogromnie się mylił.
Zrozumiał to w momencie gdy nie potraktowała go na tyle poważnie, uznając go wręcz za ignoranta, gdy on wręcz lękał się, wręcz panicznie bał się o jej życie. Ona wolała to zbagatelizować i uznać za przesadę to, że zwyczajnie się o nią martwił i pragnął dla niej jak najlepiej. Miał wrażenie, jakby zdeptała całe jego zatroskanie tylko dlatego by poczuć głupią dawkę adrenaliny.
Poczucie dawki epinefryny było dla niej o wiele bardziej znaczące poczucie tego smaku skoku, który towarzyszył jej podczas wyścigów niż zadbanie o swoje bezpieczeństwo. Mógł zrozumieć wiele, jednak nie to, że jego jeszcze wtedy narzeczona dla głupiego sportu wolała ryzykować własnym życiem. Kolejne tygodnie, pogłębiającego się przez nich konfliktu sprawiły, że ukazały jej wręcz brak jakiekolwiek dojrzałości czy zrozumienia.
I nadal nie uważał, że zrobił źle, odbierając jej kluczyki do motocykla.
Mimo że powiedział jej, że się mylił i popełnił głupotę, to tak naprawdę nadal uważał, że była to jedna z lepszych decyzji, jakie mógłby podjąć, by ją zwyczajnie uchronić, skoro ona tego nie robiła, wolała być na tyle bezmyślna i wręcz głupia i uważać, że to on był pozbawiony wszelkich skrupułów, złodziejem, który według niej posunął się o krok za daleko, zabierając coś, przez co wręcz ryzykowała życiem.
Teraz uważał, że walczenie o przyszłość ich związku było skrajną głupotą, bo ona nie zaprzestała swojego niebezpiecznego życia, a on pragnął już partnerki, która na życie spogląda w sposób dojrzały i przyszłościowy z planami na założenie rodziny i właśnie to wreszcie mógł poczuć przy swojej obecnej żonie i tak doskonale zdawał sobie sprawę, co w przeszłości ich podzieliło, jednak oboje uznali po długiej rozmowie, że nie byli wtedy gotowi na tak poważny związek, na jaki się porwali.
Obecnie byli dwojgiem dojrzałych ludzi, którzy pragnęli i wręcz chcieli wspólnej przyszłości razem. Nawet ten prędki ślub nie stanowił problemu czy sprawiał, że zrobił to pod wpływem impulsu, dopiero teraz zrozumiał, że jest szczęśliwy.
Taylor była wierna jak nigdy przedtem i widział w niej zupełnie inną osobę niż tą, którą porzucił przed paroma laty. Tak naprawdę wydorośla z tych głupich hulanek tak jak on i tak samo jak on myślała o powiększeniu ich rodziny. Nawet jeśli teraz miała nieślubne dziecko, raczej nie stanowiło to problemu, bo mała Summer była naprawdę kochanym i uroczym urwisem, która skradła jego serce i mimo że nie było to jego dziecko, nie zamierzał robić, z tego powodu wyrzutów swojej żonie.
Radowała go myśl, a raczej to, co powiedziała o poranku Taylor, że jest gotowa na to by w końcu, mogli powiększyć rodzinę. Perspektywa czy nawet wizja bycia w niedługim czasie rodzicem niezwykle go radowało, bo marzył o tym od paru lat. Teraz wiedział, że jego największym życiowym błędem było związanie się z dziewiętnastolatkom gdy on powoli dobijał trzydziestki. Byli z zupełnie dwóch innych światów i wchodzili w inne etapy życia, jednak żył w mylnym przekonaniu ze związek z młodą Bennington był dla niego dobry, lecz takim po prostu nie był.
Wszedł do studia nagraniowego i niemal stanął w miejscu zaskoczony widokiem jedynie dwóch kolegów, z kapeli co go wręcz zdumiało. Rozejrzał się po studiu, szukając innych chłopaków a szczególnie głównego wokalisty, jednak jego nigdzie nie dostrzegł. Momentalnie zwrócił się w stronę Brada oraz Roberta, którzy cicho dyskutowali na jakimś temat, dobiegły go wręcz szczępki ich rozmowy:
— Ale jak to mogło się stać…? — dobiegł go zaskoczony głos perkusisty — Przecież ona dbała o tę maszynę. Nie jeździła jak szaleniec…
— Wspominał, że policja nadal ustala szczegóły — mówił pełnym zatroskania głosem główny gitarzysta zespołu — Tak naprawdę przed dwoma godzinami skończyli ją operować, więcej mają ustalić badania…
Nic z tego zupełnie nie rozumiał, o czym oni rozmawiali.
Jakie badania, jaka operacja i właściwie o kim oni teraz rozmawiają. Tak naprawdę czuł się zagubiony, słysząc słowa wręcz wyrwane, z głębszego kontekstu jednak dało się wyczuć w powietrzu coś dziwnego. Niepokojącego i to go zaskoczyło, szczególnie to, że nigdzie nie było reszty zespołu, pomimo że już wszyscy powinni być na miejscu. Czuł się bardzo zdezorientowany i zupełne nic nie rozumiał, co się dzieje.
— Cześć — odezwał się w końcu momentalnie, zwracając na siebie uwagę dwojga jego przyjaciół.
Widział jak Rob oraz Brad jednoczenie spoglądają w jego kierunku, co wręcz od razu dało się wyczytać, z ich twarzy to ujrzał, że są czymś poważnie zmartwieni i to jeszcze bardziej go zgubiło.
— Gdzie jest reszta zespołu? — zapytał wprost — Przede wszystkim gdzie jest Bennington!? — dodał nieco ostrzejszym głosem — Mieliśmy nagrywać dziś…
— Chester dziś nie przyjdzie do studia — oznajmił z powagą Delson.
— Słucham!? — odezwał się oburzony — Czy on sobie kpi!? — pytał wręcz wściekły — Jesteśmy w trakcie nagrań, a on śmie robić sobie wolne, nie informując o tym — wręcz grzmiał.
Nie było to wręcz podobne do niego. Pracował z nim od wielu lat jednak nigdy Bennington nie doprowadzał do takiej sytuacji by nie informował go o tym czy się nie pojawi. Uważał, że mieli na tyle dobry kontakt, że powinien, chociaż coś mu wspomnieć na ten temat, że zdecydował się wręcz porzucić ważne nagrania, o których doskonale wiedział, że są ważne i istotne i powinien na nich być, bo głównie na aspektach wokalnych chcieli się dziś skupić, a on tak po prostu mówi, że się nie pojawi.
Widział jak obaj mężczyźni po jego wybuchu frustracji, wymieniają się wręcz porozumiewawczymi spojrzeniami, co jeszcze bardziej zbiło go w tym momencie z tropu. Coraz bardziej czuł się poddenerwowany tą całą sytuacją, bo wręcz gołym okiem było widać, że oni wiedząc coś, o czym on nie miał bladego pojęcia i to jeszcze bardziej go frustrowało. Spojrzał to na jednego to na drugiego wyczekująco i wręcz w jego spojrzeniu było widać ponaglenie.
— Chester do ciebie nie pisał? — spytał zdziwiony Robert.
— Jeśli próbuje się czegoś od was dowiedzieć, to raczej nie. Od piątku nie miałem z nim kontaktu — przyznał.
Owszem ten weekend spędził jedynie z żoną i jej córką i nie żałował absolutnie tych dwóch, dlatego na ten czas po prostu wyłączył telefon, by nikt nie śmiał im przerwać wręcz rodzinnej sielanki.
— I tak pewnie by mu nic nie powiedział.
Mimo że te słowa Brad skierował do najmłodszego z nich, to jednak on poczuł, się jakby to był wręcz pocisk wymierzony w jego kierunku. Wręcz zazgrzytać zębami, bo tak naprawdę czuł jakby, coś przed nim ukrywali, co nie było podobne, już był gotowy otworzyć usta i powiedzieć na głos, że mu się to nie podoba gdy gitarzysta zwrócił się w jego kierunku, mówiąc:
— Chester jest w szpitalu — oznajmił stanowczo.
— Co!?
Momentalnie zbladł, bo tego najmniej się spodziewał. Jednak nie rozumiał, czemu on o niczym nie wiedział, dlaczego jego najbliższy przyjaciel wylądował na szpitalnym łóżku, myślał, że pomimo wszystko, co się wydarzało i rozstania z jego siostrą tą są w miarę dobrych relacjach i powiedziałby mu, że potrzebuje pomocy, a nie ukrywał to przed nim.
— Czemu…?
— Mike jemu nic się nie stało — przerwał mu w pół zdania Rob — On jest tam z powodu Julii.
Zamilkł, bo tego najmniej się spodziewał, może i nie darzył już tej dziewczyny takimi sami uczuciami jak dawniej nawet jeśli ma być to kwestia czysto koleżeńska i w niej mieli ze sobą niezbyt dobry kontakt to jednak gdy to usłyszał, to poczuł momentalnie, jakby spadł na niego jakiś ciężki głaz, pod którym wręcz się mógł mentalnie ugiąć.
Nie sądził, by trafiła tam z błahego powodu, gdyby tak faktycznie było, nie widziałby tego, aby Brad czy Rob byli na tyle poważni, na jakich obecnie wyglądają, a na ich twarzach pojawiało się zmartwienie, to musiało się stać coś naprawdę poważnego, lecz nie wiedział jeszcze co, jednak wkrótce został wręcz zbombardowany przez słowa, które padły:
— Julia miała wypadek — oznajmił Rob.
— Podejrzenia są, że straciła kontrolę nad maszyną podczas jazdy, bo motor wylądował na drzewie wręcz pozwijany w rulon, a ona sama spadła z niego i upadła do rowu. Przez kilka godzin operowali ją, bo miała krwotok w mózgu. Policja podejrzewa, że ktoś mógł przeciąć linki hamulca, bo dostrzeżono po pierwszych oględzinach charakterystyczne nacięcia na nich.
— Czy… czy ona…? — nie potrafił wręcz wykrztusić słowa.
Pomimo swojej ogromnej niechęci do niej w ostatnim czasie to jednak nigdy nie życzył jej śmierci. Wręcz tego zwyczajnie nie chciał. Jednak momentalnie go zmroziło, gdy przez jego umysł przeszła wręcz niepokojąca myśl, a raczej wspomnienie pewnej rozmowy z żoną. Poczuł się, jakby na moment odebrano, mu dech w piersi. Nawet nie zdawał sobie sprawę, jak nagle pobladł na twarzy.
— Ona żyje, jednak jej stan jest poważny wręcz ciężki — tłumaczył Brad, a on czuł, jak z każdym jego słowem traci grunt pod nogami.
Wręcz z każdą chwilą gdy do jego umysłu powracały wspomnienia, starał się usilnie je od siebie wręcz odepchnąć. Jednak ona powracała do niego niczym bumerang, a fala obrazów z tamtego wieczora gdy rozmawiał z bliską, sobie osobą wręcz sprawiała, że był o krok od osunięcia się o podłogę.
Pomimo nieporozumień, sprzeczek czy kłótni, nawet odmiennych poglądów czy tego co ich rozdzieliło. On naprawdę nie wyobrażał sobie dnia by coś lub ktoś odebrał życie jego dawnej narzeczonej. Pomimo tego, jaki miał do niej żal, nie uważał, by zasługiwała na to, by stracić życie, każdy na nie zasługiwał.
Momentalnie w swojej głowie usłyszał te przeklęte słowa, które padły z ust bliskiej mu obecnie osoby:
— Nie zamierzam pozwalać, by jakaś główniara, ingerowała w nasz związek, jeśli nadal będzie, się wtrąca, zastosuje wobec niej mniej delikatne metody…
— Mike strasznie pobladłeś czy wszystko dobrze? — nagle głos Roba sprowadził go do rzeczywistości.
Potrząsnął głową, starając się, jak tylko mógł nie dopuścić do siebie myśli, że ona faktycznie to zrobiła! Posunęła się do czegoś, czego on nawet nie brał, pod uwagę nawet nie chciał tego! Nie mógł wręcz o tym myśleć, że kobieta, której do tej pory ufał, ośmieliła się wręcz próbować pozbawić kogoś życia w tym przypadku Julie. Nie chciał o tym myśleć.
— Jak to się stało? — spytał wręcz szeptem — W jakim jest stanie? — spojrzał wręcz nagląco na przyjaciół.
— Jak mówiłem, jest w bardzo poważnym stanie. Przed dwoma godzinami skończyli ją operować. Miała krwotok wewnętrzny, który lekarze go zatamowali. Doktor jeszcze tego nie potwierdzili ani nie wykluczyli, ale Chester boi się, że Julia jeśli jej stan nie pogorszy się w kolejnych godzinach i jeśli się obudzi, może skończyć na wózku inwalidzkim ze złamanym kręgosłupem, albo urazem wewnętrznym. Jednak muszą to potwierdzić, w jakim stanie są organy oraz przede wszystkim kark czy nie został złamany. Mają je wykonywać lada chwila, więc wszystko się okaże, w jakim jest stanie.
Czuł jak słowa jednego, z kolegów z kapeli odbiera wręcz mu mowę. Tego najmniej się spodziewał. Jeśli uważał, że ten poranek zaczął się dobrze, to w jednej chwili zmienił diametralnie zdanie.
— Mike… — zaczął Rob.
— Ja… ja muszę wrócić do domu — zaczął pośpiesznie się tłumaczyć — Zapominałem… zapomniałem tekstów — rzucił, powolnym krokiem się wycofując.
— Mike… — odezwał się jeden z nich.
Jednak nie usłyszał już nic więcej, znikając za ciemnymi drzwiami. Nie mógł zobaczyć tego jak dwoje przyjaciół wymienia się dość niezrozumiałym i wręcz zaskoczonym spojrzeniem. Oboje wydawali się nie rozumieć, zachowania ich najbliższego przyjaciela co było wręcz niepodobnego do niego. Jeszcze przed kilkoma tygodniami, wręcz nie chciał słyszeć nic na temat swojej byłej miłości, będąc całkowicie zapatrzonym w obecną żoną. Twierdząc, że młoda artystka jest w jakiś sposób uprzedzona do jego ukochanej i wręcz ją atakuje, podczas gdy młoda Bennington nie wykazywała się nawet żadnym zainteresowaniem wobec jego nowego związku.
Doskonale widzieli, jak wręcz nie jest zainteresowana rozmową z dawnym kochankiem, gdy ten wręcz był wobec niej uszczypliwy i kąśliwy a ona jedyne czym się wykazywała do obrony i prostowaniem szczegółów, które Mike uwielbiał w ostatnim czasie przekłamywać.
Może i będzie to nieco ubliżenie wobec ich przyjaciela, lecz to on bardziej nakręcał ten nic niepotrzebny spór. Julia miała prawo z nimi się bawić czy spędzać z nimi czas i jak uważała jego żona, że nie powinna się mieszać do ich towarzystwa, jednak tak naprawdę każdy widział to, że Taylor bezczelnie wykazuje się arogancją i zbytnią wyższością nad nimi a przede wszystkim nad siostrą Chestera, bo znała ich wcześniej, a ją traktowała jak intruza, który był zbędny w ich grupie i nie znaczyła wiele. Jednak prawda była inna, to właśnie młoda Bennington miała większe prawo przebywać w ich towarzystwie, tak naprawdę ona nie narzucała się zbytnio, jednak owszem miała prawo być wraz, z nimi, bo doskonale każdy widział jak bardzo Julia jak i Chester są ze sobą związani a oni sami traktowali ją jako przyjaciółkę. Taylor nagle wtargnęła do ich życia i towarzystwa i zaczęła mieszać i uznawać się za kogoś ważniejszego tylko dlatego, że jest żoną ich przyjaciela, ale każdy z nich miał partnerki, które nie były tak bezczelne w swoim zachowaniu. Oni byli grupką przyjaciół, którzy dobrze się ze sobą bawili, a wraz z resztą chłopaków tworzyli zespół, jednak nie odnosili się, z tym że są znani na całym świecie i na wiele mogą sobie pozwolić. Mieli normalne podejście do życia.
Tymczasem on wręcz wypadł z wytwórni, wbiegając na parking i w pośpiechu podbiegł do swojego samochodu. Otworzył z rozmachem drzwi i zamknął je z trzaskiem, wkładając między czasie kluczyki do stacyjki. Czuł, jak jego ręce drżą. Nie potrafił opanować swoich emocji, pomimo że próbował. To, co właśnie usłyszał, wyprowadziło go z równowagi, jednocześnie czuł wręcz przerażenie na myśl, że Julia jest w tak poważnym stanie i co mogło wręcz usłyszeć w między słowami, to że cudem można nazywać to, że przeżyła tak poważne spotkanie z koroną drzew i ześlizg ze ścigacza jednocześnie czuł się spanikowany, mając naprawdę ogromną nadzieję, że Taylor nie zrobiła tego, o czym w tej chwili myślał.
Zrozumiał dopiero teraz, że był idiotą, kreując ten głupi plan zemsty wobec swojej byłej partnerki. Miało za jego mściwością przemawiać to, że ona atakuje jego obecną ukochaną podczas gdy teraz w końcu do niego dotarło, to że to on był tą osobą, która wykazywała się złośliwością wobec niej, bo tak naprawdę po raz pierwszy wykazał się wobec niej nie uprzejmością, tylko dlatego, że przez przypadek na niego wpadła. Mógł to po prostu olać, ale on wykazał się niezwykle dziecinnym zachowaniem.
Miał naprawdę ogromną wiarę, że gdy przyjedzie do domu i zapyta Taylor o to, ona temu wszystkiemu zaprzeczy. Wręcz czuł jak po jego ciele przebiega zimny dreszcz gdy do jego głowy nasunęła się myśl, że ona by to potwierdziła. Nie chciał znowu się, na niej zawieś, dlatego pokładał taka ogromną nadzieję w tym, że ona temu wszystkiemu zaprzeczy.
Wyjechał spod wytwórni, mając w głowie totalny bałagan, wręcz huragan myśli, który nie pozwalał mu na wytchnienie. Nie rozumiał czemu, zaczął czuć strach, obawy, które nie powinny mu towarzyszyć, jakich cichy głosik z tyłu głowy wręcz błagał go, by tam nie wracał, by się zawrócił. Jednak on pragnął się dowiedzieć czy jego żona posunęła się do usiłowania zabójstwa Julii. Wręcz z trudem przełknął ślinę gdy po jego głowie wręcz przetoczyła się ta jedna wręcz spanikowana myśl.
Zaczął wręcz przeklinać korki, w które wpadł, bo jego jedynym celem było, dostanie się do domu. Nagle po całym samochodzie rozbrzmiał dźwięk spokojnej melodii jego telefonu, który wcisnął do lewarka. Kątem oka zobaczył, imię: „Brad”, jednak zignorował to, nie zamierzał rozmawiać z kumplem, bo spodziewał się, o comoże zapytać jednak nie zamierzał się teraz tłumaczyć chciał jedynie teraz porozmawiać z Taylor.
Moment gdy wjechał w końcu na ulice, na której mieszkał, zajęło mu około godziny, nie spędził sobie wręcz wyzwisk w kierunku innych kierowców, którzy wręcz miał wrażenie, że specjalnie jadą tak wolno by bardziej, go zdenerwować i nie mógł dostać się do domu. Moment gdy wjechał na podjazd swojego domu, był chwilą jednocześnie niepewności oraz frustracji i obaw co może usłyszeć. Wierzył, że Taylor nie zrealizowała tego głupiego punktu. Nie wiedział, o czym on głupi myślał gdy godził się na ten jeden punkt z listy, jak mogą uprzykrzyć życie jego byłej narzeczonej, już wtedy gdy jego ukochana to zaproponowała, powinna zapalić mu się czerwona lampka i opamiętać nie tylko siebie, ale ją by do takiej skrajności się nie posuwali, ale nie zrobił tego, za późno reagował, powinien wybić ten pomysł z głowy Taylor już na samym początku.
Jakim on był idiotka, by podżegać do próby zabicia kogoś a szczególnie dziewczyny, która kiedyś mu była bliska. Nie był takim tyranem i skurwysynem jak Kent. Wyrzuty sumienia wręcz zaczęły go dręczyć i nie zamierzał ich w żaden sposób unikać.
Był głupkiem i wprost się przyznawał do tego.
Jeden moment wystarczył, by się przebudził z tego zaślepienia, by bruździć Julii w życiu gdy praktycznie z nią się nie widywał i ona nawet nie ingerowała do jego życia. Idiotyzmem było twierdzenie, że ona zagraża Taylor podczas gdy ona żyła własnym życiem. Odcięła się wręcz od niego po zerwaniu.
Zaparkował i nawet nie zabierając z pojazdu kluczyków, wyszedł szybko z samochodu i niemal biegiem podszedł do drzwi wejściowych i nacisnął na klamkę, która ustąpiła. Od wejścia zaczął nawoływać.
— Taylor! — zawołała w głąb — Taylor!
— Co tu robisz? — zapytała schodząca z piętra kobieta, która uśmiechnęła się na jego widok — Miałeś być późnej — przypomniała sobie jego słowa ze śniadanie.
— Powiedz, że tego nie zrobiłaś! — rzekł wręcz prędkim głosem.
— Mike skarbie, przede wszystkim uspokój się i potem powiedz, co się stało — powiedziała ze spokojem i podeszła do niego delikatnie kładąc mu dłoń na ramieniu, nadal nie opuszczał jej dobry humor.
Nie spodziewał się tego, że to diametralnie się zmieni w przeciągu kilku kolejnych chwil.
Nie odpowiedział jednak z trudem, złapał oddech, starając się, jak tylko mógł, opanować swój oddech i umysł. Potrzebował znacznie więcej czasu, by się uspokoić na tyle, by znowu zwrócić się do żony.
— Taylor błagam cię, powiedz mi, że niczego nie zrobiłaś.
— Mike nadal nie rozumiem, o co ci chodzi — rzekła, a na jego twarzy można było zobaczyć wyraźne niezrozumienie.
— Julia… Julia miała wypadek — powiedział na jednym oddechu — Podejrzenia są, że ktoś przeciął linkę w hamulcu jej motocykla, proszę cię powiedz mi ze niczego nie zrobiłaś — zaczął wręcz mówić błagalnym głosem.
Jednak jej reakcji zupełnie się nie spodziewał, zamiast od razu odrzucić, potencjalne oskarżenia w jej kierunku on zobaczył, jak na jej ustach pojawia się bardzo szyderczy uśmiech, czego nie widział u niej od dawna. Widział, jak jej spojrzenie wręcz było przepełnione jadem i złośliwością, jakiej nie widział od dawna. Patrzył, jak w jednej chwili splotła dłonie pod swoimi piersiami, a z jej ust nie schodził ani przez moment ta wręcz kpiąca radość, co jeszcze bardziej go niepokoiło.
— Taylor… — zaczął powoli, a w jego tonie dało się wręcz wyczuć prośbę.
Tak bardzo chciał, by to, co podejrzewał, o czym zaczął wręcz być przekonany, że się wydarzyło, jednak jego mina wręcz ten obrzydliwe paskudny uśmiech coraz bardziej utwierdził go w najgorszych obawach, jakie głębiły się w jego głowie.
— Mike, kochanie, myślisz, że jak inaczej byśmy się jej pozbyli. Ona staje na drodze do naszego szczęścia.
Jej głos był wręcz przepełniony czystym jadem. Miał wrażenie, że wręcz syczy gdy to mówi. Widział, potem jak podchodzi do niego z nonszalancją i przechodzi wokół niego, a on czuł, jak serce podskakuje mu do gardła. Miał odczucie, że zaczęła wokół niego krążyć jak wąż, który powoli zaciskał się na ofierze, by po krótkiej chwili ją zgładzić. Nie miał pojęcia, dlaczego nagle zaczęła się tak zachowywać, czemu jego ciałem wręcz wstrząsnął, niekodowany dreszcz a on coraz bardziej zaczął się bać.
— A jak myślisz kochanie? — powiedziała z drwiącym uśmiechem.
Momentalnie poczuł jak koniuszkiem bardzo ostrego paznokcia, przejechała wzdłuż jego brody, niemal raniąc go do krwi. Zacisnął zęby, by zignorować to, gdy on patrzył w oczy swojej żony, którą obecnie nie poznawał. Nie było tą samą kobietą co przy śniadaniu pełną troski i emfatyczności, teraz miał wrażenie, jakby patrzył w wężowe oczy, co go jeszcze bardziej niepokoiło.
— Taylor, kurwa ona jest w szpitalu w stanie krytycznym! — rzucił ostro — Ona mogła, zginął…!
— Trafiłaby tam, gdzie jej miejsce a ja miałabym cię tylko dla siebie — powiedziała wręcz z obrzydliwym uśmiechem, chwytając go za skraj koszulki i przyciągając z brutalnością do siebie.
— To był głupi pomysł! Nie powinniśmy nawet o tym myśleć! — odezwał się pewnie pomimo ogarniającego go strachu.
Nie wiedział czemu, jednak nagle atmosfera nagle się zmieniła. Czuł wręcz w powietrzu coś niepokojącego, a on, pomimo że starał się, jak mógł, być spokojnym nie potrafił opanować swojego lęku, który owładnął jego ciałem.
— Wręcz przeciwnie skarbie — mówiła wręcz obrzydliwe przesłodzonym głosem, w którym jednak dało się wyczuć jakby czuła się dumna z tego co zrobiła — To był wręcz doskonały pomysł. Teraz się pomęczy, zanim zdechnie — rzekła z obrzydliwością.
— Taylor ja to muszę, zgłosi...
Nie był w stanie dokończyć nawet słowa, gdy niespodziewanie poczuł, jak po jego twarzy wręcz rozniósł się ogromny wręcz paraliżujący ból, który wręcz go oszołomił. Początkowo zupełnie nie zrozumiał, co się stało, jednak w następnej chwili przyłożył dłoń do pulsującego policzkach, czuł jak w kącikach jego oczu, zbierają się mu łzy.
— Czemu to zrobiłaś!? — spytał z pretensją w głosie — Taylor, to poważna sprawa, mogłaś ją zab…
To trwało dosłownie sekundy, a on miał wrażenie jakby trwały długie minuty. Nie miał pojęcia kiedy stracił wręcz grunt pod nogami, a w następnej chwili mógł wręcz obserwować pochylającą się nad nią żonę, a na jej twarzy zobaczył wręcz czystą wściekłość, nieokiełznaną i niebezpieczna co można wręcz było dostrzec w jej oczach. Czuł, jak traci oddech, jakby coś mocno zakleszczyło się wokół jego krtani, nie pozwalając mu złapać oddechu w piersi. Z każdą chwilą zaczął robić się siny, a nad sobą zobaczył uniesioną twarz kobiety, która tak diametralnie się zmieniła, z łagodnej i pogodnej trzydziestoparolatki w istnego potwora, który nad nim wisiał.
— Posłuchaj mnie teraz kochanie — powiedziała z naciskiem na ostatnie słowa, jeszcze mocniej przyciskając swoje palce do jego tchawicy. — Koniec udawania całej tej szopki i udawania! — dodała wręcz z odrażającym uśmiechem — Grasz teraz według moich zasadach Mike — mówiła, nie pozwalając mu nawet nabrać oddechu.
Z każdą chwilą miał wrażenie, że się zaczyna dusić. Ona wydawała się. jakby nie zamierzała poluźnić uścisku, a jej zaciśnięta pieść w powietrzu. nie zwiastowała niczego dobrego.
— Teraz mnie posłuchasz ty niewartościowy śmieciu! — zagrzmiała. mówiąc wręcz ostrym głosem — Zapewne przyjdą tutaj gliny. jednak ty niczego nie wiesz — mówiąc. każde słowa jeszcze bardziej zabierała mu dech — Rozumiesz!? Niczego nie widzieliśmy ani nie wiemy o tej sprawie zupełnie nic, albo… — w następnej chwili wręcz uderzyła go prosto w twarz — Chyba że chcesz, by któryś z twoich przyjaciół trafił za kratki — dodała, uśmiechając się z podłością. Może wrobimy. no nie wiem, braciszka tej szmaty — rzekła z zastanowieniem.
Pomimo tego, że wręcz nie mógł oddychać, zebrał w sobie siły i starał się ruszyć, jednak ona skutecznie go ponownie zablokowała, wręcz chwytając jego głowę i z mocnym impetem uderzając nią o drewnianą podłogę. Momentalnie poczuł ogromne mdłości, a przed jego oczami pojawiły się mroczki.
— Chyba nie muszę wyjaśniać więcej skarbie? — dodała, uśmiechając się uroczo — Teraz czas grać na moich zasadach, ty nic nie wiesz. Masz udawać, że dopiero się o nim dowiedziałeś. Piśniesz o mnie słowem, a gorzko tego pożałujesz, a to tylko mała prezentacja… — rzuciła ostro.
W następnej chwili ponownie poczuł mocne uderzenia i pomimo że w końcu poluźniła uścisk i mógł złapać oddech, to jednak był zaledwie początek jego koszmaru, który właśnie się rozpoczął, gdy musiał brać na siebie kolejne ciosy zadawane przez kobietę, której do tej pory kochał. Myślał, że się zmieniła, jednak to były jedynie stworzone przez nią pozory.
Grała mistrzowsko swoją rolę teraz mogła zdjąć maskę
No comments:
Post a Comment